czwartek, 26 października 2017

Wywiad z Moniką Rebizant- Siwiło

Dzisiaj czytelników naszego portalu zapraszam na wywiad z autorką Moniką Rebizant- Siwiło. Kilka tygodni temu miałam okazję recenzować dla Was " Zatańcz ze mną", książkę wieńczącą losy bohaterów znanych nam już z  "Przytul mnie" i "Zatrzymaj mnie". Mam nadzieję, że zadane przeze mnie pytania i odpowiedzi Pani Moniki pozwolą Wam na jej bliższe poznanie.

1.Naukowcy wciąż sprzeczają się co było pierwsze: jajko czy kura. Mnie interesuje jak to jest w przypadku Pani  książek : najpierw pojawia się konkretny bohater czy historia/zarys powieści?
U mnie na początku jest tytuł, do niego powstaje historia i bohater w różnej kolejności, ale jednak częściej bohater, ktoś, kto tę historię opowie. Lubię pisać w pierwszej osobie, by mocniej zgłębić i wypowiedzieć, co dzieje się w głowie, sercu i duszy bohatera, jakie targają nim emocje. 

2.Z którym z bohaterów swoich książek zżyła się Pani najbardziej i dlaczego?
Najbardziej czuję się związana z Michałem Rawiczem, może dlatego, że od niego wszystko się zaczęło, jest bohaterem mojej pierwszej powieści pod roboczym tytułem „Szelest motyla” , a która ukazała się pod zmienionym  przez wydawcę tytułem „Singiel”.  Na skutek wielu zawirowań wydawniczych, książka nie miała szans na to, by trafić do szerszego grona czytelników i kiedy znalazłam obecne wydawnictwo, już na stałe, wróciłam do Michała Rawicza i jego historii, rozbudowując ją i rozpisując w kolejne książki : „Przytul mnie” i „Zatrzymaj mnie”. „ Zatańcz ze mną” jest ich kontynuacją.

3. Najlepsza pora na pisanie to…
Wczesny ranek, wtedy zdecydowanie najlepiej mi się pisze. Letnią porą, gdy jest ciepło, piszę na tarasie  także w innych porach dnia. Nie piszę wieczorem ani nocą. Może tylko krótkie notatki gdzieś na kartce, gdy wpadnę na jakiś pomysł lub „usłyszę” dialog i trzeba to w porę uchwycić.

 4. Czy praca zawodowa ma w Pani przypadku wpływ na proces twórczy? Pomaga, przeszkadza?
Praca zawodowa z jednej strony pomaga, a z drugiej przeszkadza. Pomaga, bo żyję prawdziwym życiem, spotykam innych ludzi, wymieniam się doświadczeniami, czasami jest dobry dzień, czasami niezbyt, ale to wszystko jest świetnym materiałem do ożywienia powieści. Siedząc w jednym miejscu i zajmując się tylko pisaniem pewnie robiłabym tysiąc innych rzeczy, chociaż jeśli chodzi o mnie to potrafię się zmobilizować, wziąć w garść i systematycznie pracować. Potrafię to i dlatego w chwili, gdy od rana świetnie mi się piszę i muszę nagle wyjść z tego świata, bo czas do pracy, do innych obowiązków, wtedy mi to bardzo przeszkadza i marzę o wolności pisania. Przeważa jednak „pomaganie” w procesie twórczym, bo mam wtedy bardzo dużo energii i piszę lepiej, gdy nie mam zbyt wiele czasu. Trochę to dziwne, ale tak właśnie to w moim przypadku wygląda. Przeciwności mobilizują mnie do wysiłku.

 5. Roztocze przewija się w Pani powieściach niejednokrotnie. Gdyby jednak nie mogła Pani umiejscowić tam swoich powieści to na jakie inne miejsce w Polsce by się Pani zdecydowała?
Zachwycają mnie małe miasteczka w górskim krajobrazie, może Stary Sącz? Tam jest bardzo pięknie. To taka pierwsza moja myśl, ale jest wiele takich urokliwych zakątków w Polsce, w których zatrzymał się czas i emanują pewną tajemnicą, czuć w nich ducha przeszłości, a o to lubię najbardziej. I oczywiście Kresy, teraz już nie nasze, ale kiedyś ostoja polskości.

 6. Najbardziej wzruszająca/dziwna/zaskakująca sytuacja mająca miejsce w związku z Pani karierą pisarską to… ?
Taka sytuacja zaistniała właśnie podczas mojego szczęśliwego i jednocześnie nieszczęśliwego debiutu. Najpierw było wspaniałe zaskoczenie, gdy jedno z kilkunastu wydawnictw do których rozesłałam „Szelest motyla” i to w dodatku w bardzo krótkim czasie, zdecydowało się wydać moją książkę. Podpisaliśmy umowę wydawniczą i rozpoczęła się praca nad książką: zmieniliśmy tytuł, wyrzuciliśmy niepotrzebne rzeczy, w końcu otrzymałam do zatwierdzenia okładkę „ Singla”. Potem dwa miesiące ciszy i w listopadzie przychodzi wiadomość, że mój wydawca umarł i wydanie książki stoi pod wielkim znakiem zapytania. Po wielu prośbach z mojej strony książka ukazała się niewielkim nakładem (1200 egz) i na tym koniec. Wydawnictwo zostało zlikwidowane a z nim moje szanse na kolejną książkę. Wtedy zaczęłam brać udział w konkursach literackich w których zajmowałam przyzwoite miejsca, za powieści czy opowiadania. Uniknęłam po drodze wielu pułapek regulaminowych i wydawniczych, a było ich zadziwiająco dużo. Wiem teraz, że debiutujący pisarz musi w pierwszej kolejności zadbać w umowie o datę wydania swojej książki. Jeśli takiej daty nie ma, może stracić książkę. To taka moja przestroga na marginesie. Miałam naprawdę mnóstwo sytuacji i szczęśliwych i tych, które podcinały mi skrzydła, ale tylko na krótko. Nie poddawałam się i w końcu znalazłam wydawcę na stałe. Bardzo sobie cenię ten spokój, że nie muszę już szukać i uważać na umowy, lecz mogę skupić się jedynie na pisaniu, na czym bardzo mi zależało.



 7. Czy ciężko uśmiercić  autorowi głównego bohatera?
Z pewnością nie jest to łatwe i musi mieć głębokie uzasadnienie w całej historii. Tylko wtedy można to zrobić, ale na pewno nie należy z tym przesadzać, bo daje to odwrotny efekt. Mam na myśli własne doświadczenie z książkami a raczej ekranizacjami powieści Sparksa, które swojego czasu oglądałam i definitywnie przestałam, gdy masowo zaczął uśmiercać głównych bohaterów.

 8. Czyja twórczość Panią ukształtowała? Są książki do których nadal chętnie Pani wraca?
Ukształtowały mnie książki o …Indianach. Pamiętam, jak w dzieciństwie zaczytywałam się w takich książkach  jak „Tecumseh” Longina Jana Okonia, „Winnetou” Karola Maya, „Złoto Gór Czarnych”  Szklarskich czy „Łowcy wilków, złota, przygód” Jamesa Olivera Curwood’a. Uwielbiałam w nich przyjaźń, przygodę, walkę o przetrwanie i codzienne życie Indian, gdy jeszcze nie było „białego człowieka”. Kształtowali mnie także tacy pisarze, jak: Krystyna Siesicka - „ Fotoplastykon”, „Zapałka na zakręcie”, Ożogowska - „ Głowa na tranzystorach”, „Za minutę pierwsza miłość”, Musierowicz -„ Kłamczucha” , Szósta klepka”, Bahdaj – „Wakacje z duchami”, Józefacka – „ Kto sieje wiatr”, „Lotnica” , Niziurski – „Księga urwisów”, Nienacki – seria o Panu Samochodziku”, Lindgren – „Bracia Lwie Serce”, „Ronja córka zbójnika”, „Dzieci z Bullerbyn”, czy L. M. Montgomery – „ Ania z Zielonego Wzgórza” i mój ukochany „ Błękitny zamek”. Lubiłam też czytać serię „Portrety”, gdzie każda opowieść miała jakieś imię: Monika, Jerzy, Krzysztof i.t.d. To były wspaniałe lektury i są we mnie do dziś.

9. Z kim  (z ówczesnych polskich autorów)  mogłaby Pani stworzyć wspólne dzieło?
Z żadnym niestety – to moi Mistrzowie Pióra i nie miałabym śmiałości czegokolwiek z nimi tworzyć. Myślę z resztą, że to nie miałoby sensu. Każdy ma swoje pióro, swój styl, emocje… Pisarz to samotnik, przynajmniej tak jest ze mną, chociaż lepiej powiedzieć „autor”, bo żeby być „Pisarzem” trzeba się jeszcze dobrze napracować, a ja czuję się wciąż na początku tej drogi.

 10. Gdyby historię móc wzbogacić zapachem, to czym pachniałaby Pani najnowsza książka?
Moim najbardziej wyostrzonym zmysłem jest z pewnością powonienie… Mogę nie dostrzec, nie dosłyszeć, ale zawsze dotrze do mnie zapach. Ja potrafię nawet wzruszyć się poprzez zapach, gdy przechodząc obok zaoranego świeżo pola, czuję zapach dzieciństwa, dziadków, jakichś prac polowych, którym się przyglądałam... Uwielbiam wiosnę, gdy kwitną krzewy i drzewa owocowe, dlatego te bzy majowe po prostu uwielbiam, ale także las jesienią, gdy rosną grzyby i ściele się mgła – to najcudowniejsze zapachy. Myślę, że ich nie brakuje i nigdy nie zabraknie w żadnej z moich książek, a jest ich całe mnóstwo. Jest zapach – jest obraz. I tak właśnie staram się pisać.

Dziękuję za wyczerpującą rozmowę. Życzę samych sukcesów i z niecierpliwością oczekuję na więcej.

~Mariola Mazur

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz