wtorek, 22 sierpnia 2017

"Kryptonim ważka" - Janusz Moździerz

"Wtedy usłyszał z oddali ten krzyk. Przeciągły, przeraźliwy, nieludzki krzyk. Straszny. Przechodzący chwilami w skowyt dręczonego stworzenia dotkniętego do samej istoty bólu niespotykaną torturą. Wrzask falował wraz z narastaniem deszczu, jaki pojawił się nie wiedzieć kiedy. Naukowiec – co w innej sytuacji można by poczytać za gapowatość i pewne braki intelektualnej natury – pomylił się tego dnia nie po raz pierwszy…"

Na dalekiej, zapomnianej przez wszystkich prowincji zaczynają znikać całe połacie lasów. Po drzewach nie pozostaje nawet ślad, zupełnie jakby wyparowały. Każdy, kto dotychczas zapuścił się w tamte rejony ginął w niewyjaśniony sposób, jednak wszystko traktowano jako nieszczęśliwe wypadki. Prawdopodobnie wszystko odeszłoby w zapomnienie, gdyby nie kolejny przerażający incydent. Okaże się on początkiem lawiny bardzo dziwnych wydarzeń, a w ich centrum znajdzie się niezwykły dron, który wyruszy w misję.



"Kryptonim ważka" była chyba najbardziej chaotyczną książką, jaką przyszło mi przeczytać. Miałam naprawdę wielki problem, żeby ogarnąć o co chodzi i jak poszczególne wydarzenia czy sceny się ze sobą łączą. Na samym początku mamy przedstawione kilka losowych wypadków, które miały miejsce w pobliżu znikającego lasu - śmierć dwójki ludzi jadących quadem, zamordowanie dziewczyny przez tajemniczą chmurę (tak, serio) czy dziwne obserwacje ornitologa, który zainteresował się tamtym rejonem. Następnie  poznajemy dwójkę naukowców, którzy (jak sugeruje nam autor) są jedynymi osobami, mającymi szansę na rozwikłanie zagadki znikających lasów, a przynajmniej zauważenie pewnych niejasności. Jeden z nich, Mark Hardy zajmuje się inżynierią genetyczną, natomiast jego pasją jest archeologia. Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem Testerem - inżynierem, informatykiem i uzdolnionym konstruktorem aparatów latających - zostają przyjęci do pracy w Centrum Innowacyjności. Obydwoje biorą udział w super tajnym projekcie, jakim jest stworzenie w połowie naturalnego bezzałogowca, czyli biodrona. Chwilę później całkowicie porzucamy temat wynalazku i przenosimy się na komendę policji, gdzie poznajemy urodziwą panią kapitan Joannę, wybrankę serca Hardy'ego, która została zawiadomiona o jednej ze śmierci w pobliżu lasu.

"Dumny jeleń pokonujący zwykle bez trudu północny stok zginął pierwszy. Potężny byk nieopatrznie zmienił dotychczasowy szlak wędrówki. Skręcił w pobliże skrzyżowania dróg z duktem wspinającym się stromo na ścianę płaskowyżu, przeskoczył strugę i tam już pozostał. Tak wyglądała próba generalna. (...) Po rogaczu przyszła kolej na ludzi. Ludzi zbyt ciekawych - niepojmujących faktu, że zaspokajanie nadmiernego apetytu na informacje nieprzeznaczone dla cudzych oczu i uszu bywa bardzo niebezpieczne. Często zagrażające życiu."

Nie wiem, czy to kwestia fabuły, czy może po prostu ja jestem za mało domyślna, ale przez pierwsze 50 stron nie miałam bladego pojęcia o co chodzi. Zaczęło się od tajemniczych zniknięć, które później same tajemniczo zniknęły z fabuły, a pojawił się wątek zaginionego drona, którego również nie mogłam do końca umiejscowić czasowo. Czy był tworzony już po zniknięciu lasu, czy przed i to on jest przyczyną, czy to tylko retrospekcja dotycząca życia naszych bohaterów.

Źródło
Kolejna sprawa, która bardzo mi utrudniała czytanie, to styl autora. Z jednej strony mamy naprawdę ciekawe i dobre opisy osób czy przyrody, które dobrze się czyta. Z drugiej strony autor ma tendencję do używania slangu, który potrafi wyskoczyć nam w samym środku sceny pisanej początkowo w zupełnie innym stylu, co bardzo niszczy kompozycję, a czasem wygląda wręcz komicznie. To samo, niestety tyczy się dialogów. Podczas rozmowy telefonicznej Hardy'ego z pewnym nieznajomym, który posiadał informacje na temat drona, nie wiedziałam czy mam się przejąć sytuacją, czy po prostu rozpłakać, bo tak sztucznie wyglądała ta rozmowa. Rozmówca miał być chyba stylizowany na typowego mafiosa, ale wyszło to dość komicznie.

Mnie "Kryptonim ważka" nie zachwycił i raczej nie poleciłabym jej innym. Jeżeli ktoś jednak chciałby się z zmierzyć z tą książką, to śmiało, najlepiej jest wyrobić sobie własną opinię.

Ocena: 3/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res
                                                                                                           Weronika Plichta

2 komentarze:

  1. Bardzo nie lubię mieszania stylów ani książek, w których można się pogubić. Raczej nie sięgnę po tę powieść, choć bardzo ciekawie się zapowiadała :(

    Buziaki ♥
    http://sleepwithbook.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam bardzo zawiedziona, bo czytając opis z okładki, kiedy podejmowałam się recenzji, zapowiadała się naprawdę interesująco :/

      Usuń