poniedziałek, 21 maja 2018

"Przychodzę nie w porę" - Ewelina Dyda


              Od bardzo długiego czasu jestem zdania, że największą siłą naszej rodzimej literatury jest kryminał. Pisarze z "naszego podwórka" wyspecjalizowali się w tworzeniu zawiłych intryg, a także we wchodzeniu w umysły najbardziej zwyrodniałych ludzi, jakich może stworzyć wyobraźnia. Jednocześnie jednak nadal jestem zdania, że w dobie niewyobrażalnej wręcz popularności literatury gatunku z pogranicza kryminału i thrillera, stworzenie świeżej, dobrze skonstruowanej i jednocześnie wciągającej historii jest coraz trudniejsze. Wielu przejechało się już na powielaniu stałych schematów, przez co nawet jeżeli książka jest dobrze napisana, wiele traci przez przewidywalność. Dlatego z takim zapałem podeszłam do powieści Eweliny Dydy "Przychodzę nie w porę", w której autorka podjęła się trudnego zadania opisania seryjnego mordercy brutalnie okaleczającego młode kobiety. 

To, co zamierzał dziś zrobić, i to, co zrobił wcześniej, było próbą zwalczenia życiowej pustki. Podobnie jak uciekanie w świat fikcji. Może nie było to całkiem normalne, ale normalne życie nie dawało mu wyboru. Poza tym to, co robił, było jego obowiązkiem. 

                W historii tej poznajemy bieg wydarzeń właściwie z dwóch punktów widzenia: prywatnego detektywa Jakuba Raua oraz właśnie mordercy, którego główny bohater wziął sobie na celownik. Rau jest tutaj mężczyzną mającym problem ze stałym dopływem gotówki, co jednocześnie nie wykluczało problemu z alkoholem, w którym topił frustrację zarówno związaną z pracą, jak i z życiem prywatnym. Mieszkanie z kobietą, którą szczerze kochał i szanował, jednocześnie patrząc na jej nowego partnera, było dla niego istną torturą. Na szczęście, Kuba posiadał charyzmatyczną przyjaciółkę w osobie Marceli, która potrafiła podnieść go na duchu mimo własnych problemów. 

               Po drugiej stronie barykady mamy zaś mordercę w osobie prawdziwego mola książkowego. To osoba zamknięta w sobie, która wypracowała sobie umiejętność zwracania uwagi na najmniejsze szczegóły wszystkiego dookoła. Pamiętając urazy z dzieciństwa i problemy z własną matką, mężczyzna wierzy w swoją misję, do której nawet stara się przekonać swoje własne ofiary. Kim jest i co właściwie wspólnego z całą sytuacją ma "Lśnienie" Stephena Kinga? 

Znowu to poczuł. Władzę. Gdyby jeszcze trochę zacisnął dłoń, udusiłby go i pogruchotał drobne kości. Tak jak zrobił to wiele lat temu.

            Właściwie nie do końca wiem od czego zacząć, jeżeli chodzi o "Przychodzę nie w porę". Może od bohaterów? Prawda jest niestety taka, że właściwie żaden z nich nie jest tym, komu się kibicuje. Jakub Rua ma wiele irytujących nawyków, a jego sposób myślenia w wielu momentach doprowadzał mnie do szału i miałam ochotę wejść do rzeczywistości opisanej w powieści i solidnie mu przyłożyć. Właściwie z mojego punktu widzenia najlepiej skonstruowaną postacią w tej książce jest Patrycja, partnerka Marceli, która ma konkretne przekonania i mimo tego, że jest wewnątrz emocjonalnie rozdarta, stara się za wszelką cenę osiągnąć w życiu spełnienie. 

             Ale największym zawodem jeżeli chodzi o tą książkę jest dla mnie czarny charakter i cała intryga z nim związana. Według mnie, jego motywacje są opisane w sposób bardzo pobieżny i nawet próby wyjaśnienia jego sposobu myślenia przez detektywa dla mnie są nie do kupienia. Autorka próbowała stworzyć w tej historii swego rodzaju fanatyka, który kryje się pod maską niepozornego człowieczka, a rzeczywiście kryje w sobie nieokiełznaną wręcz żądzę odbierania życia. Mimo że on sam przekonuje siebie samego, że przecież nie jest sadystą. Jak dla mnie - kompletnie zmarnowany potencjał na postać, a samo rozwiązanie całej zagadki ma bardzo niesatysfakcjonujące zakończenie. Aż przy ostatnich stronach pytałam samą siebie "I co? To już? Serio?". 

                Jeżeli chodzi o styl... autorka na końcu powieści umieściła stosowną informację, dlaczego Jakub Rua mówi takimi krótkimi, urywanymi zdaniami, że to część konwencji jaką sobie wybrała. Jednakże czytając setną stronę z kolei czytelnik ma wrażenie rażących wręcz braków w warsztacie pisarza. Tym bardziej, że styl kuleje także w ogólnych opisach, mimo że autorka całkiem nieźle radzi sobie w dialogach. 

          Podsumowując, jak dla mnie nie ma tutaj nic, czym stoi dobra powieść z gatunku kryminał/thriller. Brak tutaj dreszczyku emocji, brak dobrze skonstruowanych bohaterów i  brak solidnej intrygi. Szkoda, bo zapowiadało się dużo lepiej. 

Ocena: 4/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję wydawnictwu W.A.B.

https://www.facebook.com/wydawnictwo.wab/

~Monika Majorke

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz