piątek, 8 grudnia 2017

"Jezioro pełne łez" - Wojciech Wójcik

Źródło
Swego czasu narodziła się we mnie miłość do kryminałów. To cudowny gatunek literacki, który dodaje naszemu codziennemu życiu pewnego smaczku. Wywołują w nas wiele emocji, które często są naprawdę skrajne. Przyznam się szczerze, że ilu książek w tym guście bym nie przeczytała to i tak mam zawsze problem z określeniem, kto jest mordercą. Ile bym nie ślęczała nad daną historią, to zazwyczaj, jak już kogoś obstawię, to jednak się okazuje, że złe miałam typy. Jezioro pełne łez – tak czasem się mówi, kiedy ktoś naprawdę mocno rozpacza, przecież nasze życie czasem przypomina taki zbiornik wodny, wtedy, kiedy nie wiemy w co ręce włożyć ani jak poradzić sobie z danym problemem. Skłamałabym, gdybym zapewniała, że ani okładka ani opis nie zachęciły mnie do przeczytania tej pozycji. Było wręcz odwrotnie. Obwoluta, choć bardzo minimalistyczna i niewiele zdradzająca, to jednak przyciąga czytelnika jak magnes, ma w sobie to „coś”, co zmusza po sięgnięcie po tę powieść i zachęca, by zapoznać się chociaż z opisem... Powiem szczerze, że połączenie barw: czarnej i pomarańczu, to było mistrzostwo świata. Serio. No sami spójrzcie, czy nie wygląda to pięknie i w pewien sposób intrygująco? No właśnie. A o czym traktuje ta książka?

„Jako dzieciak lubiłem się tu bawić. W bunkrach i okopach można było się natknąć na przeróżne skarby: zardzewiałe łuski, niewypały i inne militarne żelastwo. Brat znalazł nawet pordzewiałą żołnierską menażkę, której mu bardzo zazdrościłem. Wtedy o tym nie myślałem, ale dziś wyobraźnia podpowiadała mi, że mogła to być ostatnia pamiątka po jakimś zapomnianym żołnierzu, który właśnie tu odszedł na wieczną wartę.”

Już na pierwszy rzut oka rzucają się sporej wielkości litery, które twierdzą i próbują nas przekonać, że prawda może zniszczyć. Zgadzacie się z tym, czy jednak odrzucacie te twierdzenie? Ja uważam, że trafia ono w samo sedno. Czasem przecież się mówi, że niekiedy lepiej prawdy nie znać, że jak nie wiesz o czymś, to się tym zwyczajnie nie przejmujesz. Jednak po drugiej stronie barykady stoi twierdzenie, że najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa. Jest, owszem, ale kiedy np. kobieta dowiaduje się, że ukochany mąż ją zdradza, to może to ją zniszczyć, prawda? Gdy do mężczyzny po latach dociera prawda na temat jego dzieciństwa, że był kiedy tam adoptowany, to także może jego życie obrócić w proch, czyż nie? Owszem, po jakimś czasie się pozbiera i dojdzie do wniosku, że jednak jego adopcyjna rodzina była lepsza, bo dała mu mnóstwo miłości, ale pierwsze jego odczucia będą właśnie druzgoczące. Powróćmy jednak do samej treści książki. Właśnie w ośrodku wypoczynkowym trwa totalna sielanka, każdy odpoczywa na swój sposób, jest po prostu błogo i spokojnie. Nagle to wszystko zasłaniają ciemne chmury – obozowiczami wstrząsa mocno fakt, iż właśnie w tym spokojnym na pozór miejscu dokonano brutalnego morderstwa. Jednak te zdarzenie jedynie zapoczątkowuje całą lawinę jeszcze gorszych wydarzeń... Cofamy się 5 lat wcześniej. To właśnie wtedy Marcin, podczas bójki, zabił człowieka. Odbył, jak się może wydawać, zasłużoną karę i wraca w swoje rodzinne strony. W pewnej chwili dociera do niego, że koszmar, który przeżywał w przeszłości, powraca do niego ze zdwojoną siłą. Ktoś chce go wrobić w kolejne morderstwo. Jednak jeszcze straszniejszym okazuje się być sposób zachowywania się ludzi z jego otoczenia – zarówno tych, za którymi chłopak bezgranicznie tęsknił, ale także tych, których miał okazję poznać podczas pracy w ośrodku wypoczynkowym. Stopniowo okazuje się, że miejsce, które pozornie wydawało się być miejscem uciech i zabaw, skrywa tak mroczne i przerażające sekrety i tajemnice, że wszystko inne zdaje się być jedynie dziecięcą zabawą. Droga do odnalezienia czystej prawdy, jest wybrukowana kocimi łbami i można na niej spotkać wiele wybojów i innych pułapek. Nigdy nie wiadomo, co odnajdziemy na jej końcu. Może właśnie jezioro pełne łez?

„Na parkingu było tylko kilka samochodów. Taj jak podejrzewałem , bal nie przyciągnął zbyt wielu gości. Przez chwilę szukałem wzrokiem czerwonego passata burmistrza, ale nigdzie go nie dostrzegłem. Podobnie jak szarej „cytryny” jego zastępcy. Najwyraźniej władze miejskie postanowiły spędzić ten wieczór w inny sposób.”

Z początku cała fabuła mnie zaintrygowała w pewien sposób i wciągnęła w wir wydarzeń. Książka nie zawiera zbyt dużo opisów, czego wręcz nie znoszę, jest za to duuużo dialogów, co znacznie przyspiesza zgłębianie tej historii. Moim zdaniem jednak autor z lekka przedobrzył i jakby popłynął na ilość stron. O co mi chodzi? Otóż, powieść ta liczy się sobie około 600 stron, zaś cała akcja ponoć rozgrywa się w ciągu tylko kilku dni. Jaki wniosek z tego płynie? Że w pewnym momencie, owszem, coraz więcej zagadek i tajemnic odkrywamy, co sprawia, że chcemy coraz więcej czerpać z tej książki, jednak nagle sama historia przestaje mieć znaczenie, a czytelnika męczy jedynie myśl: „Kiedy się to wszystko skończy?”. No tak, kiedy? Historia nagle sprawia wrażenie jakby zbytnio rozwleczonej, tak jakby autor na siłę dopisywał kolejne sceny, aby tylko wyszło więcej stron.

Myślę, że powieść ta spodoba się każdemu miłośnikowi kryminałów, a może kogoś zachęci do zgłębiania tego gatunku literackiego? Akcja wciąga, pomimo tego, że liczbę stron można było trochę ograniczyć. Wszystko ma swoje plusy i minusy, tak samo jest i w tym przypadku. Jednak fakt, iż plusów jest znacznie więcej, raczej przemawia na korzyść tej powieści ;)




Ocena: 6,5/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Zyski S-Ka


2 komentarze:

  1. Kryminały bardzo lubię, więc chyba przyjrzę się bliżej tej książce. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam kryminały, przy okazji zapoznam się z tą książką.

    OdpowiedzUsuń