sobota, 30 września 2017

"Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz Armii Andersa" - Aileen Orr

Źródło
Można by rzec, że w tym konkretnym przypadku to właśnie niedźwiedź jest najlepszym przyjacielem człowieka. Prawie od małego towarzyszył on swoim opiekunom, czyli polskim żołnierzom. Przeżył z nimi wiele niebezpiecznych sytuacji, ale i sam wykazał się nieraz ogromną odwagą. Jak to możliwe, że Wojtek pokochał aż tak człowieka i że nie ciągnęło go wcale do natury?
Czytając tę pozycję, trudno jest nie zauważyć ile miłości, szacunku, a także fascynacji odczuwała sama autorka do obiektu swoich badań oraz własnych wspomnień - polskiego niedźwiadka Wojtka, który do Monte Cassino przybył z dalekiego Iranu. 
Historia wzrusza, ale także wywołuje śmiech i ogólnie pojętą radość. Zwierzę stanowiło dla żołnierzy swego rodzaju rozrywkę w tych trudnych czasach. Nikt się nad nim nie znęcał, do niczego go nie zmuszano, wszystko co robił, czynił z własnej nieprzymuszonej woli. Czuł się zwyczajnie człowiekiem i starał się go naśladować. Uwielbiał zażywać długie kąpiele i raczej byłby skłonny zrobić wszystko za odrobinę przysmaków. W ten sposób np. polscy żołnierze przekonywali niedźwiadka, że czas już zakończyć kąpiel w morzu i wyjść na suchy ląd. Wiele anegdot z udziałem tego psotnego zwierzęcia przeszło do historii i do dziś są mile i z uśmiechem wspominane. Dzięki obecności futrzanego przyjaciela mogli oni chociaż na chwilę zapomnieć o strasznych czasach, w jakich przyszło im żyć. 

"Mojego dziadka łączyły z niedźwiedziem więzy dość osobliwej przyjaźni. Obaj wprawdzie mieli słabość do papierosów, jednak w tym miejscu rozchodziły się ścieżki ich upodobań. Dziadek był zagorzałym abstynentem, podczas gdy Wojtek za butelkę piwa sprzedałby swą duszę diabłu." 
Niedźwiedzie zapasy
Wszystko zaczyna się w 1942 r., kiedy to w dalekim Iranie polscy żołnierze napotykają małego chłopca z workiem na plecach. Okazuje się, że ma w nim niedźwiadka, którego ponoć znalazł w lesie. Najprawdopodobniej jego matka zginęła z rąk myśliwych, a on niechybnie został skazany na śmierć. Miał połowiczne szczęście, natrafiając na tego młodzieńca. Gdyby dorósł odpowiedniego wieku (co było mało prawdopodobne, patrząc na jego wątłą budowę ciała) zostałby przeznaczony na ulicznego niedźwiedzia, który ku uciesze publiczności wykonywałby sztuczki. Na szczęście polscy żołnierze, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, jak wykarmią takiego wielkie zwierza, postanowili go odkupić. Niewątpliwy zaszczyt zaopiekowania się niedźwiadkiem przypadł Piotrowi Prendysowi. Nadano mu nawet pseudonim "Niedźwiedzia mama", bo to on właśnie w oczach malucha pełnił tę rolę. Wojtek, dorastając, przysparzał wielu problemów. Nieraz zdarzyło się, że nastraszył polskie łączniczki, kradnąc im upraną bieliznę ze sznurków, na których była ona rozwieszona. W pogoni za jedzeniem, nie zważał na to, jak wielkie zniszczenia czyni. A polscy żołnierze musieli po nim potem sprzątać. Gdy coś przeskrobał i Piotr dawał mu naganę, ten odgrywał przed nim zwyczajną komedię. Zakrywał sobie łapami oczy i śmiesznie podrygiwał. Po jakimś czasie sprawdzał jaka jest reakcja jego opiekuna, czy już mu tę srogą winę przebaczył.
"Wyjaśniłam Alanowi, że cała legenda Wojtka opiera się na jego zdolności do zachowania spokoju oraz niemal ludzkiej umiejętności zrozumienia sytuacji. Opowieści jego opiekunów mogły mieć wprawdzie niewiele wspólnego z rzeczywistością, jednak cierpliwość i dobre maniery Wojtka świadczyły wyraźnie, że podczas pobytu w obozie Winfield, cieszył się dużą swobodą."
Karmienie Wojtka
Co niewiarygodne, niedźwiedź był bardzo łagodny i robił wszystko, jak potulny kotek. Nie zachowywał się tak jak jego kuzyni z naturalnego środowiska. Być może dlatego, że nigdy żadnego niedźwiedzia nie spotkał, a całe swoje życie spędził wśród ludzi. Bardzo lubił słuchać gry na skrzypcach, nieraz się zdarzyło, że przy takiej kontemplacji dźwięków, zwyczajnie zasypiał. Był we Włoszech, dotarł potem pod Monte Cassino, skąd udał się ze swoimi towarzyszami broni na Szkockie Pogranicze. Miał życie niczym w raju. Jednak wszystko, co dobre, kiedyś musi się zakończyć. I tak na Wojtka padł wyrok oddania do edynburskiego zoo. Piotr nie mógł się z tym pogodzić, czuł, że traci kogoś bliskiego po raz kolejny. Można przypuszczać, że Wojtek w zoo poczuł się tak, jakby został wtrącony do więzienia.

Podsumowując, historia tutaj przedstawiona jest naprawdę poruszająca, wywołuje w czytelniku wiele skrajnych emocji i po raz kolejny zaczynamy się zastanawiać, że jednak nasze czasy są lepsze niż czasy wojenne, kiedy to nie było nawet pewnym, czy dożyje się do wieczora. Książka napisana jest w lekkim stylu, co powoduje, że ciężko się od niej oderwać. A czytanie o psotach małego, a potem już dorosłego Wojtka wywołują głośny śmiech. Pozycja ta nie jest tylko dla miłośników historii, ale także dla osób, które zwyczajnie lubią poczytać o więzi jaka rodzi się pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem i o tym do jakich poświęceń dla siebie nawzajem obie strony są skłonne.




Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo Wydawnictwu Replika.





~ Paulina Korek

2 komentarze:

  1. Z ogromną przyjemnością przeczytam tę książkę przy najbliższej okazji. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę warto ją przeczytać. Jest pełna nadziei i radości, ale także smutku i wzruszenia. Czyta się ją jednym tchem ;)

      Usuń