piątek, 15 czerwca 2018

„Sześć cztery” – Hideo Yokoyama

[źródło]

   Jak już nie raz podkreślałam, w stosunku do książek, które zamierzam przeczytać, staram się nie mieć wygórowanych oczekiwań. Nie czytam recenzji, czasem nawet nie zaglądam na tylną okładkę, gdzie mogę przeczytać zarys fabuły i kilka zdań od recenzentów. Jednak coś mnie podkusiło. Zajrzałam i... żałuję. Dlaczego? Zdradzę Wam później.

  „Sześć cztery” to kryminał, który przedstawia realia japońskiej policji. Głównym bohaterem jest Youshinobu Mikami, szef Biura Prasowego Policji. Przez długie lata Mikami był śledczym, który zajmował się przestępczością, ale w wyniku przesunięć kadrowych trafił do wspomnianego wyżej biura. Czytelnicy poznają go, gdy przechodzi kryzys. Zarówno zawodowy, jak i prywatny. Ten pierwszy wynika z utajnienia danych ciężarnej sprawczyni wypadku. W Japonii w roku 2002, kiedy to rozgrywa się akcja powieści, dane sprawców i ofiar przestępstw były bowiem podawane do wiadomości publicznej, a ograniczenie dostępu do tych informacji stanowiło policzek dla prasy. Dodatkowo za kilka dni ma odbyć się wizyta komendanta głównego, który ma złożyć honory w domu ofiary w nierozwiązanej od czternastu lat sprawie o kryptonimie „Sześć cztery”. Wspomniane śledztwo dotyczyło porwania i morderstwa małej dziewczynki. Sprawcy tej strasznej zbrodni nigdy nie dało się ustalić. Mikami ma zorganizować wizytę komendanta, lecz napotyka opór ze strony ojca ofiary, który nie chce uczestniczyć w uroczystości. Mężczyzna musi dowiedzieć się, co stoi za niechęcią załamanego ojca i zaczyna prowadzić swoiste „śledztwo o śledztwie”. Droga do prawdy jest jednak wyboista, gdyż pomiędzy wydziałami, w którym Mikami dotychczas pracował i pracuje obecnie narasta konflikt. Dodatkowo niektórzy śledczy prowadzący sprawę „Sześć Cztery” odeszli z policji w niejasnych okolicznościach. Jeśli zaś chodzi o kryzys natury prywatnej to protagonista powieści boryka się z bólem po stracie dziecka: jego nastoletnia córka Ayumi uciekła z domu i ani żona, ani on nie mieli od ponad trzech miesięcy wiadomości od dziecka. Do czasu, kiedy zaczynają odbierać głuche telefony...


   Gdyby ktoś nie przeczytał powyższego akapitu, a wiedziałby tylko, że „Sześć cztery” to kryminał, to mógłby przypuszczać, że będzie to kolejna książka o poszukiwaniu mordercy ze śledczym, który ma liczne problemy. Ile już takich powieści było? Mnóstwo. Można zapytać: czy cokolwiek nowego da się wymyślić? Jak widać można. Autor postawił na oryginalność; bazą jego powieści jest bowiem historia zamordowanej dziewczynki oraz zaginionej córki głównego bohatera, a głównym tematem jest śledzenie relacji i walk pomiędzy poszczególnymi wydziałami w policji oraz pomiędzy funkcjonariuszami z dziennikarzami. Czy to może się podobać? Większości krytyków się podoba. Czy mi też?

   Nie bardzo. Owszem, druga część fabuły skupia się na swoistym „śledztwie w śledztwie” i jest to dość oryginalny pomysł (chociaż coś podobnego mamy w dużo skromniejszej formie w np. „Pierwszym śniegu” Jo Nesbø), ale opisy utarczek o zachowanie autonomii wydziałów rozpisane na ponad siedemset stron to stanowczo za dużo. Gdyby nawet książkę skrócić o połowę, można by dojść do stwierdzenia, że powieść Yokoyamy ma nieśpieszną akcję. Niestety, przy takich gabarytach utworu mogę tylko napisać, że powieść Yokoyamy ma monotonną fabułę, która jest rozwleczona do granic przyswajalności czytelnika.

   Poza nadmiernym rozciągnięciem tematu, myślę że problem tej książki polega na „konflikcie mentalności”. Autora i moim. W powieści bohaterowie podchodzą do pracy jak do obiektu kultu: szef jest bóstwem, któremu nie można przeszkadzać, a wizja skargi do niego to niemal koniec świata, nawet jeśli to co jest jej przedmiotem można odparować jednym zdaniem. Dorośli ludzie zachowują się w sposób egzaltowany i nerwowy z powodu czegoś, co z mojej perspektywy jest błahostką. Obawiam się, że właśnie tu tkwi powód, dlaczego tak mi się dłużyła lektura „Sześć cztery”. Według mnie zawodowe problemy, z którymi boryka się Mikami, są po prostu nadmiernie wyolbrzymione.

   Powieść jest porównywana do „Millenium” Larsona. Podobieństwo jest i polega według mnie na tym, że „Dziewczyna, która igrała z ogniem” i „Zamek z piasku, który runął” są opowieścią o pewnym spisku. Mamy tu również podobieństwo fabularne, gdyż w „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet” także mamy dziewczynę, która zniknęła i została (najprawdopodobniej) zamordowana. Niektórzy recenzenci mówią, że chodzi o nastrój tych powieści. Ja bym powiedziała, że bardziej widzę tu zbieżność w upodobaniu do detali i pisaniu długich tekstów. To co jednak jest atutem Larsona, czyli charakterna główna bohaterka, tu jest słabością – Youshinobu Mikami jest po prostu pracowitym, ambitnym i pewnym siebie policjantem, który absolutnie niczym oryginalnym się nie wyróżnia. Niestety, podobnie drugi plan, który jest pełen pracowitych i zaangażowanych zawodowo osób, zlewających się ze sobą.

   Jakieś zalety książki, poza oryginalnym pomysłem na fabułę? Autorowi udało się stworzyć w wiarygodny sposób rozbudowany świat. Myślę, iż trzeba to docenić, gdyż opis struktury wydziałów policji, przy tak licznym gronie drugoplanowych bohaterów to naprawdę koronkowa robota. Językowo książce nie ma co zarzucić, a jej początek wręcz zachęca do lektury.

   Wracając do pierwszego akapitu mojej recenzji, odpowiem na pytanie: dlaczego żałuję, że przeczytałam tzw. „polecajki” z okładki „Sześć cztery”. Powodem tego było to, że rozbudziły we mnie nadzieję, że mam przed sobą pozycję genialną, niezapomnianą, do której chętnie będę wracać. Tak niestety się nie stało. Szkoda mi potencjału, jaki miał autor. Gdyby książka była krótsza może by mi przypadła do gustu? Tak to pozostało mi tylko docenić fakt, że pomysł na fabułę był po prostu oryginalny.
Ocena
5/10
Za możliwości przeczytania dziękuję wydawnictwu Literackiemu.


Anna Mackiewicz

1 komentarz:

  1. Brzmiało naprawdę nieźle i chętnie bym przeczytała, ale tak rozwleczonych książek o wolnej fabule nie lubię :/

    OdpowiedzUsuń