poniedziałek, 17 lipca 2017

"Tacy sami" - Robert Kumorkiewicz



Zazwyczaj nie sięgam po krótkie książki takie jak „Tacy sami”, która liczy niecałe dwieście stron. Nie mogę się wówczas zżyć z bohaterami, wczuć w historię. Mała liczba stron jest szczególnie przykra w dobrych, wciągających powieściach. Jednak opis książki zaciekawił mnie na tyle, by jednak po nią sięgnąć. I szczerze mówiąc, cieszę się, że okazała się taka krótka.
Michael nie może pogodzić się ze śmiercią swojej matki, która została w brutalny sposób zamordowana w dniu swoich urodzin we własnym domu. Kiedy kobieta umierała, on spał w kołysce w sąsiednim pokoju. Po dwudziestu pięciu latach mężczyzna staje pod więzieniem, w którym zamknięto sprawdzę zbrodni i czeka na niego, by dokonać własnej zemsty. Kara orzeczona przez sąd wydaje mu się niewspółmierna do winy, więc postanawia wymierzyć mordercy własną, w jego mniemaniu sprawiedliwą. W tym samym czasie pewnemu policjantowi udaje się odnaleźć wspólny mianownik dla trzech, pozornie całkowicie ze sobą niepowiązanych, spraw. Co Michael wymyślił dla byłego więźnia? Co łączy ze sobą trzy zupełnie różne morderstwa?
Już we wstępie wspomniałam, że cieszę się, że książka okazała się krótka. Dlaczego?  Po pierwsze dlatego, że jest tam mnóstwo błędów, które zabierają czytelnikowi radość ze zgłębiania historii. Może nie są one poważne, jeżeli występują raz czy dwa, ale tutaj jest ich nagromadzenie. Po pierwsze brakuje przecinków lub są postawione tam, gdzie ich być nie powinno. Rozumiem, że można czegoś nie zauważyć, sama nie piszę idealnych tekstów, ale w książce widać było, że ktoś nie zna podstawowych zasad interpunkcji, bo notorycznie powielały się te same błędy. Po drugie narracja prowadzona jest w czasie przeszłym, a mimo to pojawiają się zdania w czasie teraźniejszym.

„Gdy byłem młodszy, pewien psycholog powiedział mi, że muszę żyć. Zapytałem, dlaczego? A on odpowiedział mi, że nikt nie dał nam władzy, by decydować o śmierci. Że muszę żyć, bo inni tego chcą. Że świat jest piękny, tylko trzeba w to uwierzyć.”

Źródło
Mam też zastrzeżenia co do formy pisania książki. Konkretnie do długości akapitów, które tutaj ciągną się od końca jednego do początku drugiego dialogu. Czasami zajmują więc nawet dwie strony, co może nie byłoby złe, gdyby w jednym akapicie nie było zawartych trzech, czterech czy też pięciu wątków myślowych. To naprawdę denerwowało i sprawiało, że łatwo można było się we wszystkim pogubić i zgubić sens.
Dialogi także nie przypadły mi do gustu. Wydawały się strasznie sztuczne, jakby bohaterowie nie umieli ze sobą rozmawiać. Dodatkowo były wielokrotnie błędnie zapisane. Jednak to akurat z każdą kolejną stroną wychodziło autorowi coraz lepiej, widać było postęp.
Pojawiło się tu też coś, czego nienawidzę w książkach – przypadek i intuicja bohaterów. Owszem, można wpleść to w fabułę, ale nie oprzeć na tym całą historię. Trochę to nierealna, że nagle całe miasto żyje wyjściem na wolność mordercy. W końcu od zbrodni minęło dwadzieścia pięć lat, a mimo to wszyscy doskonale o niej pamiętają? To nie jedyny przykład naciągania historii. W książce jest ich więcej. Na przykład sam fakt, że bohaterowie właściwie nie napotykają na swojej drodze trudności. A jeżeli już jedna czy dwie się trafią to nikt się nimi nie przejmuje, a pokonanie ich wcale nie jest trudne.
Sama historia mimo wszystko jest ciekawa, co mnie zaskoczyło. Pomysł autora był interesujący i można by było bardzo ciekawie go rozwinąć, niestety zawiodło wykonanie. Niemniej nie żałuję, że przeczytałam tę książkę i nie uważam, że zmarnowałam na nią czas.

OCENA: 2/10  

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi.

Sara Chrzanowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz