niedziela, 6 maja 2018

Pocałunek cesarza – Sylwia Bachleda

[źródło]
       Romans w XIX-wiecznej Francji? Brzmi jak dobry przepis na książkę. Po zapoznaniu się z tym egzemplarzem mam skrajne odczucia.

      Wita nas klimatyczna okładka damy w pięknej sukni i z fryzurą, która bardzo pasuje do klimatu, który upatrzyła sobie autorka. Charlotte Sorel to dwudziestoczteroletnia młoda dama, córka emerytowanego żołnierza, która czeka na powrót swojego ukochanego. Życie tej dziewczyny toczy się w rodzinnej miejscowości Lille i totalnie wokół miłości do Victora Lebrema.  Wszelkie tęsknoty, emocje czy też doznania poznajemy z perspektywy Charlotte, ponieważ jest ona główną bohaterką i narratorem.  
Wydawałoby się, że wszystko będzie pięknie w życiu tej młodej kobiety – wróci ukochany narzeczony, będzie ślub i szczęśliwe życie u boku męża. 

     Jednak powrót, jakże oczekiwany, przynosi zawirowania w życiu Charlotte. Okazuje się, że Victor został doceniony za swoje zasługi i otrzymał awans, którego nie sposób odrzucić – mianowanie na doradcę cesarza. Poza chwałą i obowiązkami wiąże się to z przeprowadzką do Paryża, zamieszkanie w Wersalu. Decyzja ta oddala perspektywę małżeństwa, aż w ostatecznie dzieli młodych kochanków. Rozstanie pogrąża dziewczynę w żałobie, lecz ta nie trwa zbyt długo. Pojawia się kolejny adorator, Franciszek, w którym Charlotte znajduje ukojenie i szczęście. List wraz z zaproszeniem na bal u cesarza w Wersalu u boku Victora jednak powoduje, że wracają wątpliwości, czy aby na pewno wszystko zostało zakończone? Młoda Francuska decyduje się pojechać i sprawdzić, czy aby na pewno ten rozdział w jej życiu został zamknięty. Wówczas do tego miłosnego trójkąta dołącza ktoś jeszcze. Nikt inny, tylko…. Sam cesarz, który ewidentnie chce mieć Charlotte dla siebie. Jak skończy się ta gra? Kto wyjdzie zwycięsko z tej uczuciowej batalii? Z kim tak naprawdę chce być Charlotte?

"Jak to możliwe, że dwóch mężczyzn wywołuje we mnie tyle emocji? Jak to możliwe, że pokochałam ich obu?"

[źródło]
        Mam poważne zarzuty do autorki.  Jeśli ktoś bardzo chce umieścić postacie w historycznym zarysie… to poza określeniem czasu, tytułów i miejsca powinien również bardziej przyłożyć się do pozostałych detali, które bardzo potrafią zniszczyć tzw. Klimat. Bo… 24-letnia wyzwolona młoda kobieta w XIX wieku, która sama decyduje o swoim małżeństwie? Rozumiem, kochających się rodziców, którzy pozwalają jej zdecydować o zamążpójściu, lecz jak dla mnie jej wiek w odniesieniu do tamtych czasów jest  już czasem dosyć mocnego staropanieństwa. Do tego dosyć dokładne opisy bliskości i intymności przed ślubem… Nie mówię, że takie rzeczy nie bywały, lecz nie uchodziło takie zachowanie kobietom. Chcę po prostu wyrazić zdanie, że relacje zarówno młodej Charlotte pomiędzy rodziną, jak i mężczyznami są zbyt współczesne. I to nie jedyne miejsce, w którym zwróciłam na to uwagę. Resuscytacja (uciskanie klatki piersiowej) cesarza w momencie, gdy przez chwile nie oddychał? Pobranie krwi, żeby sprawdzić, czy Charlotte jest w ciąży? W XIX wieku?! To po prostu razi w oczy i mocno uderza w jakość książki.

[źródło]

      Również to co sprawia, że czasami książka jest irytująca to fakt, że Charlotte jest taaaaaką pięknością, że praktycznie wszyscy ją chcą. I o ile sama bohaterka tak o sobie nie myśli, to chwilami ten zachwyt jest tak przerysowany, że jak pojawia się jakiś mężczyzna to aż się zastanawiałam, czy i on nie rzuci się na Charlotte. A ta oczywiście ma tak wielkie serce, że sama już nie wie kogo kocha. Nadmierne pragnienia bliskości zajmują praktycznie połowę treści, co bywa też monotonne.

[źródło]
      Ale to nie jest tak, że książka mi się nie podobała. Bo przeczytałam ją w dwa dni, a to naprawdę wiele znaczy.  Historia wciąga, relacje się rozwijają, a ja czytając komentowałam w głowie zarówno błędy czy potknięcia i autorki, i bohaterki, tak trzymałam kciuki za jednego z adoratorów. Zastanawiałam się, jak z tego bohaterka wybrnie. Co będzie z wielkiej miłości? Gdy nagle historia się skomplikowała i szykowała się ostra walka doszło do nieoczekiwanego wypadku, który zmienił totalnie wszystko. Zbliżając się do końca książki zastanawiałam się, jak i kiedy się wszystko wyjaśni? Niestety, zostałam  pozostawiona bez odpowiedzi i tym samym zmuszona do sięgnięcia po drugą część. I z pewnością po nią się pofatyguję.

"Złapałam się za brzuch, w którym rosło małe szczęście. To nie mogło się tak skończyć. Moje dziecko potrzebowało ojca, nie mordercy."

      Podsumowując – książka nie jest pozbawiona wad, które mnie osobiście kłują w oczy. Lecz wartka akcja, opisy działające na wyobraźnię i skomplikowane relacje sprawiają, że trudno oderwać się od rozterek bohaterów, a to rekompensuje wszelkie braki. To jedna z tych książek, które czyta się od deski do deski, a lekkość pióra ułatwia pochłanianie kolejnych stronic. Stanowczo polecam tę książkę.

Moja ocena 7/10

Dziękuję wydawnictwu NOVAE RES za możliwość zapoznania się z egzemplarzem.

https://novaeres.pl

Emilia Pieńko

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz