wtorek, 11 lipca 2017

"Diament Templariusza" - Mirosława Gawlik



        Książka, niepozornych rozmiarów, przedstawia kawał powieści przedstawiony w ciekawy sposób, rzekłabym legendarny, tak jak to dziadek opowiadał zaciekawionym wnukom historie z zamierzchłych czasów. Autorka zaprasza do poznania historii ziem podbeskidzkich, które kultywują historię oraz tradycję, którą około 1250 roku przynieśli osadnicy z ziem flamandzkich.  Ale skąd oni się tam wzięli? Skąd nazwa Wilamowice, gdy główny bohater zwie się Martin Leterme? I co ma do tego diament templariusza?

          Wbrew mojemu założeniu po przeczytaniu przesłania od autorki znajdującego się na tylnej okładce akcja książki rozpoczyna się w Egipcie. To tam właśnie młody brat należący do Zakonu Templariuszy Martin Leterme toczy dzielne boje przy boku swojego mistrza Wilhelma de Sonnac, walcząc z poganami i nawracając ich podczas Wypraw Krzyżowych. Martin nie był szlachcicem, lecz jego atuty: bystrość umysłu, mądrość oraz lojalność sprawiła, że mistrz liczył się z jego zdaniem, a w bitwie traktował go na równi sobie. Leterme w ukochanej Flamandii pozostawił żonę Bibian i córkę Annę z nadzieją, że po odsłużeniu wróci z bogactwami i będzie mógł wieść spokojne życie. Niestety, mistrz umiera podczas walki, a droga do domu naszego bohatera będzie pełna zmiennych sytuacji, niekoniecznie wyglądających na takie, co mają się dobrze skończyć.
          Zmierzy się z chorobą, porwaniem, ucieczką przed poganami, trudnościami z przedostaniem się na statek powrotny oraz z tajemnicami templariuszy, a to wszystko tylko po co, żeby wrócić do domu. Nie zawiedzie go dobre serce, które pochyla się nad chorym i porzuconym Al-Asfatem – mameluskim żołnierzem, który miał przenieść „zarazę” do obozu wroga. Martin zaopiekował się człowiekiem, ponad podziałami na kraj i religię, zyskując w nim przyjaciela, który będzie towarzyszył mu do końca podróży.  Ten odwdzięczy się nie tylko zaufaniem czy uratowaniem życia, ale również wiedzą medyczną, która przyda się nie jednemu templariuszowi.

fot. Marcin Mondorowicz

                 Na swojej drodze napotka również polskiego templariusza – rycerza Leszka z rodziny Popielów herbu Sulima, który okazuje się ich sprzymierzeńcem w Egipcie i wspomoże ucieczkę z Afryki do Europy. Opowieści tegoż brata znad Wisły sprawią, że po powrocie na rodzinną ziemię, gdy pojawia się potrzeba osiedlenia się w nowym, bezpieczniejszym miejscu  Martin pakuje całą rodzinę na wóz i swoje kroki kieruje na wschód od Flamandii.

„Zawędrujesz daleko i zaprowadzisz swoich bliskich do pięknej krainy. Czeka cię jednak jeszcze bieda i wiele strapień, ale odwaga i mądrość pomogą ci to przezwyciężyć, bo twoje serce jest  wielkie i twoja wiara jest mocna, a nadzieja, która cię nigdy nie opuszcza, pozwoli ci znaleźć w życiu szczęście.”

              Autorka nie zapomina o tych, których główny bohater pozostawił w domu. Wspomina o tym, jak Bibian buduje dom, prowadzi gospodarstwo, wychowuje małą Annę oraz czeka na męża, choć wielu słysząc o pogromie wojsk w Egipcie przypięło jej łatkę wdowy. Przygarniają samotną kobietę, która później okazuje się jej matką, a tej również życie  nie oszczędziło. Czas płynął im na oczekiwaniu na powrót templariusza oraz radzeniu sobie z zawiścią ludzką.

         Owa historia ukazuje, że nie zależnie od sytuacji w jakiej się znajdujemy nie powinniśmy przestać szanować innego człowieka, ale również i zaufać Bożej Opatrzności na wzór templariusza Martina. Miłość, przyjaźń i wiara w ludzi są podstawą, nie zależnie od statusu materialnego, który szybko może się zmienić. Na tego, kto ma czyste serce i intencje czeka dobro, mimo, że sytuacja chwilowo wcale tak nie wygląda. I czasem mowa zarówno o bogactwach ducha jak i szlachetnych kamieniach, które pojawiają się w chwilach i miejscach najmniej oczywistych. 

„Moim herbem będzie oko Opatrzności Bożej, nad nim korona, a trzymać je będą lwy – jedno po prawej, a drugi po lewej stronie, aby mój herb wyrażał, ile dla mnie znaczy Bóg.”


                Z mojej opinii wspomnę tyle, że spodobała mi się książka. Wybierając tytuł spodziewałam się grubej książki, z jakimi spotykam się przy historycznych treściach, a tu, ku mojemu zaskoczeniu 150 stron, które przyjemnie czytało się podczas popołudniowej kawy. Jednak książka rozczarowała mnie tym, że wprowadziła mnie lekko w błąd. Oczekiwałam opowieści o tradycji i historii Wilamowic, tymczasem cała książka kończy się w momencie osiedlenia się drużyny Martina i stworzenia osady. Natomiast przekaz książki trafił do mnie i do samego końca zaskakiwała  nieprzewidywalność sytuacji, a sielankowa atmosfera tejże książki sugerował, że wszystko się dobrze skończy. Jak to bywa w legendach.


Dziękuję za możliwość przeczytania książki wydawnictwu Poligraf


                               
                                                                Moja ocena 6/10

Emilia Pieńko



1 komentarz:

  1. Raczej nie dla mnie. Polecę mojemu wujkowi, powinna mu się spodobać.

    OdpowiedzUsuń