wtorek, 17 kwietnia 2018

"Tożsamość zdrajcy"

Uwielbiam filmy opowiadające o tajnych agentach i ich misjach. Do tej pory byłam przekonana, że produkcje szpiegowskie po prostu nie mogą być synonimem nudy. Niestety „Tożsamość zdrajcy” boleśnie uświadomiła mi, jak w swej naiwności głęboko tkwię w błędzie.

„Tożsamość zdrajcy” to film, którego światowa premiera miała miejsce prawie rok temu, bo 27 czerwca. Natomiast w polskich kinach produkcja ta zawitała nieco później, bo 23 czerwca 2017 roku.  Jej reżyserii podjął się dość sławny reżyser - Michael Apted, posiadający na swoim koncie kilka dobrych kinowych dzieł. Natomiast scenariusz do omawianej produkcji napisał równie znany Peter O'Brien. Ponadto w filmie nie zabrakło również sław wśród aktorów, bo któż nie zna Orlando Blooma, grającego w takich megahitach jak „Władca pierścieni”, „Hobbit” czy „Piraci z Karaibów”.
Historia opowiada o byłej agentce CIA - Alice Racine (granej przez Noomi Rapace), odsuniętej jakiś czas wcześniej od czynnej służby. Niespodziewanie jednak kobieta zostaje ponownie wezwana w związku z aresztowaniem niedoszłego zamachowca, planującego atak terrorystyczny na Londyn. Otrzymuje zadanie, jednak jest ono zagrożone. W szeregi służby wywiadowczej wplątał się bowiem zdrajca. Od tej pory zaczyna się pościg za nim, od sukcesu którego może zależeć życie miliona obywateli. Czy agentce uda się wygrać bitwę z czasem? Co jeśli jedną osobą mogącą udaremnić biologiczny atak na miasto jest niebezpieczny zbieg? Kto dopuścił się zdrady?

Sławni ludzie odpowiedzialni za reżyserię i scenariusz, znakomici aktorzy i pomysł z tajnymi agentami w roli głównej – co więc mogło pójść źle? Ano przede wszystkim nikt nie wysilił się na oryginalność. Dotyczy to zarówno samej fabuły, jak i bohaterów tej produkcji. Wszystko bowiem opiera się na schematach, jakich pełno w tego typu filmach szpiegowskich. Zero kreatywności, co sprawia, że odbiorca po pierwsze nudzi się już po dziesięciu minutach filmu i ma ochotę znaleźć sobie do oglądania coś innego, a po drugie jest w stanie wszystko dokładnie przewidzieć. „Tożsamość zdrajcy” nie zaskakuje także postaciami, bo i one wpisują się w utarte schematy i szczerze mówiąc, nie sprawiają, że odczuwamy wobec nich jakiekolwiek emocje. Są bo są, ale należą do jednych z najbardziej nijakich, jakie do tej pory spotkałam. Może główna bohaterka w jakiś sposób się wyróżnia, ale też nie na tyle, by polepszyć całość. Poza tym gra aktorska również pozostawia wiele do życzenia, chociaż dużo winy ponosi tu także mało zachwycający scenariusz.

Może więc problem tkwi w ograniczonym budżecie? Nie, zdecydowanie nie, bo ten był naprawdę spory i wystarczający. Realizacja mimo to wcale nie jest tak dobra, jak można by się tego spodziewać. Ponadto film po prostu nudzi. Co z tego, że pojawia się jakiś zwrot akcji, skoro widz z łatwością może go przewidzieć? Brakuje tu również napięcia. Oglądanie „Tożsamości zdrajcy” nie wzbudza absolutnie żadnych emocji. No i naprawdę trzeba się postarać, by nie odgadnąć, kim jest tytułowy zdrajca.

Film miał potencjał, ale całkowicie nie został on wykorzystany. Patrząc na niego z perspektywy czasu, ma się wrażenie, że zamiast pasjonującej fabuły wstawiono znane twarze i liczono, że to wystarczy. Nie wystarczyło. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że zmarnowałam czas na ten film i naprawdę jedyne czego chciałam od niego, to żeby w końcu się skończył.

OCENA: 2/10

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję Monolith Films.

Sara Chrzanowska

2 komentarze:

  1. Czyli jednym słowem, szkoda czasu. Lubię filmy akcji, sensację i kryminał. I może ze względu na Orlando Blooma skusiłabym się na ten (lubię kino, w którym pojawiają się znane twarze). Ale mogłabym się przejechać. Na pewno więc odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze wiedzieć. Raczej nie obejrzę.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń