sobota, 21 lipca 2018

Patrick Melrose - Edward St Aubyn

źródło
Przyznam bez bicia, że po książkę „Patrick Melrose” sięgnęłam tylko ze względu na aktora na okładce, Bennedicta Cumberbath’a, który odgrywa rolę tytułowego bohatera w najnowszej telewizyjnej produkcji HBO. Co prawda nie oglądałam jeszcze serialu, ale już sam zwiastun mnie zaintrygował i po prostu widać, że aktor został perfekcyjnie dobrany do całej historii. Wiedziałam, że książka będzie ciężka, że nie będzie to lekka, szybka pozycja. Czy jestem usatysfakcjonowana twórczością Edwarda St Aubyna? Zapraszam dalej.

Na początku zostajemy uraczeni chyba najgorszym z możliwych na świecie wstępów, jaki mógł tylko powstać. Jest to wierutne streszczenie całości z takimi spojlerami, że po prostu kopara opada. Jeśli komukolwiek spojlery przeszkadzają, a jak mniemam, przeszkadzają większości społeczeństwa, to zaklinam! Nie czytajcie, darujcie sobie ten wywód i zachwyt z mnóstwem cytatów, parodia. Jeśli Wam to obojętne, to naturalnie czytajcie, jednak zostaliście uprzedzeni.

Wydanie nie jest tragiczne, mimo sporej objętości, łatwo otwiera się i czyta w każdym momencie, a książka o dziwo jeszcze się nie rozleciała. Zdecydowanie jednak nie jestem fanką takich grubych tomiszczy. Książka lepiej prezentowałaby się w twardej oprawie, nie jestem w stanie sobie zobrazować, jak będzie wyglądała po latach użytkowania. Nie przytłacza mnie ogrom treści, a raczej jej nieporęczność i co za tym idzie, niewygoda w czytaniu. O zabraniu jej na spacer nawet nie myślałam – a szkoda, bo lato w pełni.

Zakładając, że nikt nie oglądał serialu, ani nie czytał żadnych części, postaram się uniknąć jakichkolwiek spojlerów.


W „Nic takiego” poznajemy różnych ludzi skupionych wokół najgorszego typa spod ciemnej gwiazdy, mianowicie Davida Melrose, który jest ojcem 5-letniego Patricka, a mężem biednej (choć nie finansowo) Eleanor. Dzięki tej części mamy pogląd, co ukształtowało charakter małego Patricka, a co złamało doszczętnie jego matkę. Zerkniemy odrobinę na różne metody wychowawcze, jakim był poddawany, czy też raczej wydedukujemy z przeróżnych wzmianek oraz sytuacji i sami złożymy to w przerażającą tak naprawdę całość. Mimo, iż nie uświadczymy dosłownych, wulgarnych opisów i wtrętów, to jednak całym sobą możemy poczuć obrzydzenie, ogromne niepojęte obrzydzenie i pewną dozę strachu pomieszanego z ulgą, iż takiego człowieka nie dane nam było spotkać na swej drodze. Rodzi się też w wielu sytuacjach żal, do kobiety, która okazała się zbyt słaba psychicznie i dała się – co prawda niezwykle silnemu charakterowi – tak stłamsić, a raczej uczynić z siebie totalny wrak. Niemniej jednak sama poczyniła pierwszy krok ku przepaści już przed ślubem, nie zabraknie więc nam szokujących opisów. Przykro mi się czytało o tych naprawdę inteligentnych i bystrych kobietach, które żyją w cieniu totalnych nierobów.

„- Zrobisz coś dla mnie?
- Oczywiście. Co takiego?
Postawił talerz na podłodze za jej krzesłem.
- Zjadłabyś to, nie używając sztućców ani rąk, prosto z talerza?
- To znaczy jak pies?
- Jak dziewczyna udająca psa.
- Ale dlaczego?
- Bo cię o to proszę.”

W drugiej powieści pt. "Złe wieści" skupiamy się na bardzo plastycznych, urzekających, wręcz hipnotyzujących opisach... zwykłego ćpania. Nie mam na myśli halucynacji, lecz pozostałe doznania i obserwacje osoby uzależnionej, stosujące ciężkie narkotyki, igrającej brawurowo wręcz ze śmiercią. Mimo wszystko nie brzmi to zachęcająco, czytając odczuwałam lekkie przerażenie i smutek, wielki smutek wobec bohatera, który nie potrafił poradzić sobie sam ze sobą oraz obezwładniającym go uzależnieniem. Weszłam w świat zdecydowanie mi obcy i mam nadzieję, że nigdy bliżej już nie podejdę. Odnoszę wrażenie, iż wszelkie zachowania, „szał naśladownictwa” innych osobowości ujęte w tej powieści są niezwykle wiarygodne i mogą dać pogląd, co się dzieje w umyśle i ciele takiej osoby. Mamy też naturalnie nieprzekonującą, wewnętrzną walkę z nałogiem, chwile obietnic „ostatniego razu”, w które sam zainteresowany 22-letni Patrick nie jest w stanie do końca uwierzyć. Równorzędnie do wspomnianym opisów akcja kręci się wokół głównego właściwie wątku, który ciężko określić mianem złego, lub dobrego. Czy chciało mi się o tym czytać? Momentami nie, miałam przesyt, ale równocześnie byłam ciekawa, jak to dalej się potoczy.

„- Każde rozstanie – mruknął Patrick pod nosem – to mała śmierć”

W „Jakiejś nadziei” bohater ma już 30 lat, a smutek, wyczerpanie, trzeźwość i szara rzeczywistość przytłacza go z każdej strony. Ta powieść jest o zmianach, gdzie młodzi są już starszym pokoleniem, a dzieci są dorosłymi. Poznajemy tu szereg nowych osób, które mają związane swe losy z bohaterami z pierwszej powieści. Wszyscy ówcześni są już dojrzali, niemniej jednak wciąż odgrywają istotne role w całej farsie. Ciekawie było o nich czytać po przeszło dwudziestu pięciu latach i odkrywać, czy ich związki przetrwały, czy spłodzili kolejne pokolenia, jak się obecnie czują i zapatrują na swoje życie. Często można było odczuć skrywany żal z powodu nieodwołalnych decyzji, dotyczy to również Patricka. Jest to również czas wyznań, tych najbardziej traumatycznych i prób uporządkowania swej rzeczywistości. Definiowanie i starania przepracowania swych uczuć, aby pójść dalej. Próby dostosowania się do ponurej, bez nałogowej rzeczywistości są przytłaczające. Wszyscy zdają się być pozbawieni moralności, jakkolwiek wiemy to już od pierwszej powieści, to tutaj rozkwita tego pełen obraz. Zdrada wije się na każdym kroku, obserwujemy różne relacje z rodzicami, jak i wewnętrzną walkę, by nie pójść w ich ślady. Niektóre wtręty o nowo poznanych osobach wcale nie są istotne i nie odniosłam wrażenia, że mają jakiś cel.

„Czuł się wyczerpany towarzyszącą mu przez całe życie potrzebie bycia w dwóch miejscach naraz: w swoim ciele i poza nim, na łóżku i na karniszu, w żyle i wewnątrz strzykawki, w oku zakrytym przepaską i w oku patrzącym na tę przepaskę; (…)”

„Mleko matki” zaczyna się zupełnie inaczej niż wszystkie pozostałe powieści i mówiąc szczerze najbardziej mi się to spodobało. Poczułam się jednak trochę wybita z rytmu i czytałam z takim przeczuciem pod skórą, że „zaraz coś się tu roztrzaska”. Przy okazji miałam jakąś ciemnotę i naprawdę nie domyślałam się, kim są te dzieci, z których perspektywy zaczyna się powieść. Niezwykle podobały mi się opisy i próby wejścia w uczucia i umysł noworodka, trochę fantastyki, lecz bardzo prawdopodobnej i pięknej. Bardzo polubiłam starszego, choć jedynie 5-letniego Roberta, który z fascynacją i tęsknotą analizował domniemane myśli swego braciszka. Nieprawdopodobne zaś były możliwości językowe i analityczne wspomnianego starszego chłopczyka, lecz podane zostały w taki sposób, że z przyjemnością to czytałam. Nie zabraknie w opowiadaniu oczywiście Patricka, który ma już 42 lata, lecz czas odcisnął na nim swe piętno, choć umysł ma lotny i cięty, to jednak brak tu już tej ostrości, nie jest to powieść bardzo wyrazista jak poprzednie, lecz myślę, że moja ulubiona. Na bohatera spadają nowe, acz już wieloletnie troski, uzależnienie daje o sobie znać i czuć dużo zawodu oraz poczucia zdrady ze strony matki. Znów pojawią się nowi bohaterowie i namieszają w obecnym życiu Patricka, który stara się postępować słusznie, jednak nie do końca w każdym aspekcie mu to wychodzi.

„(…) Jego mowa była układanką, którą ułożył tysiąc razy; przypominał sobie tylko to, co już kiedyś zrobił. Nie tworzył nowych połączeń. To się dawno skończyło.””

W ostatniej już powieści, „W końcu” dzieją się rzeczy, które właściwie można określić tylko jednym mianem: w końcu. Różne sprawy zostaną tu ułożone, czy też dociągnięte, niemniej jednak nie wszystko zostaje dopowiedziane. Wraz z odejściem pewnych ludzi kończy się jakaś epoka i Patrick może w końcu poczuć się wolny. Ciężko czytało się o kolejnych jego krzywdach zaznanych w dzieciństwie, o życiu jego matki i podejściu do fundamentalnych spraw macierzyństwa. Ogrom ran, jakie musiało podźwignąć dziecko jest niewyobrażalny i nie trudno zrozumieć jego obecny, dorosły obraz. Panuje tu zlepek różnych emocji, przeszłość jest wszędzie. Zaglądamy wstecz do jego desperackich kroków podjętych, by się wyleczyć. Wydaje się, że ostatecznie przeszłość się zeruje i staje się przeszłością, a teraźniejszość zaczyna odgrywać większą rolę. Czy znajdzie w sobie siłę, by naprawić to, co jeszcze mu pozostało?

„Postanowił zmienić zdanie. W końcu, jak powiedział Thomas, po to ono jest.”

W ogólnym rozrachunku książka momentami mi się dłużyła, przez niektóre fragmenty powieści wlokłam się niemiłosiernie i pomstowałam na autora, że mógł je właściwie skrócić. Z tego wszystkiego wyszłyby może trzy powieści miast pięciu. Czytając ostatnie zdanie czułam niewypowiedzianą wręcz ulgę i szczerze, to nie zamierzam czytać tego wszystkiego ponownie. Chociaż nie ukrywam, że równocześnie cieszę się, że przeczytałam. Czy polecam? Na pewno nie dla tych, co szukają lekkiej lektury przed snem, na pewno nie dla tych, co chcą szybko czytać kolejne książki, bo stosik czytelniczy się powiększa. Zaręczam, że po tej lekturze, ciężko spokojnie przejść do kolejnego świata czytelniczego i mimo zagłębiania się w nowe powieści, myśli jeszcze długo będą wędrować ku Melrose. Czy to dobrze?

Ocena 6/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu WAB


Książkę kupicie tutaj: Ceneo

Ula Wasilewska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz