sobota, 23 września 2017

"Nielegalne związki" - Grażyna Plebanek

Źródło
Sugestywna okładka? Nieee. Jak dla mnie ta okładka jest nijaka. Czerwień bije po oczach, kilka zdjęć złożonych w całość, których autor się chyba za bardzo nie zastanawiał nad tym, czy będą one do siebie pasować. Gdybym ujrzała taki "twór" w księgarni, z pewnością bym przeszła obok niego obojętnie.
Książka podzielona jest na pięć części, te zaś na kilka rozdziałów. O czym ona jest? Można ją określić jako żałosne studium faceta, który zdradza swoją żonę i to z jego perspektywy. Ukazuje nam się tutaj obraz mężczyzny, który nie wie zbytnio czego chce, nie potrafi się zdecydować, marzyciela, zakochanego, jednak nie wiadomo w kim tak naprawdę, a może w sobie samym?, pożądającego, tylko znów nie wiadomo kogo bardziej, a także odczuwającego tylko czułość do swej żony. Tylko?! Jak to?! To czułość jest mniej ważna niż miłość? To mąż, który bije swoją kobietę z miłości, jest w porządku? A postać kochanki? No cóż, ma na imię Andrea, niby piękna i zmysłowa, wie co działa na płeć przeciwną, a z drugiej strony jest wiecznie niezaspokojona, zachowuje się niczym nimfomanka, ciągle oczekuje więcej i więcej. To kobieta, która tak naprawdę może mieć każdego mężczyznę, a swoje wdzięki rozdaje na prawo i lewo, każdemu kto się nawinie jej pod rękę i kto ją zechce. Przyjaciel głównego bohatera (Jonathana) - Stephan, strasznie mnie irytował, więc może lepiej żebym ani słowa o nim nie pisała, choć nie powiem, miał swoje lepsze i gorsze momenty.

"Parę godzin później leżał z otwartymi oczami. Nagle świadom własnego ciała, wsłuchiwał się weń, odkrywał na nowo. Zwykle zasypiał niedługo po tym, jak wystrzelił nabój spermy; teraz leżał koło Andrei i dumał nad przepastnością orgazmu, głaskał ciało, jej i swoje, a gdy zasypiała gładził mocniej, zazdrosny o stracone we śnie oddechy (...)"
Źródło
 W tym momencie muszę zaznaczyć wyraźnie, że nie pochwalam zdrady, nie potrafię w ogóle zrozumieć, że osoba, która twierdzi, ze nas kocha nad życie jest zdolna pójść do łóżka z inną, choć jeszcze rano zarzekała się, że brzydzi się takim postępkiem. Jednak patrząc z drugiej strony, mężczyzna/kobieta, kiedy jest zaniedbywany/-a to wcześniej czy później pójdzie do innej/-go, żeby dostać swego rodzaju pocieszenie. Dlatego w minimalnym stopniu nie dziwię się głównemu bohaterowi, że zdecydował się na taki krok. Jednak znów, kiedy ten mężczyzna naprawdę by kochał swoją kobietę, to by nie ślinił się na widok każdej spódniczki, bez względu na jej długość, nie latałby jak pies z wywieszonym ozorem za nimi i jednak by był wierny swej żonie, prawda? Jeżeli chciał wieść tak rozpustne życie, to po co się żenił? Po co sam sobie założył tę smycz i ten radar? ;)

"Zawieszony w symbolach, czekając na kawę, zaczął się zastanawiać, czy jego romans, który zaczął się właśnie na tej ulicy, w piekarni kilka metrów stąd, nie wziął się z klasycznego splotu okoliczności: rodzina, rutyna, zduszona osobowość, nadwątlona ekspresja twórcza."
Od samego początku lektury jesteśmy atakowani pikantnymi opisami schadzek, bez wcześniejszego najmniejszego wstępu. Historia ta jest po prostu nudna, ciągnie się w nieskończoność, jest za długa, a jedyną myślą czytelnika jest ta: "Matko, kiedy to dobiegnie końca?". Mało która książka mnie nudzi na śmierć, lecz tej się to udało. Nie ma tu akcji, nie ma nic wciągającego. Niby jest się ciekawym, jak cała historia się zakończy, czy główny bohater podejmie w końcu męską decyzją, czy pozostanie w miłosnym trójkącie tak długo, jak się tylko da, jednak z drugiej strony czegoś tu ewidentnie zabrakło, czegoś, co by sprawiło, że powieść tę czytałoby się z wypiekami na twarzy. Za dużo jest tu filozofii i rozmyślań nad tym, czy zdradzać, czy jednak nie, którą wybrać, a może jednak zostać z obiema naraz, bo przecież tak wygodnie się żyje. Opisy seksu może i były barwne i bez przesadnego wulgaryzmu, jednak sam akt zbliżenia za każdym razem wydawał się zbyt mechaniczny: tutaj ją dotknę, tutaj poliżę, a potem doprowadzę ją do krzyku i tak za każdym razem. Ileż można to czytać?

Zmęczyłam tę lekturę, tylko i wyłącznie dlatego, że nie lubię zostawiać rozbabranych lektur, jakoś źle się z tym czuję, kiedy po kilkudziesięciu np. stronach odrzucam książkę w kąt. Jednak nikomu jej nie polecę, bo najpewniej podczas lektury każdy z was chciałby popełnić harakiri. Temat może i był ciekawy, jednak wykonanie koszmarne.



Ocena: 4/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu W.A.B.






~ Paulina Korek

2 komentarze:

  1. Miałam tak z Greyem. Zanudziła mnie ta książka. Dosłownie. Nie było tam nic poza seksem dla mnie. Owszem nie powiem że nie lubię jak jest pikantnie ale bez przesady. Dobrze że napisałaś że jest kiepska, nie będę się za nią łapać 😊 dzięki za fajną szczerą recenzję.
    www.kasinyswiat.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie się Grey podobał w sumie :) Właśnie Greya czytałam z uśmiechem na twarzy i jako tako się wciągnęłam, zaś tu po prostu się zanudziłam na śmierć ;P

      Usuń