środa, 2 maja 2018

"Narzeczona księcia" - Wiliam Goldman

„Narzeczona księcia” to kolejne tegoroczne wznowienie powieści z gatunku fantasy. Książka Williama Goldmana po raz pierwszy została wydana w roku 1973 i już wtedy podbiła serca czytelników. Kilkanaście lat później, bo w roku 1987, została zekranizowana przez Roba Reinera wraz z muzyką Marka Knopflera.

„W tym momencie Edith zamknęła książkę. Spojrzała na mnie i oznajmiła:
– Życie nie jest sprawiedliwe, Billy. Choć mówimy tak naszym dzieciom, to jedna najgorszych rzeczy, jaką możemy zrobić. To kłamstwo, i w dodatku okrutne. Życie nie jest sprawiedliwe, nigdy nie było i nigdy nie będzie.”

Buttercap to kobieta przecudnej urody od lat zajmująca coraz wyszczą pozycję w rankingu lokalnych i światowych piękności. Dorastająca we wspaniałym królestwie Florenu dziewczyna musi się jednak zmierzyć z wielką tragedią. Jej ukochany ginie bowiem z rąk okrutnych piratów. Buttercup postanawia wówczas zamknąć swoje serce na klucz i już nigdy nie wpuścić do niego żadnego mężczyzny. Zgadza się jednak na małżeństwo z następcą tronu – księciem Humperdinckiem. Do ślubu jednak nie dochodzi, bo tuż przed nim kobieta zostaje uprowadzona w tajemniczych okolicznościach. Porywaczami okazują się Vizzini – włoski rzezimieszek, Fezzik – turecki siłacz oraz hiszpański mistrz szpady – Inigo Mantaya. Niedoszły pan młody wysyła za porywaczami pościg, jednak nie tylko on idzie śladem zbrodniarzy. Ściąga ich bowiem także tajemniczy człowiek w czerni…
 „To było już po wynalezieniu podatków, jak zresztą wszystko na świecie. Podatki istniały nawet przed gulaszem.”

Pierwsze co pomyślałam, otwierając książkę to „O mój Boże, jaki długi wstęp”. Do tego wydania dołączono bowiem ich aż dwa, jeden napisany z okazji dwudziestopięciolecia wydania pierwszego nakładu oraz drugi na trzydziestolecie. Szczerze mówiąc, nawet nie mam pojęcia o czym były, bo zawsze czytając wpisy od autorów wyłączam się po pierwszej stronie, a tutaj było ich aż trzydzieści siedem. Na szczęście potem mamy już przeszło czterysta stron dziwnej, pokręconej i nie do końca zrozumiałej historii.

„Nowi doktorzy uzgodnili, że zastosują pewne znane i wypróbowane lekarstwa i po niecałych czterdziestu ośmiu godzinach od ich przybycia król Lotharon nie żył.”

Wiecie, czym ta książka się wyróżnia spośród innych? Jest niesamowicie zabawna. I to nie tylko dzięki temu, że autor wplótł w fabułę nutkę humoru czy też stworzył śmieszne dialogi między bohaterami. Po prostu w powieści jest mnóstwo absurdalnych rzeczy, które w sumie powinny denerwować brakiem logiki, ale zamiast tego przede wszystkim śmieszą czytelnika. Oczywiście pojawiają się też nieścisłości przeszkadzające, bo wręcz rażą czytelnika i to jest największy minus tej książki. No bo raczej nie możliwe jest wspinanie się na przeraźliwie wysoką ścianę skalną za pomocą nóg i rąk, prawda? Żeby jeszcze pomogli sobie magią, ale nie. Lubię logikę, a tutaj momentami naprawdę jej brakowało.

„– Sądzisz zatem, że to pułapka - wtrącił hrabia
– Zawsze przypuszczam, że coś jest pułapką, póki nie znajdę dowodów, które by temu zaprzeczyły, Humperdick - Dlatego jeszcze żyję.”

Powieść nie jest dla wszystkich. Większość może się nią zmęczyć już na początku, jednak im dalej tym lepiej, chociaż dalej widać niedociągnięcia. Jeżeli szuka się jakieś niezobowiązującej lektury, niewymagającej od nas zbytniego myślenia to „Narzeczona księcia” zapewne kogoś takiego usatysfakcjonuje. Mnie nie do końca do siebie przekonała, ale nie było też tak źle, jak początkowo myślałam.

OCENA: 6/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Jaguar.


2 komentarze:

  1. Nie jest to książka, którą muszę przeczytać, więc raczej ją sobie odpuściłam :/

    Zabookowany świat Pauli

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mnie ta pozycja ciekawi i liczę, że uda mi się ją niedługo przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń