wtorek, 24 lipca 2018

Wywiad z Grzegorzem Brudnikiem, autorem książki "Mayday"

Kochani! Mam dla Was prawdziwą perełkę. Grzegorz Brudnik, autor książki "Mayday" od wydawnictwa Filia, zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań, także tych nietypowych. Co sądzi o wątkach miłosnych w literaturze i jak trudno jest tworzyć prawdziwie wciągające historie? Czy określenie szczegółów wypadku jest łatwe? Przeczytajcie sami! 

fot. Bartosz Pussak   

Z perspektywy debiutanta - jaki jest najtrudniejszy aspekt wydawania własnej powieści? 

Akurat w tej kwestii moja odpowiedź z pewnością nie będzie zbyt reprezentatywna, bo ja swoją powieść wydałem bez większego wysiłku. Oczywiście kosztowało mnie to sporo pracy, oczywiście trwało to bardzo długo, ale wydawcy nie musiałem szukać. Po prostu wysłałem tekst i kilka tygodni później miałem gotową umowę. To był moment kiedy poczułem się doceniony i naprawdę w siebie uwierzyłem. Wracając jednak do pytania, to chyba ciągłe poprawianie powieści. Dążyłem przy tym może nie tyle do doskonałości, co jednak do pewnego poziomu, który zagwarantowałby mi tak dobre recenzje, jak te, które mam obecnie przyjemność czytać. Pomagało mi przy tym wiele osób, wielu bardzo dużo zawdzięczam. Ale była to tytaniczna robota. Łącznie pisałem tę książkę siedem lat. Taka jest cena realizacji marzeń. Z kolei drugą książkę pisałem już tylko pół roku, a uważam, że jest lepsza, niż ta pierwsza. Wypracowałem sobie metodykę i było po prostu łatwiej. Poza tym złapałem już bakcyla.

Co zainspirowało Cię do pisania właśnie w tym, a nie innym gatunku literackim? Osobiście uważam, że sensacja jest jednym z najbardziej wymagających rodzajów książek. Trzeba się porządnie natrudzić, żeby utrzymać akcję na takim poziomie, żeby zachować uwagę czytelnika... 

A dla mnie dokładnie przeciwnie. Uważam, że sensację pisze się łatwo. Nieporównywalnie łatwiej, niż powieść obyczajową, że o historycznej nie wspomnę. Łatwiej również, niż kryminał, choć to jeszcze zależy jaki. Pracując nad sensacją nie mam właściwie żadnych ograniczeń, prócz tych, które sam sobie narzucę. Narzucam ich sporo, bo zależy mi, by książka spełniała bardzo wyśrubowane normy jakości, które nawiasem mówiąc również sam sobie ustalam. Ale poza tym – sky is the limit. Acz przyznaję, że do tego typu literatury trzeba posiadać pewne predyspozycje. Mam na myśli umiejętność opowiadania historii. Nie tylko wymyślania, ale również właśnie opowiadania. Wykorzystywania, a niekiedy wręcz wymyślania odpowiednich środków przekazu. W powieści sensacyjnej ważna jest dynamika zdarzeń. A dynamikę buduje nie tylko akcja, ale również język powieści. Poza tym, autor taki jak ja, musi odczuwać bezustanny imperatyw poznawania otaczającego go świata. Bo jeśli książka ma ponad 500 stron i na każdej coś się dzieje, należy zadbać, by miejsce akcji za każdym razem było naszkicowane odpowiednio ostrym konturem i nasycone odpowiednio wiarygodnym tłem. Ja się w każdym razie bawię przy tym znakomicie.

Czy gromadzenie informacji do książki wiązało się z problemami? Jestem w stanie wyobrazić sobie kłody w postaci chociażby elementów budowy maszyn. 

Nie nazwałbym tego problemem. Raczej wyzwaniem. Ja akurat piszę o rzeczach, o których mam pojęcie. Wiąże się to z moimi zainteresowaniami, a także otoczeniem, w jakim dorastałem. Mój ojciec i bracia projektują statki, więc tematyka maszyn transportowych zawsze była obecna w moim rodzinnym domu. Posiadam bardzo dużą bazę wiedzy – mam tu na myśli książki, raporty z badań wypadków, różne opracowania tematyczne. I generalnie całą wiedzą przekazywaną mojemu czytelnikowi dysponowałem zanim zacząłem pisać książkę. Dzięki temu mogłem ją odpowiednio zaprojektować. A jeśli już na etapie pisania czegoś mi brakowało, to bez większego kłopotu mogłem sobie stosowną informację odszukać w źródłach lub, co też się zdarzało, zasięgnąć rady ojca czy braci. Inna sprawa, że dużo frajdy sprawia mi również bezpośrednie pozyskiwanie wiedzy. W ramach przygotowań do książki zwiedziłem już prom kursujący pomiędzy dwoma brzegami Świny czy zakład mikrobiologii UG. Teraz szukam różnych kontaktów do instytucji zajmującej się obsługą ruchu kolejowego i tu też mam nadzieję na ciekawe przygody. Jestem w tej fajnej sytuacji, że moje zainteresowania pozwalają mi pisać, a pisanie pozwala mi rozwijać zainteresowania. Na hasło „pisarz chciałby prosić o pomoc merytoryczną” otwiera się wiele drzwi i serc. Ludzie chcą pomagać.

Ile jest Grzegorza Brudnika w Aleksandrze Gallu?

Paradoksalnie niezbyt wiele. Oczywiście, są pewne zbieżne cechy, on jest ode mnie o dzień młodszy i ma mój wzrost. Po to, by łatwo mi było zapamiętać te informacje. Ale oczywiście jest ode mnie dużo sprawniejszy, bardziej inteligentny i przystojny. Nie wiem, czy potrafiłbym się z nim zakumplować, bo mam wrażenie, że to człowiek, który nie potrzebuje kumpli. Ma kilkoro przyjaciół i tyle. Nie boję się powiedzieć, że to dziwak, choć on pewnie myśli, że z nim wszystko jest w porządku, tylko świat dookoła jest jakiś nienormalny. No i przede wszystkim on jest wykwalifikowanym, świetnym specjalistą w swojej dziedzinie. A ja jestem raczej humanistą i musiałem się natrudzić, by mu tę jego doskonałość zaszczepić. Ale dodam, że nie chciałbym, by Aleks był bohaterem idealnym. Wkrótce wyjdą na jaw trochę czarniejsze karty z jego historii. To nie jest ani świętoszek, ani bezrefleksyjny altruista. W dodatku zupełnie nie radzi sobie z emocjami. Nie potrafi ich odczuwać tak, jak każdy z nas, przez co zawodzi na wielu frontach. Ten bohater jest tak naprawdę eksperymentem. Z człowieka nie da się zrobić robota. A ja właśnie z Aleksa uczyniłem robota. I teraz z rozbawieniem obserwuję, jak sypią mu się kolejne obwody, jak szwankuje oprogramowanie i zawiesza się procesor. Można powiedzieć, że jestem kiepskim konstruktorem. Ale ja to zrobiłem specjalnie. I ciekaw jestem, czego ten człowiek może się jeszcze nauczyć. Bo ja sam tego na tę chwilę nie wiem.

Gdybyś zamiast rozwiązywać zagadki związane z wypadkami transportowymi miał stanąć po tej drugiej stronie - w dobie dzisiejszej technologii co jest bardziej prawdopodobne i łatwiejsze do spowodowania  - awaria samolotu czy statku? 

To chyba najciekawsze pytanie, jakie dostałem w życiu. A odpowiedź jest niejednoznaczna. Jeśli przyjmiemy, że mowa o zamachu terrorystycznym, to teoretycznie łatwiej doprowadzić do katastrofy lotniczej. Samolot to bardzo delikatna i wrażliwa konstrukcja. Musi być relatywnie lekki i elastyczny, a w dodatku porusza się w bardzo niesprzyjającym środowisku. Mowa choćby o temperaturze czy ciśnieniu atmosferycznym na tych dziesięciu czy trzynastu tysiącach metrów. Na dobrą sprawę przy sprzyjających zamachowcy okolicznościach wystarczy jeden strzał z pistoletu, by rozbić nawet największy samolot świata. Z kolei statki to gigantyczne maszyny o potwornej wytrzymałości. Coś takiego można zatopić tylko za pomocą wyrafinowanego sabotażu albo potężnego ładunku wybuchowego. Co oczywiście oznacza ogromne koszty. Inna sprawa, że dużo łatwiej wprowadzić na pokład statku ogromny ładunek wybuchowy, niż niewielki nawet pistolet na pokład samolotu. Mimo wszystko uważam jednak, że łatwiej jest strącić samolot. Zresztą, przemawia za tym historia. W zamachach terrorystycznych dużo częściej życie tracili pasażerowie samolotów. Mówi się również o przypadkach, w których piloci samolotów celowo rozbijali swoje maszyny. A o kapitanie statku celowo topiącego swoją jednostkę to jeszcze nie słyszałem. Mam na myśli oczywiście czasy pokoju, bo w trakcie wojny zdarzały się takie rzeczy. Na przykład sprawa niemieckiego krążownika Admiral Graf Spee. Bardzo interesująca historia.

Po lekturze "Mayday" wydaje mi się, że jestem w stanie sobie wyobrazić, w jaki sposób mniej więcej wygląda śledztwo odnośnie wypadków, chociażby lotniczych. Jak myślisz, dlaczego w rzeczywistości zwykle określenie przyczyn takiej katastrofy trwa tak długo? Nawet kilka lat?

Bo to bardzo trudne. Prawda jest taka, że ja wymyśliłem banalny wypadek, który banalnie łatwo wyjaśnić. Przynajmniej jeśli chodzi o technikalia. A niekiedy wypadki są dużo bardziej skomplikowane. Przykładowo, w przypadku katastrofy lotu Alaska Airlines 261, gdzie pękła śruba stabilizatora, trzeba było wydobyć z oceanu cały wrak i żmudnie poszukiwać elementów, które wyglądałyby podejrzanie. To wymaga czasu i najlepszych specjalistów na świecie. Nie ma wielu osób, które potrafiłyby odróżnić śrubę uszkodzoną w wyniku katastrofy, od śruby, której uszkodzenie do katastrofy doprowadziło. A przecież po wyłuskaniu takiego dowodu, trzeba jeszcze ustalić, dlaczego do takiej awarii doszło. Czy zawiódł element, technologia produkcji, serwisowanie, niewłaściwie użytkowanie, może sabotaż? W przypadku katastrofy lotu British Airways 38 okazało się, że w pewnych bardzo szczególnych okolicznościach (konkretna wysokość, konkretna wilgotność powietrza i temperatura, konkretnie zadana moc samolotu) w przewodach paliwowych odkłada się lód, który zatyka potem wymienniki ciepła i prowadzi do dławienia się silników. Ale w choć odrobinę innych warunkach niż te konkretne nic takiego nie ma miejsca. No więc wyobraźmy sobie teraz pracę śledczych, którzy najpierw muszą w teorii określić, na co wskazują dowody, a potem już eksperymentalnie odszukać tę konkretną konfigurację czynników, która w testach potwierdzi ich przypuszczenia. Czasami wraku w ogóle nie można znaleźć. Czarne skrzynki posiadają nadajniki, które pracuję przez 30 dni od momentu kontaktu z wodą. Ale jeśli mowa o samolocie, który przepadł gdzieś nad oceanem, to może się okazać, że to za mało. Tak było z lotem Air France 447 i ostatnio Malaysia Airlines 370. No a w przypadku lotu TWA 800 przyczyna była tak głęboko ukryta i nieprawdopodobna, że jej odnalezienie nie tylko zajęło cztery lata, to jeszcze wiele osób do dziś w nią nie wierzy. Bo wyobraźmy sobie, jak ogromną wiedzę i doświadczenie trzeba posiadać, by ustalić, że przeciążenie klimatyzacji doprowadziło do podgrzania paliwa i jego nadmiernego parowania, co doprowadziło do uzyskania wybuchowego stężenia, oraz że taki zapłon dokonał się w wyniku przeskoku iskry na wadliwie wyizolowanym przewodzie. A wszystko to wywnioskowane z setek tysięcy szczątków, które w dodatku najpierw trzeba było wyłowić z oceanu. Inna sprawa to kompleksowość badań. Nie wystarczy ustalić co i w jaki sposób się stało. Trzeba również dojść do tego, dlaczego tak się stało. Jeśli śledczy ustalą, że jakiś element zawiódł, muszą się dowiedzieć dlaczego. Jeśli w wyniku śledztwa dowiedzą się, że zawiniło niewłaściwe serwisowanie, muszą dociec, dlaczego maszynę serwisowano niewłaściwie. To jest bardzo złożony proces, a końcowe raporty niejednokrotnie mają objętość zbliżoną do mojej powieści. 

fot. Bartosz Pussak
Na okładce "Mayday" można przeczytać, że ta książka jest jak film. Czy filmy stanowiły dla Ciebie inspirację? Jeżeli tak, to jakie?

Dla mnie liczy się opowieść, a czy toczy się w słowach czy w obrazie to nie ma większego znaczenia. Ale faktycznie, chciałem napisać książkę, która przypominałaby film. Głównie w kwestii dynamiki i pewnej prostoty. Nie inspirowałem się przy tym żadnymi konkretnymi tytułami, ale z drugiej strony, pewnie podświadomie wprowadziłem do niej elementy filmów, które po prostu widziałem. Trochę Szklanej Pułapki, trochę Niepowstrzymanego, trochę Liberatora, a trochę jeszcze czegoś innego. Prócz tego stosuję typowo serialowe cliffhangery i wielowątkową narrację. Ale też chętnie korzystam z możliwości, jakie daje mi książka, a których w filmie po prostu użyć bym nie mógł. Mogę na przykład wprowadzić do opowieści postać, którą czytelnik dobrze już zna i widząc ją z pewnością by poznał, ja tymczasem opisuję ją jako kogoś nowego i tajemniczego. No i oczywiście zawężanie pola widzenia. Jeśli dla potrzeb opowieści nie chcę pisać, gdzie w danej chwili znajduje się bohater i co robi, to po prostu tego nie robię. A w filmie byłoby to trudne. 

Uwaga, będzie pytanie z gatunku babskich. W końcu gościsz na blogu, gdzie większość to kobiety. ;) Podczas lektury "Mayday" zaskoczyło mnie, w jakim kierunku pokierowałeś wątkami damsko-męskimi. Ale z perspektywy zarówno autora, jak i czytelnika, jaki masz stosunek do wątków miłosnych w literaturze? Powinny się pojawić chociaż w minimalnym stopniu, czy może dobra fabuła może się bez nich obejść?

Miłość to stan, którego doświadcza każdy człowiek na świecie. Jest tak powszechna, jak oddychanie. Więc to oczywiste, że towarzyszy wielu książkowym bohaterom. Niekiedy jest nawet głównym bohaterem historii. Ale z drugiej strony, książka, szczególnie sensacyjna, czy kryminał, zwykle portretuje człowieka w pewnym wąskim zakresie czasu. Jest zupełnie prawdopodobne, że akurat w tym momencie niczego interesującego nie doświadczył. Poza tym, myśląc o bohaterze, projektujemy nie tylko jego wygląd czy cechy osobowości, ale również, a może nawet przede wszystkim, historię jego życia. Losy mojego bohatera potoczyły się tak, że w temacie zagadnień damsko-męskich musiałem mu przypisać taką a nie inną rolę. Co jednak może się wkrótce zmienić. Sam jeszcze nie wiem, choć mam pewne przypuszczenia. Ja osobiście bardzo lubię dobrze napisane wątki miłosne. A nawet erotyczne, ale tutaj akurat jestem bardzo wymagający i musi to być zrobione naprawdę z klasą. Nie cierpię topornej pornografii w książkach. Nie cierpię, kiedy narrator kolejno i dosadnie opowiada mi o przebiegu czynności seksualnych. A szczególnie nienawidzę, gdy robi to wulgarnie. Mam trzydzieści siedem lat, wiem, jak to się robi, doświadczałem i nie potrzebuję poradnika. Ale wystarczy zobaczyć, jak sceny seksu opisuje Sapkowski. Poezja. Odnosząc się zaś zupełnie bezpośrednio do pytania, uważam, że dobra fabuła może się obejść bez wątków miłosnych. A to dlatego, że nie uznaję żadnych must have. Nie ma takiego elementu fabuły, który musi się znaleźć w książce i już. Można pisać o wszystkim i pomijać co tylko się chce. Pytanie tylko, po co?

Jakiego rodzaju książki sam czytujesz? Jeżeli miałbyś zaproponować jeden tytuł, który według Ciebie każdy powinien poznać, co by to było?

To pytanie z gatunku takich, na które nie da się odpowiedzieć. W związku z tym, że piszę i w dodatku pracuję zawodowo, prawie zupełnie nie mam czasu na czytanie. Udaje mi się wciągnąć najwyżej dwie książki w miesiącu, a czasami nawet tyle nie. Ostatnio czytam polskie kryminały, bo uważam, że wchodząc do pewnego środowiska, należy poznać dokonania jego członków. Bardzo lubię Stelara, Czubaja, Chmielarza, Roberta Małeckiego i Czornyja. Niekiedy sięgam też po fantastykę. Rafał Cichowski, Kuba Ćwiek, Andrzej Sapkowski, czy choćby – sięgając już poza granice naszego kraju – Pratchett czy Scott Lynch. Ale daleki jestem od narzucania komukolwiek swojej opinii w tej kwestii. Nie istnieje książka, którą musi przeczytać każdy. Są takie, które wypada znać, ale to jednak nie to samo. Moje ulubione tytuły to Zabić Drozda Harper Lee i Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya. Polecam oczywiście te pozycje. Ale w przeciwieństwie do wielu moich znajomych nigdy nie będę agitował za żadną konkretną książką czy wręcz obrażał się, jeśli ktoś jej nie przeczyta.

To może kilka słów o tym, jakie masz plany na przyszłość? Ile każesz nam czekać na powrót Galla?

Gall już powrócił. Druga część cyklu jest napisana i zredagowana. Powinna się ukazać w grudniu. Wracamy do Europy i popływamy trochę na statkach. Obecnie pracuję nad częścią trzecią, która będzie się toczyć w Polsce i opowiadać o katastrofie kolejowej z przeszłości. Myślę, że Gall jeszcze nieraz wszystkich zaskoczy.


Bardzo dziękuję za odpowiedź na tych kilka pytań, a Was zachęcam do zapoznania się z wyjątkową i pełną akcji powieścią Grzegorza Brudnika. Zachęcam również do śledzenia strony autora na Facebooku.
Recenzję książki możecie przeczytać >tutaj<.


~Monika Majorke

1 komentarz:

  1. "Mayday" moim zdaniem było świetne, to moje cudowne odkrycie ostatnich tygodni, które przekonało mnie, że polskich autorów warto czytać. I super wywiad, naprawdę, autor wydaje się rzeczowy, ogarnięty, inteligentny i sympatyczny. Na pewno będę czujnie śledzić jego poczynania :)
    Pozdrawiam,
    Ludka

    OdpowiedzUsuń