czwartek, 14 czerwca 2018

"Przesilenie" - Katarzyna Berenika Miszczuk

„Przesilenie” to ostatni tom ze słowiańskiego cyklu kwiatu paproci opisującego losy ponoć potężnej Widzącej Gosławy Brzózki oraz nieśmiertelnego Mieszka Pierwszego. W najnowszej części przygód naszych bohaterów mają rozwiązać się pewne ważne kwestie, przykładowo: co za rodzinny sekret skrywa mama Gosi, kto jest ojcem Gosławy,  czy też kogo w końcu Swarożyc wyznaczył do zabicia tajemniczym sztyletem? Czy odpowiedzi na te pytania przyniosły wyczekiwane emocje? Na pewno nie u mnie. 

Jeśli ktoś nie czytał poprzednich części, to znajdzie poniżej trochę spojlerów.

Tajemnicza sprawa z rodzinną klątwą została potraktowana po macoszemu, wspomniane zostało jedynie pokrótce, że istnieje od jakiegoś czasu i to przez nią teraz Gosia ma problem, który stał się jeszcze większy, bo zaraz się go pozbędzie. Niby coś, a jednak bez większych rewelacji.

Hitem książki są wiecznie brudne skarpetki oraz ustalanie ojcostwa razy dwa. Tak, razy dwa, bo jedno to byłoby widocznie za mało i oczywiście obie kwestie tyczą się Gosi, a jakże! Także bardzo ważne jest dla naszej bohaterki poznanie kim był jej własny ojciec, oraz przekonanie swego ukochanego, że to on jest odpowiedzialny za nowo powstałe życie w jej łonie. Obie kwestie są wbrew pozorom bardzo problematyczne, gdyż matka Gosławy trzyma buzię na kłódkę i każe jej samej znaleźć odpowiedź, a Mieszko, no cóż, przez tysiąc lat nie spłodził ani jednego potomka z żadną ze swych – jak się dodatkowo okazuje – niezwykłych kobiet, więc jest delikatnie mówiąc dość sceptycznie nastawiony. Gosia to oczywiście wyjątek, bo jest po wielokroć bardziej wyjątkowa od swych poprzedniczek, czego właściwie możemy się domyślać (bo to romans), czy też po prostu to wiemy z poprzednich części, jako, że piła ten nieszczęsny magiczny wywar, który być może wpłynął jakoś na jej nieśmiertelność? Tego nie zdradzę, ale na pewno wpłynął na płodność jej partnera. Czy Mieszko będzie w stanie jej uwierzyć?


Kto zaś spłodził naszą bohaterkę jest tak oczywiste, że nie nazwałabym tego nawet zagadką, wystarczy tylko trochę poczytać i już doskonale wiemy, kim jest były kochanek mamusi. Szalenie mnie nudziła sprawa ojcostwa Gosi, to było tak nachalnie oczywiste, że gdy z Jagą odprawiały czary, aby poznać odpowiedź – miały tylko jedną, jedyną próbę – to musiałam uderzyć się w czoło w niedowierzaniu, że zapytała o kogoś innego. No serio, jak szeptuchę zatkało, tak i mnie, chociaż ja nie byłam zaskoczona imieniem, ale jednak wyborem z dwóch możliwości. Sama scena czarów na szczęście była bardzo fajna, ujmująca w swój ruralistyczny sposób.

Dziady, czekaliśmy tutaj na Dziady i były, niestety nie malownicze, nie przyprawiały o większe emocje, nie było czuć ducha czegoś niezwykłego. Inne święta lepiej wyszły autorce, choć przecież i o nich nie napisała zbyt wiele, tutaj poszło bardzo przeciętnie. Nie ukrywam, że to najmocniej mnie zawiodło, bardzo liczyłam tu na wyobraźnię autorki, na coś wyjątkowego. Święto było ważne dla naszej Baby Jagi i na szczęście dla niej udane, pewne rzeczy były miłe, ale tak, to poniżej średniej, naprawdę.

Ogromnym plusem Gosi w „Przesileniu” dla mnie jest to, że pozostała wierna swemu wybrankowi, a na pokuszenie przecież wabił ją nie byle kto, tylko nieustępliwy, latający wszędzie z tą swoją stalowa klatą bóg ognia. Oj, przecież każda chciała być strażniczką jego łogienka i żadna mu się nie oparła. Poznamy nawet kolejne postaci, które robiły to w przeszłości więcej niż chętnie. Podoba mi się ta konsekwencja obrana przez autorkę, pokochała i została wierna jednemu, bez żadnego krętactwa i prób usprawiedliwiania pikantnych scen czymś nadprzyrodzonym.

Czytałam i nie wierzyłam. Leszy. Gdzie jest Leszy ja się pytam? Łażą po jego włościach, scenerię zmieniają, a jego ni widu, ni słychu, a mógłby narobić im problemów, ale nie, mignie w jednym zdaniu pod koniec, jakby był całkowicie nieistotną postacią w bielińskich lasach. Pisałam już, że się zawiodłam? To się powtórzę, zawiodłam się, bo z Leszym trzeba było się liczyć, Jaga się bała, czuła respekt, Gosia miała zawsze jakieś głupawe szczęście, ale miała uważać i co? Nic, nie pojawił się, nie był zły, nie zrobił nic, można o nim zapomnieć. Mimo niezadowolenia z paru rzeczy, to całkiem podobały mi się zapiski Jarogniewy na końcu zeszyciku jej Babuni. Naturalnie od razu wiadomo do czego służyć będzie krąg, może dla Gosławy to nie było oczywiste, ale dla niej jakby nawet wykrzyczeć coś prosto w twarz, to pewnie by i tak nie wiedziała, więc na początku wpakowała się w kłopoty. Cieszę się jednak, że zebrała się w sobie na tyle, by cokolwiek zrobić, szkoda tylko, że wszystko zadziało się dopiero na sam koniec.


Bohaterowie drugoplanowi są sprowadzeni tu do zera, do bezsensownych, nic tak naprawdę nie wnoszących przerywników, są mdli, bez wyrazu, nie odgrywają żadnej roli w fabule, naprawdę mogłoby ich nawet nie być i nic to by nie zmieniło. W sumie ich praktycznie nie było! Szczególnie ubolewałam nad Sławą, wiecznie wplątana w sprawy Gosi, zawsze gdzieś obok, najlepsza martwa przyjaciółka na świecie i ledwie jedno spotkanie, na parę godzin, tak od niechcenia jakby. Słusznie miała pretensję o to do Gosławy, jednakże te spotkanie nic nie zmieniło, jedynie tyle, że udzieliła trochę informacji, które równie dobrze mogła sobie Gosia gdzieś przeczytać i też byłoby dobrze. Po prostu żegnaj Sławo.

Kiedy myślałam, że już książka przecieknie mi przez palce, to pojawiła się ciekawa, zupełnie nowa postać dziennikarki, bardzo denerwująca, acz właśnie ciekawa. Zdaje się, że przyniesie trochę nieprzyjemności i może jakieś większe kłopoty, w końcu nie bez powodu została nam przedstawiona, prawda? Jednak nie, niestety, kolejny bezsensowny przerywnik. Tak zwana zapchajdziura, by wydarzyło się niby coś, choć nie dzieje się nic, absolutnie nic. Ani akcja nie poszła inaczej, czy szybciej, ani nie sprawiła żadnych kłopotów, ba, nawet w niczym nie przeszkodziła tak naprawdę, tylko się pojawiła, trochę podenerwowała i koniec, nic z tego nie wynikło, jeno miejsca trochę w książce dostała. Tak teraz pomyślałam, że autorka chyba tylko wymieniła inne postaci, by po prostu się pojawiły (jakimś cudem też mają większy potencjał niż główni bohaterowie).

Mamy w tym kotle nijakich różności jeszcze bogini Mokosz. We wcześniejszych książkach nawiedzona taka, ciekawa całkiem, charakterystyczna, a tutaj, o zgrozo, jak demon szurnięty jakiś i to też raptem dwa razy się przypałętała by coś powiedzieć i tyle z nią, nic istotnego, naprawdę, tylko, że się pojawia i Gośkę straszy. Zawiedziona jestem na maksa, myślałam, że będzie teraz chuchać i dmuchać na te dzieciątko cudowne, albo chociaż męczyć okrutnie. Ja po prostu cały czas przewracałam strony i liczyłam, że COŚ się będzie działo.

Na koniec dodam, że jak Jagę kocham, to Jaga chyba nie kochała siebie w „Przesileniu”. To już nie ta sama Jarogniewa, którą poznałam w poprzednich częściach, zabrakło mi w niej pazura, tej bystrości, nie wiem, może w końcu starość puka do jej drzwi? Naprawdę szkoda, mamy oczywiście urywki, że dalej nie ma hamulców moralnych, siłę do machania łopatą również posiada i odwagi nie braknie jej na cal! Jednak to już nie ta Jaga, zwolniła, zamyśliła się, odstąpiła trochę. Piszę to z żalem, bo jest to ma ulubiona postać z całego cyklu (nie licząc pana Dareczka!), myślę jednak, że to poniekąd celowe, to musiało w końcu nadejść.

Generalnie mimo różnych wydarzeń, to tak naprawdę niemal przez całą książkę nic się nie dzieje, odnoszę silne wrażenie, że wszystko jest tylko nieporadnym tłem dla już mało porywającego romansu, który za chwilę będzie miał swój słodki koniec, choć jak dla mnie nie powinien on nawet im się udać. Zdecydowanie można było cała historię skończyć o jeden tom wcześniej, dać mniej latania Gosi po lasach, cmentarzach, wizjach, mniej jej użalania się na skarpetki, świecenia tyłkiem w samych majtkach, wywracania się i mniej rozmów z kimś, kto siłą rzeczy nie będzie jej później znać, mniej bezsensownych spotkań ze Swarożycem, mniej Mieszkowych fochów i wtedy zostałoby nam, no tak, mało by zostało, ale ładnie by się zmieściło wcześniej.

Nie czułam też żadnej ekscytacji w związku z mającym narodzić się dzieckiem, ja wiem, że to niezwykłe wydarzenie, pomysł może i intrygujący, furtka otwarta, ale mnie osobiście jakoś nawet to już nie porwało. Chyba się znudziłam.

Jeśli chcecie wiedzieć, czy warto przeczytać „Przesilenie”, to może teraz Was zaskoczę, bo powiem, że warto, ale tylko po to, by skończyć ten nie najgorszy przecież cykl. Jeśli jesteście przed lekturą pierwszego tomu, to cóż, decyzja należy do Was. Pomysł na świat jest fascynujący, bohaterka niestety denerwująca, niedorzeczna wręcz, główny bohater umięśniony ideał, a miłość między nimi niespecjalnie bujnie kwitła. Niektóre obrzędy były pięknie opisywane, czuło się klimat, drugoplanowe postaci miały swoje momenty, czasem zbyt krótkie i powierzchowne, ale były. Baba Jaga jest czarująca, ja właściwie dla niej chciałam czytać do końca i trochę się zawiodłam, żałuję też ciągle pana Dareczka, to chyba najfajniejsza postać, jaka powstała. Mam mieszane uczucia, ciężko mi je sprecyzować po zdecydowanie najsłabszym tomie, w dodatku kończącym całą przygodę. Jako romans z klimatem słowiańskim w tle, może być, choć denerwuje tutaj pewna powierzchowność, spłycenie relacji, jeśli wyjdą kolejne tomy nowej serii opartej na tym świecie, to na pewno sięgnę, może w nim podwaliny będą solidniejsze. Jeśli szukacie czegoś więcej, czegoś mocnego, z przytupem, z prawdziwą słowiańską duszą, to możecie się niestety zawieść. Polecam jednak przekonać się osobiście, szczególnie jeśli gustujecie w lekkich historiach miłosnych. Ocenę daję za cały cykl 6/10.

Ocena 4/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu WAB



Ula Wasilewska

3 komentarze:

  1. Mam pierwsze dwa tomy na półce, ale aż się boję po nie sięgać, bo chyba naklnę niemiłosiernie na główną bohaterkę... :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, na pewno, bo w pierwszym tomie Gosia jest wręcz niemożliwa. ;)

      Usuń
  2. Już myślałam, że nie trafię osoby z podobną opinią do mojej :D Witaj bratnia duszo! ;P Tom bardzo rozczarowujący :/ Autorka wyraźnie nie miała na niego pomysłu. Wątki ze Swarożycem i dziennikarką były pozbawione sensu.
    A Gosia... aż nie mam słów, aby opisać głupotę tej kobiety. To latanie prawie na golasa mnie rozwaliło :P Rozumiem, że nie miała do końca wyjścia, bo robiła to nieświadomie, ale wiedząc, że może dość do takiej sytuacji ponownie w końcu wyciągnęłabym wnioski i położyła się spać w ubraniu.
    Poza tym nigdy nie lubiłam Mieszka, ale tu już wyjątkowo mnie denerwował swoją obojętnością i bezuczuciowym podejściem. Taki robot. Ja rozumiem, że gdy ma się 1000 lat pewne rzeczy nie przystoją, ale bez przesady. Przez jego zachowanie cały wątek romantyczny był mało wiarygodny.
    Szkoda, że ta część taka słaba. Pozostawia pewien niesmak i skazę na całej, jakby nie patrzeć niezłej serii.
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń