niedziela, 21 maja 2017

"Śniadanie na skale" - Iwona Walczak

Co powoduje, że człowiek sięga w ogóle po książkę? Przecież zawsze stoi przed jedną wielką niewiadomą – czy będzie ciekawa? Czy nie okaże się banalna? A co jeśli się rozczaruję? Zawsze rozpoczynając podróż, którą oferuje nam autor, mam wątpliwości. W tym przypadku na pierwszy rzut zauroczyła mnie okładka. Z pięknym widokiem tytułowego śniadania w górach, świetlista i pastelowa. Sprawiła, że zrobiło mi się ciepło na sercu i przyciągnęła wzrok spośród innych tytułów, które przewijałam. Do tego chwytliwe i uniwersalne hasło „Za każdym człowiekiem idzie jakaś historia, i od niego zależy, co z nią uczyni.”, które świetnie oddaje klimat książki. No i góry, które zawsze przyciągną mnie do siebie.

W tej powieści mamy do czynienia z historiami siódemki ludzi, których życie nie oszczędzało. Autorka przenosi nas bezpośrednio do ich życia odkrywając przed czytelnikiem pragnienia i bolączki każdego z bohaterów. Na pozór nic ich nie łączy, wydają się ludźmi, którzy są dobrze usytuowani, ciężko pracują na swoją pozycję w społeczeństwie, można rzec – ludzie sukcesu, którym się zazdrości. Jednak każdy z nich niesie brzemię własnych (lub nie) grzechów, błędów czy porażek. Każdego z nich ukształtowała przeszłość, która nie pozwala zupełnie wejść w przyszłość.

Ewa – dietetyczka żyjąca w idealnej rodzinnej idylli z miłością wyniesioną z Domu Dziecka, w którym musiała się wychowywać. Nagle życie i rodzina tej introwertyczki się rozpada, gdy dowiaduje się, że mąż ją zdradza.

Tosia – młoda finansistka oddana swojej pracy. Gdy zakochuje się pierwszy raz okazuje się, że przeszłość ukochanego totalnie ją przerasta, Na tyle, że podejrzenia, które snuje niszczą bezpowrotnie zaufanie i relację.

Julia – pokrzywdzona przez matkę i babcię kobieta, która brak miłości rekompensuje sobie medycyną estetyczną. Pracoholik, bezwzględna i krytyczna względem innych, a mimo to rezolutna i inteligentna.

Wiktor – przedsiębiorca, typ Piotrusia Pana, kobieciarz, złośliwy prowokator, który zawsze osiąga zamierzony cel. W głębi pogubionej duszy pragnie dobra dla swojej matki. Niestety, spotyka się z niezrozumieniem, bo każdy z nich inaczej pojmuje to pojęcie.

Piotr – wzięty adwokat, który pomaga osobom z problemami finansowymi, ma duży szacunek niezależnie od ich statusu społecznego i materialnego. Jego małżonka wraz ze swoimi rodzicami ma zupełnie inne podejście do tego tematu, co pogłębia tylko dystans między nimi.

Marcel – geolog, kawaler, prawie doktorant. Prawie, bo w konsekwencji nie skończył swojej pracy. Uciekł z uczelni w Sudety, gdzie z odziedziczonego domku górskiego stworzył miejsce wyciszenia dla zagubionych.

                Historie tych ludzi, mieszkających w różnych miejscach: Poznań, Warszawa, Wrocław, Londyn łączy postać Agnieszki. Absolwentka, która realizując projekt dziennikarski wnika w życie ludzi, którzy spotkali się na swoich ścieżkach życiowych. Sama również nie ma kolorowo – matka alkoholiczka, porzucona zostaje z kredytem mieszkaniowym na głowie, mimo przeciwności  próbuje stanąć pewnie na nogach.

                Czytając książkę zarówno zaprzyjaźniłam się z bohaterami, jak i miałam do niektórych osobistą niechęć. Ta malała wraz z poznaniem ich, bo nagle z tych ułożonych, eleganckich czy nawet perfidnych postaci wychodzi … po prostu mały, skrzywdzony człowiek posiadający własne demony – przeszłości, rodziny, ciche dni między małżonkami, brak rozmowy i miłości w życiu. Muszą być silni, dzielni, ale tak naprawdę w każdym z nich drzemie to łaknienie bycia zrozumianym, docenionym i po prostu kochanym pomimo wszystko. Autorka świetnie ukazuje, że można walczyć z własną przeszłością, wyciszyć emocje i przeć do przodu. Lecz jeśli nie pogodzimy się z tym co nas spotkało w życiu to nigdy nie będziemy w stanie zupełnie ruszyć  do przodu.
Bo „to co widzisz to za mało, aby oceniać”.

                Każdy z nich spotkał się na pewnym życiowym zakręcie, które pędzący świat sprawił, że ich pociąg się wykoleił. Zapragnęli ciszy i tym samym ucieczki. Schronienie znaleźli u podnóży Sudetów, w małej miejscowości Kletno, w upadającym górskim domu wycieczkowym o przewrotnej nazwie „Raj”. Przewrotna, bo do raju w rozumieniu współczesnych eleganckich ludzi było daleko. Ale właśnie cisza, ucieczka od miasta w górskie ścieżyny sprowadziła tych ludzi do zmierzenia się ze swoimi uczuciami i z innymi, podobnie zranionymi przez życie, ludźmi. I właśnie ta ucieczka od świata okazała się zbawienna.

samotnia w górach

Ciekawe dialogi, postacie, do których łatwo się przywiązać, kibicowałam im do samego końca zastanawiając się, jaki finał będzie całej tej historii. Wbrew lekkości czytania książka nie jest banalna, mogłabym rzec, że wprowadza wiele ciekawych informacji, które ukazują wiedzę, zainteresowania i miłość autorki do Poznania oraz Kletna i ścieżek w Sudetach. Ale przede wszystkim uderza w człowieka, że właśnie nie to, by posiadać, lecz by żyć w zgodzie ze sobą sprawia, że książka staje się mi bliska. Umiar, który daje ukojenie i umiejętność odnalezienia szczęścia, które jest na wyciągnięcie ręki. Właśnie te śniadanie na skale jest metaforą szczęścia.
Myślę, że zmieniają się czasy, otoczenie, priorytety, a jednak pani Iwona próbuje pokazać nam, że tęsknota za spokojem, miłością i zrozumieniem pozostaje od wieków ta sama. Nie zależnie od tego kim byłeś, kim jesteś – to Ty zawsze kreujesz swoją historię. I to od Ciebie, drogi Czytelniku, zależy co z tym zrobisz. Stanowczo polecam książkę.

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję wydawnictwu Replika.  J
Znalezione obrazy dla zapytania replika wydawnictwo
Emilia Pieńko

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz