czwartek, 14 czerwca 2018

‘’Dziewczyna, która czytała w metrze” – Christine Feret – Fleury


Muszę przyznać, że zaciekawiła mnie ta powieść, bo nigdy nie znalazłam pozycji, która po prostu mówiła o książkach. Kompletnie nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać, ale uznałam, iż warto zaryzykować. W końcu jestem książkoholiczką i czytanie o tym z pewnością mogło okazać się ciekawym doświadczeniem. Czy jednak takim było? O tym za chwilę.

Juliette pracuje w agencji nieruchomości i codziennie rano przemierza taką samą drogę, na dodatek siedząc w tym samym wagonie metra. Podczas podróży zawsze obserwuje współpasażerów, który czytają książki. Są to przeróżne osoby – starsze, młodsze, studenci czy miłośnicy białych kruków. Do jej życia wkradła się rutyna, która sprawiła, że jej podróże i ukradkowe obserwowanie ludzi są miłą odskocznią od monotonii. Jednak pewnego dnia Juliette łamie schemat i wysiada z tramwaju dwie stacje wcześniej, a ta decyzja sprawia, że jej życie od tej pory nie będzie już takie jak wcześniej.

,,[…] książki wdarły się także do szafy wnękowej w łazience, między kosmetyki a zapas rolek papieru toaletowego, stały na półce w toalecie, leżały w dużym koszu na bieliznę, którego ucha dawno się urywały, książki były w kuchni, obok jedynego stosu talerzy, piętrzyły się w przedpokoju, za wieszakiem."

Szczerze mówiąc, to po przeczytaniu kilku stron, byłam przerażona. Naprawdę myślałam, że trafiłam na książkę, która będzie opowiadać o tym jak jakaś kobieta jeździ metrem, obserwuje ludzi niczym prawdziwy stalker i na dodatek każda najgłupsza rzecz skłania ją do głębokich refleksji. Na szczęście to był tyko początek, wprowadzenie, które pozwoliło nam poznać samą bohaterkę, jej stosunek do książek, ludzi i w ogóle świata. Cieszę się również, że ten wstęp nie był długi, bo jego monotonia mogłaby mnie skutecznie zniechęcić do dalszej lektury, która sama w sobie jest dość krótka, bo ma niespełna dwieście stron. Dlatego chciałam, żeby dość szybko zaczęło się coś dziać.


Całość nie przypomina mi typowej powieści. Owszem, ma rozdziały, akapity, dialogi, są bohaterzy i jest narrator. Jednak akcja była skromna, co nie oznacza, że nudna, ale też toczyła się stosunkowo powoli. Autorka przechodziła z jednego wątku do drugiego i nie stworzyła skomplikowanej fabuły. Właściwie to całość okazała się bardzo lekka prosta i nie skomplikowana. Mimo wszystko, pojawiło się kilka momentów, które zaskakiwały i też wzruszały.

Dlaczego więc całość miała, moim zdaniem, dość dziwną formę? Cóż, może wynika to trochę z treści. Coś dziwnego czułam w trakcie czytania oraz już po zakończeniu, ale nie potrafię nazwać tego uczucia. Wiem tylko, że jest pozytywne, bo całość przypadła mi do gustu. Niby króciutka książka, a ma w sobie niezwykły klimat i też naukę.

,,Jak mu powiedzieć, że tak, że to mniej więcej to? Że w końcu uwierzyła, nie, że uzyskała pewność, że między kartami książek kryją się i wszystkie choroby, i wszystkie lekarstwa. Że spotykało się tam zdradę, samotność, morderstwo, obłęd, wściekłość – wszystko, co może chwycić za gardło  i zmarnować ci życie, nie mówiąc o życiu innych ludzi, i że czasami płacz nad zadrukowaną kartką mógł ocalić komuś życie. Że znalezienie bratniej duszy na kartach afrykańskiej powieści albo koreańskiej baśni pomaga zrozumieć, jak podobne zło gnębi ludzi na całym świecie, jak bardzo są do siebie podobni i że być może nie potrafią ze sobą rozmawiać – uśmiechać się do siebie, pieścić, dawać sobie sygnały rozpoznawcze, nieważne jakie – żeby aż tak się nie ranić.”

Bohaterów jest niewiele i nie mamy ich okazji dobrze poznać. Ich przeszłość jest dla nas dość niejasna, dostajemy szczątki informacji, bo autorka skupia się na teraźniejszości. Nie przeszkadzało mi to, bo jednak fabuła została tak skonstruowana, że nie potrzebowałam innych wiadomości, aby móc zrozumieć całość.

Tej książki nie potraktowałam jako powieść, która miała mnie rozbawić, ale zwróciła ona moją uwagę na dość poważny problem. Obecnie, jaki procent społeczeństwa czyta książki? Każdy wolny czas woli przeznaczyć na oglądanie telewizji, inne rozrywki czy zabawę. Oczywiście rozumiem to wszystko, bo praca, dom i książki nie muszą być jedynymi wartościowymi rzeczami w życiu. Jednak ,,Dziewczyna, która czytała w metrze”, uświadomiła mi, że coraz ważniejszą rolę zaczynają odgrywać masmedia, które właściwie odbierają mam dużo wolnego czasu. A jeśli już sięgamy po książki, to wybieramy raczej lekkie pozycje i typowe tasiemce powielające schematy, a zapominamy o klasyce.

Myślę, że ,,Dziewczyna, która czytała w metrze” to nie książka dla każdego, ale z pewnością znajdzie uznanie wśród książkoholików. Jest to dość lekka i przystępna powieść, z ciekawą fabułą i bohaterami, których od razu każdy obdarzy sympatią. Całość jednak pochyla się nad problemem zanikania czytelnictwa, zwłaszcza coraz rzadszego sięgania po klasykę literatury.





Ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Książnica



Patrycja Bomba

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz