wtorek, 19 grudnia 2017

"Stygmaty zniewolenia" - Mirosław Kruk

Źródło
Kupując czasem nowe mieszkanie czy też dom, nie spodziewamy się jakie może on kryć tajemnice, niekiedy nawet takie, które wywołują ciarki na plecach. Tak też było w przypadku naszego bohatera, Andrzeja, któremu udaje się zakupić dom. I nie przejmuje się nawet on, że trochę do remontu to będzie w nim miał. Już pierwszego dnia przekonuje się o tym, że jego nowe miejsce zamieszkania wzbudza w okolicznych sąsiadach niechęć i wręcz wrogość. Andrzejowi od razu przychodzi na myśl, że coś musiało się tutaj wydarzyć, coś, o czym ludzie najchętniej by zapomnieli, wymazaliby ze swej głowy, która co i rusz podsuwa pewne obrazy. Jednak wszyscy uparcie milczą. Jednak dopiero mężczyzna, który znienacka obrzuca kamieniami dom Andrzeja, a odchodząc, bełkocze wiele niezrozumiałych słów, wśród których łatwo jest wyróżnić jedno, złowrogie „morderca”, wzbudza prawdziwy strach w mężczyźnie. O co też tutaj chodzi? Całą historię mają wyjaśnić odnalezione przez czysty przypadek księgi w ukrytym sejfie, które z początku odłożone na bok, tak bardzo ciekawiły swoją potencjalną treścią, że Andrzej nie mógł się im oprzeć i w końcu został wchłonięty w historię w nich zawartą.


„Wtedy, to znaczy szóstego maja 2000 roku była sobota. Było bardzo ciepło. Temperatura dochodziła do dwudziestu pięciu stopni. Wszędzie słychać było śpiew ptaków i brzęczenie owadów. Razem z żoną i szwagierką przygotowywaliśmy się do imprezy z okazji moich czterdziestych urodzin.”

Czego byście się spodziewali po samej okładce i tytule tej powieści? Większości z was odpowiedzi brzmiałyby pewnie w stylu: „A to pewnie jakaś religijna książka, nie interesuje mnie to, idę szukać czegoś innego!”. No tak, sama z początku miałam podobne przemyślenia. Jednak z każdym kolejnym zdaniem przekonywałam się, że dzieło te ma znacznie głębsze znaczenie niż mi się z początku wydawało. I w sumie po zakończeniu lektury mogę powiedzieć, że jest tutaj ukryte pewne przesłanie. Jakie? Ano takie, że co by się na świecie nie działo, jakich problemów byśmy nie mieli, to nie można tracić nadziei, nie można się poddawać, bo otaczają nas ludzie, którzy z głębi serca nas wesprą, a nasze poddanie się będzie także ich porażką. Piękne, prawda? Owszem, książka ta ma pewne elementy religii, ale są one tak wplecione w całą historię tutaj ukazywaną, że nie odczuwamy ich jako coś paranormalnego, a raczej odbieramy to jako swego rodzaju cud. Warto się zagłębić w tę powieść, oderwać na chwilę od codzienności i zastanowić nad własnym życiem. 

Styl autora jest bardzo lekki, stron niewiele, bo jedynie 250 i to sprawia, że treść się wręcz pochłania, nie można się powstrzymać przed przerzuceniem kolejnej strony, chociaż w myślach powtarza się, ze to już ostatnia, że zaraz się książkę odłoży. Jest naprawdę uzależniająca, nie łatwo przestać o jej treści myśleć, nawet jak już się jest dawno po lekturze.

„Czekając, podziwiał prace wiszące na ścianach. Były to ręcznie wykonane dzieła przez tutejszych staruszków. Wisiały tu akwarele przedstawiające różne krajobrazy, makramy z kolorowych sznurków, makatki o różnej tematyce. Na okrągłym stoliku, przy którym siedział, leżała haftowana, koronkowa serweta.”

Podsumowując, powieść ta jest naprawdę zaskakująca. Po samym tytule można się spodziewać, że będzie ona przesycona do granic możliwości tematyką religii, ale nic bardziej mylnego. Elementy z nią związane są powtykane pomiędzy codzienne wydarzenia z życia naszych bohaterów, odbieramy je jako swego rodzaju cud, a nie coś paranormalnego. Naprawdę polecam!





Ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Novae Res



1 komentarz:

  1. no rzeczywiście okładka jakoś nie zachęca. mam lekki niedosyt po twojej recenzji. Może powinnam sięgnąć po książkę?
    zaczytanamona.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń