piątek, 20 lipca 2018

"Przystań Nadziei" - Irene Hannon

W ciągu ostatnich kilku tygodni przeczytałam sporą ilość romansów, thrillerów, książeczek dziecięcych i literatury faktu, stęskniłam się trochę za dobrymi obyczajówkami, które kiedyś bardzo lubiłam czytać. Dziś sięgam po nie zdecydowanie rzadziej, po części dlatego, że mając wybór, wolę zaczytywać się w ckliwych romansach, a po części dlatego, że dobrych powieści obyczajowych jest już naprawdę niewiele. Stale promowane są książki, o szalonych współlokatorkach, albo o
rodzinnych perypetiach, a ja zdecydowanie nie tego szukałam. Z odpowiedzią na moją zachciankę, przyszła "Przystań Nadziei", kiedy zobaczyłam okładkę i opis pomyślałam sobie - tak, to może być dokładnie to, czego szukam!

"- Coś ci powiem. Może pojechałbym z tobą i zajął się tym?
Tracy zamrugała zdziwiona.
- Ale już tyle zrobiłeś. Twoja ocena jest dla nas ważniejsza
niż naprawa rynny.
- No cóż, dwa dobre uczynki to zawsze lepiej niż jeden."

Irene Hannon to dobrze znana za granicą autorka, a mimo to, ja nigdy o niej nie słyszałam, co sprawiło, iż miałam drobne obawy, ale odgoniłam je gdzieś daleko i zatraciłam się w lekturze.
Bohater naszej powieści przyjeżdża do Przystani Nadziei z Chicago, nie oczekuje niczego prócz chwili wytchnienia i spokoju bowiem za sobą zostawił ciężkie przeżycia. Zaraz, gdy dojeżdża na miejsce, czeka na niego niemiła niespodzianka. Okazuje się, że hotel, w którym zarezerwował nocleg, jest zamknięty z przyczyn niezależnych od właścicieli, choć kobieta obiecuje, poszukać dla niego miejsca w innym z miejscowych hoteli, nie przynosi to skutku, gdyż najbliższy wolny pokój znajduje się w innym miasteczku. Michael Hunter nie jest zachwycony wizją pobytu w innym miejscu, bo liczył na urlop właśnie w Przystani, jak się okazuje problem z noclegiem, to nie jedyna niemiła niespodzianka dla turysty, idąc coś przekąsić, wpada na jadącą rowerem kobietę, która wskutek zderzenia boleśnie ląduje na ulicy. Mimo zapewnień rowerzystki, że wszystko jest w porządku, Hunter ma okropne wyrzuty sumienia, zapomina już o burczącym z głodu brzuchu i postanawia chwilę pomyśleć o wszystkich wydarzeniach dnia na ławce, nieopodal oceanu.
W tym samym czasie do miejscowego sprzedawcy tacos podchodzi jego stała klientka, pani Anna zamawia lunch dla siebie i na prośbę sprzedawcy idzie wręczyć paczuszkę z posiłkiem, siedzącemu na ławce Michaelowi, kiedy schyla się, by się przedstawić i wręczyć mu jedzenie, doznaje szoku bowiem turysta, wygląda dokładnie tak, jak pewna osoba z przeszłości kobiety, nie pasuje tu tylko kolor oczu. Po krótkiej wymianie zdań, pani Anna sama siebie nie poznając, proponuje turyście domek, który niegdyś wynajmowała turystom. To właśnie w chwili, kiedy Michael Hunter decyduje się na pobyt w gościnnym domku kobiety, rozpoczyna się cała, piękna historia.


Autorka postanowiła umieścić w powieści naprawdę sporą liczbę bohaterów, zazwyczaj nie lubię opowieści, w których aż roi się od postaci, ale tutaj wszystko było tak zgrane, że ilość bohaterów nie sprawiała kłopotu. Na pierwszym planie jest oczywiście turysta z Chicago i piękna rowerzystka Tracy Campbell, oboje są po ciężkich przejściach, oboje zmagają się z trudną rzeczywistością, oboje skrywają tajemnice i oboje w żadnym wypadku nie planują się zakochać. Pani Anna, bardzo mądra, ale też zamknięta w sobie i skryta kobieta nosi w sercu ogromny żal, od lat nie rozmawia z ludźmi, nie chodzi do kościoła, nie udziela się w żaden sposób towarzysko, Michael Hunter stopniowo wpływa na jej życie, a Pani Anna zaczyna żyć, zamiast tylko egzystować. Nie bez znaczenia jest tutaj postać Charleya, czyli artysty i sprzedawcy najlepszego tacos w mieście, mężczyzna ma niesamowity dar... Tracy nieustannie martwi się problemami plantacji żurawiny, którym zajmuje się jej ukochany wujek Bud, kobieta pomaga jak może, jednak największy kłopot stanowią problemy finansowe, z którymi dużo ciężej jest, sobie poradzić... W powieści dużą rolę odegra też zagubiona nastolatka, a nawet mewa!

"Sądzę jednak, że póki człowiek żyje, nowy początek jest zawsze możliwy.
Z takiej szansy może ograbić go tylko śmierć."

Czymś, na co nie można, nie zwrócić uwagi, jest aż wylewająca się z książki pobożność. W powieści niemal wszystko kręci się wokół organizacji charytatywnej, bohaterowie co niedzielę chodzą na nabożeństwo, często gawędzą sobie z pastorami i pomagają w kościele. Pojawiają się tu nawet fragmenty Pisma Świętego, myślę, że wszystko jest w porządku, ale w umiarze. Autorkę nieco poniosło z religijnością w tej historii, niemniej nie jest to jakoś specjalnie uciążliwe.


Całość liczy niecałe 400 stron, to już konkretna grubość, ale na szczęście czyta się bardzo lekko, dialogi są naprawdę dobre, raz bawią, a innym razem wzruszają. Powieść podzielona jest na rozdziały, co sprawia, że wszystko jest bardziej przejrzyste i schludne. Sporo mamy opisów otoczenia i samego miasteczka oraz jego mieszkańców, co dodaje tylko książce uroku, ponieważ lepiej możemy wyobrazić sobie, jak wygląda Przystań Nadziei.
Irene Hannon w pełni dopracowała tę opowieść, nie znalazłam żadnych błędów, ani nieścisłości w fabule, historia nie jest "bylejaka", z pewnością wiele pracy kosztowało autorkę tak staranne zrealizowanie swojego wyobrażenia o tej książce. Podsumowując, jest to naprawdę bardzo dobra powieść obyczajowa, bardzo mądra i z przesłaniem, idealna na letnie popołudnia, nawet te, kiedy pogoda uniemożliwia wyjście na ogród, a może zwłaszcza na te? W każdym razie ja jestem usatysfakcjonowana i zdecydowanie polecam.

Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki, bardzo dziękuję Wydawnictwu Dreams



Julia Komorska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz