środa, 17 stycznia 2018

„Cydr z Rosie” – Laurie Lee

[źródło]
   „Cydr z Rosie” to pierwsza część autobiograficznej trylogii, opowiadająca o dzieciństwie pisarza Laurie’go Lee, osadzona w realiach międzywojennej angielskiej wsi. Laurie Lee mieszka razem ze swoją matką i licznym rodzeństwem (także przyrodnim) w małym, ubogim domku, gdzieś na „końcu świata”. Ojciec Lee opuścił rodzinę, gdy jego syn i jednocześnie narrator powieści miał kilka lat, a o jego „obecności” świadczą jedynie niewielkie pieniądze, które przesyła na utrzymanie. O samym pisarzu dowiadujemy się niezbyt wiele; ważniejszym dla autora było bowiem skupienie się na przedstawieniu sylwetek członków rodziny, przyjaciół i sąsiadów oraz opisanie krótkich wydarzeń z ich życia. Książka stanowi zapis wspomnień, które zostały usystematyzowane w taki sposób, że każdej osobie lub wydarzeniu został poświęcony konkretny rozdział. Pomiędzy nimi nie ma logicznej zależności, jedynie wydarzenia z życia rodziny Lee zostały mniej więcej podane chronologicznie.


Przyznam szczerze, że dawno po przeczytaniu książki nie miałam takiego „kaca czytelniczego”. Z jednej strony zapis wspomnień Laurie Lee przypominał mi trochę świat przedstawiony w „Dzieciach z Bullerbyn” lub „Ani z Zielonego Wzgórza” tylko w wersji dla dorosłych i nie tak zabawnej. Nostalgiczny raj utracony, pełen malowniczych opisów, pięknej przyrody, prawie nieskażonej cywilizacją. Życie ukazane w książce jest ściśle związane z naturą: bywa to czas obfitych zbiorów, podjadania porzeczek z krzaków, zabaw na zamarzniętym jeziorze lub wylegiwania się w cieniu w upalny dzień. Codzienność, mimo że chwilami bardzo trudna, zachwyca swą prostotą i radością płynącą z dziecięcych zabaw głównego bohatera. Z drugiej strony rzeczywistość, w której dorastał autor książki jest wypełniona biedą, czasem traumatycznymi doświadczeniami takimi jak ratowanie domu przed powodzią i chorobami, które często go trapiły. Życie pozostałych mieszkańców wioski także nie jest usłane różami: morderstwo, samobójstwo, smutny koniec pary nierozłącznych małżonków. Te wszystkie wydarzenia kładą się cieniem na idyllicznym wizerunku tej małej społeczności. Czemu więc doświadczyłam wspomnianego kaca? Mimo trosk prezentowanych przez autora, myślę, że każdy kto przeczyta tę książkę będzie miał wrażenie, że ten wykreowany, miniony świat był niezwykle piękny i kuszący swą prostotą. Kto wie? Może w kimś obudzi się tęsknota za takim życiem albo przypomną się miłe wspomnienia z dzieciństwa? Jednocześnie czytelnik będzie miał świadomość, że to, o czym czyta, to opis miejsca, które już nie istnieje i nigdy nie powróci. Trudno się po tym odnaleźć w świecie pełnym nowoczesnych technologii i zgiełku miejskiego życia.

„Cydr z Rosie” nie jest książką dla każdego. Nie ma w niej emocjonujących wydarzeń, które porażą czytelnika i wciągną go na tyle, że przeczyta ją w kilka godzin. Oczywiście, powieść Lee to ledwie ponad trzysta stron, więc spokojnie jest to wykonalne. Niemniej jednak czytelnik nie powinien tego robić, gdyż ta książka to poezja pisana prozą, którą należy się delektować. Myślę, że właśnie dlatego autor nazwał tę powieść jako „Cydr z Rosie”. Z jednej strony jest to oczywiste nawiązanie do fabuły, z drugiej książka przypomina ten jabłkowy trunek. Picie cydru wymaga pewnej celebracji, choć nie jest to najszlachetniejszy alkohol i nie poraża snobizmem. Ta książka właśnie taka jest: prosta historia, która wymaga, aby dawkować ją powoli.

Bohaterowie są różnorodni, jednak czy zapadają w pamięć? Według mnie nie. Problem z tą książką jest taki, że nie ma ona w zasadzie żadnego głównego wątku. Każdy z jej rozdziałów można czytać osobno, w zasadzie w dowolnej kolejności. Mnie osobiście trudno było nawiązać więź z którymkolwiek bohaterów, gdyż często była to tylko postać opisana na kilku stronach. Z samym głównym bohaterem również miałam ten problem, gdyż autor marginalizuje swój udział w różnych wydarzeniach.

Ogromnym atutem powieści jest język, jakim posługuje się autor. Bogaty i sugestywny. Każde słowo jest istotne i znajduje się na swoim miejscu. Myślę, że należy docenić również ogromny nakład pracy, jaki włożył tłumacz Jerzy Łoziński, aby przełożony tekst prezentował tak wysoki poziom. Podejrzewam, że nie było łatwo oddać ducha książki napisanej w tak poetyckim stylu, ale panu Łozińskiemu to się udało.

Ogólnie dobre wrażenie po lekturze dopełnia okładka powieści. Malowniczy pejzaż nawiązujący do fabuły i rozświetlona kolorystyka. Dla mnie jest ona po prostu bajkowa. W książce znajdują się szkice John’a Warda, które dopełniają treść powieści poprzez prezentację sylwetek bohaterów.

Dodam na koniec, że „Cydr z Rosie” doczekał się aż trzech ekranizacji. Myślę, że w wolnym czasie na pewno się na którąś skuszę.

Ocena 8/10

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



Anna Mackiewicz

1 komentarz:

  1. Zapowiada się ciekawa przygoda czytelnicza, będę miała książkę na uwadze. :)

    OdpowiedzUsuń