niedziela, 1 lipca 2018

"O pociągu, którego nikt nie chciał" - Katarzyna Krysztofiak Aleksandra Grzegorek

Z racji tego, że jestem czytającą mamą, moja córeczka ma mnóstwo książeczek różnego rodzaju. Moja mama uwielbia wyszukiwać wyjątkowe bajeczki dla małej, wspólnie zachwycamy się tym, jak ogromny mamy wybór. Dzisiaj opowiem Wam o książeczce, która w założeniu miała być usypianką, sam tytuł przyznajmy, jest obiecujący, okładka moim zdaniem już mniej, ale o tym później. Za tekst do "O pociągu, którego nikt nie chciał" odpowiedzialna jest Katarzyna Krysztofiak, natomiast ilustracje stworzyła Aleksandra Grzegorek.

Dwa pierwsze minusy znalazłam już w chwili, gdy otworzyłam książeczkę. Pierwszym jest czcionka, która delikatnie mówiąc, nie ułatwia czytania dorosłemu, a co dopiero dziecku, które zaczynałoby swoją przygodę w czytelniczym świecie. Drugi zdecydowanie większy minus to grafika. Obrazki są smutne, w ponurych kolorach, naprawdę wyjątkowo nieatrakcyjne. Mojej córce nie spodobały się ani trochę, zresztą nie dziwię się jej wcale, bo mnie wręcz odpychają, dużo chętniej czyta się książeczki, które zachęcają kolorowymi, żywymi i pięknymi ilustracjami. Pomijając już jednak kiepską czcionkę i obrazki, przejdę do treści, która powinna być najważniejsza, prawda? Bardzo niekomfortowo czuje się z tym, że nie mogę nic pozytywnego o niej powiedzieć. Czytając, zastanawiałam się, dla kogo właściwie Katarzyna Krysztofiak napisała tę opowieść? Mimo że nie znalazłam w sieci informacji, dla jakiego przedziału wiekowego przeznaczona, jest ta bajka, mniemam, że już dla najmłodszych bobasów, z racji, że to "usypianka". Dążę do tego, że mam ogromne zastrzeżenia do niektórych słów i wyrażeń.

"W opuszczonej zajezdni pozostały tylko porzucone lokomotywy,
zapomniane wagony bez okien i drzwi, zdezelowane elektrowozy
z wyrwanymi pantografami."

Wątpię, by jakikolwiek rodzic miał chęć, tłumaczyć dziecku przed snem czym są wyrwane pantografy (sama tego nie wiem, mówiąc szczerze) czy, co gorsza wyjaśniać znaczenie słowa, zdezelowany... Byłam zszokowana, że można użyć takich wyrazów w dziecięcej książeczce. Dalej nie jest wcale lepiej. Bohater ma na imię Rysio, jego tata to Ryszard a dziadek Ricard. Dopełnieniem są ciocia Ziucia, której imię czytałam dwa razy, nie dowierzając... 


Książeczka opowiada nam o smutnym, zapomnianym pociągu, którym nikt już nie podróżuje. Z rozbitych reflektorów, płyną nawet "pociągowe łzy". Mały Rysio podczas przejażdżki rowerowej z rodziną zauważa betonowy płot, za nim dostrzega zapomnianą zajezdnię kolejową. Stoją tam opuszczone i zniszczone pociągi, wśród których Rysio widzi pojazd, przypominający jego wymarzoną ciuchcię. Chłopiec "stał się małym pieskiem na czterech nogach" i w mig znalazł się po drugiej stronie. Podszedł do zniszczonego pociągu, zza kół wyłonił się wtedy "pociągowy duszek", który pomalował ciuchcię tak, iż wyglądała ona jak nowa. Rysio razem z duszkiem podróżują po świecie, odwiedzają rodzinę chłopca, aż w końcu nastaje ranek i Rysio się budzi... 


Ta historia jest dla mnie tak okropnie naciągana, że brak mi słów. W zamierzeniu autorek ma ona pokazywać, iż porzucony przedmiot ożywa, kiedy dostrzeżemy w nim wartość, jakiej nie widzą inni. Nie wiem, jak długo musiałabym analizować i rozmyślać nad tą bajką, żeby doszukać się tego przesłania. Bardzo żałuję, iż nie znalazłam w niej nic, co mogłabym pochwalić. Ocenę pozostawię wyjątkowo Wam, ciekawa jestem bardzo, Waszych przemyśleń i opinii. 

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Wydawnictwu Magnus

Julia Komorska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz