czwartek, 5 października 2017

"Młody świat"- Chris Weitz

Byłam w trakcie pewnej dłuuugiej i mocno męczącej lektury (o której pojawi się recenzja w najbliższych dniach), dlatego poczułam potrzebę przewietrzenia umysłu i przeczytania czegoś nieskomplikowanego, z szybką akcją i bez zadęcia na arcydzieło światowej literatury. Tak trafiłam na „Młody świat”.

              „Młody świat” to pierwsza część postapokaliptycznej trylogii dla ciut starszych nastolatków. Narracja jest prowadzona na przemian z perspektywy dwójki bohaterów: Jeffersona i Donny. Oboje żyją w czasach współczesnych, tylko że po przejściu epidemii, która spowodowała śmierć wszystkich dorosłych i dzieci na Ziemi. Pozostali przy życiu nastolatkowie zrzeszają się w przeróżne struktury, które mają zapewnić im niezbędne środki do życia. Istotnym jest fakt, że nastolatkowie po osiągnięciu około osiemnastego roku życia zapadają na tę samą śmiertelną chorobę, która zabiła ich rodziców i młodsze rodzeństwo. Z uwagi na fatalizm tej sytuacji, większość żyje z dnia na dzień, godząc się ze swoim losem. Tymczasem piątka śmiałków (w tym Jefferson i Donna) postanawiają to zmienić. Chcą odkryć źródło choroby i znaleźć na nią lekarstwo. Nie jest to bezpieczna misja, gdyż Nowy Jork, w którym mieszkają, przypomina pole bitwy; jest zdewastowany i pełen osobników o morderczych instynktach, a stare uprzedzenia i nierówności – z uwagi na płeć czy kolor skóry – nadal mają się dobrze.
Zanim jednak przejdę do opisu wrażeń z lektury, pragnę wspomnieć kilka słów o autorze. Kim jest Chris Weitz? To reżyser filmu „Sagi Zmierzch: Księżyc w Nowiu” oraz – co bardziej do mnie przemówiło – współautor scenariusza filmu „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie”. Jeśli scenarzysta/reżyser bierze się za pisanie książki, to oznacza tylko jedno – chce ją kiedyś sfilmować. A skoro tak, to książka musi być genialna lub musi się w niej sporo dziać. „Młody świat” to ta druga opcja.
Recenzję zacznę od tego, co mi się nie podobało. Po pierwsze bohaterowie. Wszyscy byli płascy; prowadzeni liniowo; od początku do końca tacy sami. Jednoznacznie dobrzy, albo jednoznacznie zły, a jedyna postać, która nie dała się tak sklasyfikować została uśmiercona po kilkunastu stronach.
Widać, że autor chciał wykreować bohaterów, którzy wyróżnią się na tle innych, ale niestety, są oni pełni stereotypów. Mamy Jeffersona – Azjatę (lub pół-Azjatę), wojującego samurajskim mieczem z marzeniem o stworzeniu idealnej społeczności, gdzie wszyscy są równi. Skoro główny bohater jest Azjatą (czy też pół-Azjatą), to czemu koniecznie musi mieć samurajski miecz? Dodatkowo imię Jefferson… Gdyby tylko autor nie upatrzył w nim sobie przyszłego „ojca narodu”, można byłoby uznać, że to imię, jak każde inne. Tu jednak wygląda to dość pretensjonalnie. Kolejna postać to Donna, feministka z zacięciem medycznym. Niestety jej feminizm opiera się na kolejnym stereotypie, polegającym na tym, że nie prowadzi żadnego życia intymnego i nie lubi wyzywająco ubranych dziewczyn. Donna, rzekoma feministka, spotyka na swej drodze dziewczynę, która była ofiarą przemocy seksualnej. Nie okazuje jej żadnego wsparcia czy współczucia, nie solidaryzuje się z nią i – co najgorsze – uprzedmiotowia ją nazywając „Cycatą”. Jak dla mnie to mało feministyczne. Następnie Mózgowiec – bardzo inteligentny i bystry młody człowiek z upośledzeniem funkcji społecznych. Czy każdy „mózgowiec” musi mieć problem z kontaktami międzyludzkimi? Kolejna postać i nie wykorzystany potencjał – Peter. Peter jest Afroamerykaninem, homoseksualistą i – co wyraźnie podkreślono- chrześcijaninem. Ta ostatnia cecha kompletnie nie została rozwinięta przez autora. Chłopak używa broni bez żadnych wątpliwości natury moralnej, które jako praktykujący i obnoszący się ze swoją religią chrześcijanin powinien mieć. Ostatnią bohaterką jest Szyfon – młodociana ninja (jak łatwo się domyślić) również z Azji.
Jak książka może mieć pozytywny wydźwięk w kontekście walki ze stereotypami, skoro sama podstawa, czyli główni bohaterowie są pełni takich „kwiatków”?
Kolejny minus – brak oryginalnego pomysłu na fabułę. Cała kreatywność wyczerpuje się na tym, iż na świecie żyją tylko nastolatkowie. Skoro książka jest pisana dla młodzieży to prawie zawsze jest o młodzieży. Suma summarum pomysł wypada nieszczególnie wyjątkowo.
Ostatni minus, o którym pragnę napisać, to finał powieści. Nie zdradzając szczegółów: akcja dzieje się po prostu za szybko. Daje to mnóstwo pytań i mało odpowiedzi. Trzeba jednak pamiętać, iż jest to pierwsza z trzech części, tak więc może wyjaśnienie znajdzie się w drugiej książce.
Można byłoby więcej wymieniać, ale „Młody świat” ogólnie zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Jej plusem jest akcja – wartka od pierwszej do ostatniej strony. Tempo jest zawrotne. Bohaterowie mierzą się z różnorakimi przeciwnościami w coraz to nowym otoczeniu. Lektura książki naprawdę wciąga. Czyta się ją szybko i myślę, że ten komu przypadnie do gustu, będzie chciał do niej powrócić.
Dużym plusem jest dla mnie to, że Nowy Jork opisany w „Młodym świecie” nie jest oazą braterskiej miłości i że nie z każdej przeciwności bohaterowie wychodzą bez szwanku. Nadaje to większego realizmu powieści.
Sama książka ma intrygującą okładkę w ładnej kolorystyce. Ciekawostką jest napis „Młody świat” Sprawia wrażenie wypukłego i taki jest w istocie.
Jeśli masz ochotę przeczytać historię pełną akcji i niebezpieczeństw czyhających na bohaterów w postapokaliptycznej rzeczywistości, to jest to powieść właśnie dla Ciebie.

Ocena 7/10


Anna Mackiewicz



2 komentarze:

  1. Lubię takie klimaty, może kiedyś się skuszę - zwłaszcza, że dawno nie czytałam czegoś postapokaliptycznego.

    Pozdrawiam,
    http://ksiazkowa-przystan.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani ANiu łatwo przychodzą Pani te recenzje. Jestem pełen uznania. Ciekawie napisane. Oby tak dalej

    OdpowiedzUsuń