czwartek, 24 maja 2018

„Star Wars. Ostatni Jedi. Eskadra Kobaltowa” – Elizabeth Wein

[źródło]

   Zacznijmy od tego, że jestem dużym dzieckiem i uwielbiam Gwiezdne Wojny. Wybór „Eskadry Kobaltowej” do recenzji był więc oczywisty, choć nie ukrywam, że obarczony pewną obawą. Jaką? O tym za chwilę.

   „Eskadra Kobaltowa” to historia, która rozgrywa się tuż przed wydarzeniami z filmu „Ostatni Jedi”. Główną bohaterką jest Rose Tico. Dziewczyna razem z siostrą Paige uciekła ze swojej macierzystej planety, aby wziąć udział w działaniach skierowanych przeciwko Najwyższemu Porządkowi. Siostry tworzą załogę bombowca Młot Kobaltowy, który udaje się w misję zwiadowczą prowadzoną nad planetami Attera Alpha i Bravo. Oba obiekty kosmiczne są okupowane przez wspomnianą organizację, dlatego wyprawa sióstr Tico jest sporym ryzykiem...


   Zapewne po przeczytaniu powyższego opisu zastanawiasz się, po co zabierać bombowiec na misję zwiadowczą. Jak bowiem można się domyślić, nie jest to maszyna ani zbyt zwrotna, ani szybka. Wyjaśniam więc, iż Młot Kobaltowy był wyposażony w setki sond szpiegowskich, niezbędnych do prowadzenia zwiadu. Wspomniane urządzenia po prostu nie zmieściłyby się na mniejszym statku. Pomysł ciekawy, oryginalny, choć nadal mało logiczny z punktu widzenia taktyki rozpoznawczej (zapewne taniej i bez zbędnego rozgłosu można było wysłać emisariuszy, choćby siostry Tico mniejszym statkiem). Niemniej jednak bombowiec został wysłany, a na nim nasza główna protagonistka, czyli Rose.

   Tu pozwolę sobie wrócić do tego, o czym napisałam w pierwszym akapicie, czyli o pewnym niepokoju odczuwanym przeze mnie w stosunku do czekającej mnie lektury. Mianowicie chodzi mi o samą postać młodszej z sióstr Tico. Generalnie opinie o niej po filmie „Ostatni Jedi” były jednoznacznie złe i sama je podzielam. Nie będę ich powtarzać, gdyż chciałabym, aby to złe wrażenie nie rzutowało na odbiór postaci w książce. Niestety powiem krótko: Rose nie zyskuje po lekturze „Eskadry Kobaltowej”, a chyba nawet jest gorzej, choć sama książka ma inne walory, o których zaraz wspomnę.

   Przede wszystkim jej zaletą jest to, że poznajemy Paige i kontekst pewnych zachowań Rose (co nie oznacza, że stają się one mniej irytujące). Poza tym możemy się dowiedzieć trochę o niecnych uczynkach Najwyższego Porządku oraz o tym, dlaczego reżim nie wykrył kapsuł ratunkowych wystrzelonych w stronę planety Crait w „Ostatnim Jedi”, a także o tym, dlaczego nie użyto bombowców do unicestwienia broni Starkiller. Myślę, że fanów Gwiezdnych Wojen ucieszy fakt, iż w „Eskadrze” pojawiają się znane postaci, takie jak Lei'a czy admirał Holdo.

   Kolejną zaletą książki jest to, że można się z niej sporo dowiedzieć na temat pilotowania bombowca oraz o nowych planetach. Akcja książki jest dynamiczna i bez zbędnych przestojów.

   Abstrahując od pomysłu wysłania bombowca na misję zwiadowczą, podobało mi się również to, że działania operacyjne Ruchu Oporu są pragmatyczne, a ich środki ograniczone. Dzięki temu powieść zyskuje na realizmie. Misja Eskadry Kobaltowej to nie romantyczna wizja odbicia okupowanej planety, ale działanie skalkulowane i rozsądne.

   Wadą powieści są jednak logiczne niedociągnięcia. Przykłady? Przełożona Rose „pyta” (nawet nie rozkazuje) jej przyjęcie powierzonej funkcji, a ta odmawia. Problem braków kadrowych zostaje co prawda rozwiązany, jednak fakt takiej niesubordynacji powinien w jakiś sposób zostać napiętnowany, zwłaszcza, że jakby nie było Ruch Oporu to organizacja militarna, a więc z mocno zhierarchizowana ze wszystkimi tego konsekwencjami. Drugi przykład, bardziej dobitny: Ruch Oporu nie zmienia swoich planów, mimo iż najprawdopodobniej są one znane wrogowi i Ruch Oporu ma tego świadomość. 

   Ostatnia rzecz, o której pragnę wspomnieć, to wada a zarazem i zaleta. Poza oczywistym wątkiem przygodowym, „Eskadra Kobaltowa” to powieść o przysłowiowym „odcięciu pępowin”, czyli o samodzielności i dorastaniu do powzięcia odpowiedzialności za siebie oraz innych. Rose jest dorosłą kobietą, a jest patologicznie uzależniona od swojej siostry. Niestety to budzi politowanie i stanowi wadę, gdyż zniechęca czytelników do obdarzenia tej postaci odrobiną sympatii. Z kolei zaleta polegała na tym, że wątek ten był spójny i znajdował swe odbicie w innych elementach powieści.

   Podsumowując, „Eskadra Kobaltowa” to nie pozbawiona wad, ale dynamiczna opowieść przygodowa, przybliżająca nową bohaterkę Gwiezdnych Wojen. Ogólnie wypadła dość dobrze, może kiedyś do niej wrócę.

Ocena 7/10

Za możliwość przeczytaniu dziękuję wydawnictwu Egmont.


Anna Mackiewicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz