piątek, 10 listopada 2017

"Ostatnia prawdziwa love story"- Brendan Kiely

Jedyne co przychodzi mi na myśl, gdy mam przed oczami okładkę książki to, trawestując: Kolejna prawdziwa love story. Nie ma w tej książce nic nowego, czego wcześniej nie widzieliśmy. Jest miłość, idealna płaszczyzna do budowy ciekawego wątku, dwoje nastolatków, jeden pies i dziadek.



Sensem życia jest nauczyć się kochać.
Tak mawia Dziadzio. Dla siedemnastolatków Hendrixa i Corriny, których poza wiekiem łączy jedynie poczucie samotności, brzmi to jak kolejny tekst popowej piosenki, która ma przekonać młodych, że życie tak naprawdę nie jest do kitu. 




Tak naprawdę powyższy cytat mówi o tej książce wszystko. Przez kilka pierwszych stron miałam wrażenie, że czytam trochę gorszą podróbkę Pamiętnika Sparksa. Motyw chorego dziadka i jego mani wspominania babci kojarzy się jedynie z tą powieścią. Jednak później coś uległo zmianie... Fabuła przekształciła się w Papierowe miasta Greena.



W skrócie: Hendrix opiekuje się Dziadziem chorym na alzhaimera, dokładniej odwiedza go w ośrodku pomocy. W między czasie nawiązuje bliższą znajomość ze szkolną buntowniczką, którą od lat podziwia w sekrecie. Oczywiście można się domyślić,że łatwego życia owa panienka nie ma. Dlatego też, co widać na okładce książki, cała trójka razem z psem wyrusza w tripa życia niebieskim garbusem.

Nic więcej nie trzeba dodawać. Poza tym w jak nieciekawy sposób prowadzone są dialogi i jak bardzo przewidywalna jest fabuła. Wymiany zdań między bohaterami opierają się na krótkich równoważnikach zdań. Czasami, wydaje się że słowa są zapisane jedynie by zwiększyć objętość książki. Ciężko napisać na temat tego wydawnictwa coś co nie będzie typowym spojlerem. Prawdopodobnie większość z was po pierwszych rozdziałach książki bezbłędnie odgadnie sztampowe zakończenie.

Jako wielbicielka literatury drogi jestem mocno rozczarowana. Oczywiście nie oczekiwałam od Ostatniej prawdziwej love story dzieła na miarę W drodze Jacka Kerouaca, ale nawet wyżej wspomniane Papierowe miasta czytało się lepiej.

Poza wieloma minusami, chciałabym koniecznie zwrócić uwagę na ogromny plus (sic!) książki. Dokładniej na muzykę, która jest w nią wpisana. Corrina przerzuca Hendrixa ogromną ilością nazw zespołów i utworów z rożnych obszarów muzyki rockowej z naciskiem na typowo hipisowskie klimaty. Jestem pewna,że nawet czytelnik doskonale obeznany w tym temacie znajdzie tam chociaż jeden nowy zespół. Jak wielkie było moje zaskoczenie, gdy autor lekko nadszarpnął moją melomańską pewność siebie.

Pomimo wielu trudów, które musiałam pokonać przy lekturze książki, uważam że warto czytać nawet takie tytuły dla lepszego zapoznania się w własnym gustem literackim.

Moja ocena: 4/10

Dziękuję wydawnictwu Sonia Draga za możliwość zapoznania się z egzemplarzem.

Dominika Burnagiel

1 komentarz:

  1. Książkę raczej sobie daruję, ale zaintrygowałaś mnie tymi rockowymi zespołami :) Ciekawe co można tam znaleźć :)

    OdpowiedzUsuń