czwartek, 7 grudnia 2017

"Kiedy płaczą świerszcze" - Charles Martin

Naokoło ludzie siedzieli w bujanych fotelach, sączyli miętowe drinki i prowadzili gorące dyskusje na temat tego, jaka dokładnie jest najlepsza pora dnia nad jeziorem. O brzasku cienie padają przed nami, wyciągając się, aby dosięgnąć nadchodzącego dnia. W południe stajemy na naszych cieniach, pochwyceni gdzieś pomiędzy tym, co było, i tym, co będzie. O zmierzchu cienie padają za nami i zakrywają nasze ślady. Moje doświadczenie mówi mi, że ci, którzy wybierają zmierzch, zazwyczaj mają coś do ukrycia.

Na kartach powieści Charlesa Martina poznajemy Reese'a, chirurga, który po ogromnej stracie porzucił zawód i zaszył się w małym miasteczku Clayton, aby spróbować zaleczyć rany i pogodzić się z tragedią, która go spotkała. Pewnego dnia na jego drodze staje Annie, siedmioletnia dziewczynka, sprzedająca lemoniadę, aby zarobić na operację transplantacji serca. Od samego początku wytwarza się pomiędzy nimi wyjątkowa więź, pozwalająca im pomóc sobie nawzajem. Albowiem serca obojga potrzebują ratunku, choć każde na swój sposób.


Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że "Kiedy płaczą świerszcze" to moje największe zaskoczenie tego roku. Absolutnie nie spodziewałam się, że ta książka będzie tak dobra, tak poruszająca i tak przepełniona emocjami i wrażliwością. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym tytule, więc wzięłam ją do recenzji całkowicie w ciemno i bardzo się cieszę, że trafiła w moje ręce. Odnajdujemy tutaj wiele cudownych i poruszających wątków - nie tylko historię wyjątkowej przyjaźni, między głównym bohaterem a Annie, ale także wspomnienia na temat jego żony Emmy, relacje ze szwagrem Charliem, który jako jedyny nie zostawił go samego, życie cioci Annie. Każdy z nich jest niepowtarzalny i sprawia, że nie można się oderwać od książki. Świetnym wątkiem, nieco pobocznym, ale który ogromnie mi się spodobał, było przedstawienie baru Studnia. To z pozoru miejsce jak każde inne, ale w środku okazuje się być miejscem przepełnionym Bogiem.

Ustawiłem mały statek na wodzie, popchnąłem, a cicha Tallulah pochwyciła go swym nurtem. Delikatna bryza zakołysała łódką, która wyprostowała się, obrała kurs na sterburtę, a jej płomienie liznęły ciemność nocy, pnąc się ku górze. Świeca dopaliła się, roznosząc płomienie po całym pokładzie i rozświetlając niebo niczym błękitna, spadająca gwiazda. Płonęła, wypalając się, a później znikła w cichej głębi, pozostawiając po sobie echo wspomnień rozchodzące się w pustce i zdruzgotanym sercu.

Choć może się wydawać, że temat przedstawiony w tej powieści był omawiany już tysiące razy, to zapewniam was, że spotkanie z Annie i Reese'm będzie wyjątkowe. To poruszająca historia o miłości, wierze, trudzie oraz cierpieniu, z jakim musi zmierzyć się człowiek po utracie kogoś bliskiego. Martin ma niezwykle ujmujący sposób pisania - pełen emocji, wrażliwości, a także pewnego rodzaju subtelności. "Kiedy płaczą świerszcze" czyta się bardzo szybko, lekko i z prawdziwą przyjemnością. Ode mnie wielki plus za piękne, bardzo plastyczne, a momentami wręcz poetyckie opisy. Ogólnie autor w tej kwestii odrobinkę przypominał mi styl pisania Arundhati Roy, o której książce pisałam jakiś czas temu. Sama fabuła jest trochę przewidywalna i myślę, że spora część z was już w tej chwili jest w stanie mniej więcej przewidzieć, jak potoczą się losy bohaterów, jednak mimo to zdecydowanie warto się z książką zmierzyć.
Źródło


Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję wydawnictwu WAM

Weronika Plichta

4 komentarze:

  1. Musze przyznać, że naprawdę zainteresowałaś mnie tą książką. Muszę ją koniecznie przeczytać. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Był taki czas, że bardzo chciałam mieć tę powieść, ale potem ten tytuł gdzieś mi umknął. Dziękuję za przypomnienie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to teraz już musisz po niego sięgnąć! :D

      Usuń