niedziela, 26 sierpnia 2018

"Chmury z keczupu" – Annabel Pitcher

[źródło]
Na co dzień nie czytam żadnych kryminałów, thrillerów czy książek detektywistycznych, tj. powieści Agaty Christie i jak czasami zdarzają się wyjątki chociażby w postaci książek Małgorzaty Rogali czy serii Lisy Gardner, którą wprost uwielbiam ze względu na wstrząsające zakończenia, tak często omijam je szerokim łukiem. Może to jest z mojej strony błędem z uwagi, że unikam całej twórczości Stephena Kinga, który uważany jest za mistrza w dziedzinie dreszczowców książkowych, ale jakoś wynagradzam sobie tę stratę w postaci książek z mojego ulubionego gatunku. Zaskakujące jest natomiast to, że "Chmury z keczupu" Annabel Pitcher nie mają nic wspólnego z książkami, które zwykle czytam, a jednak kocham ją jak diabli.

Historia napisana jest w coraz bardziej popularnej formie, która wpisuje się w łaski czytelników na całym świecie, a mianowicie w listach. I w sumie nie byłoby w tym nic zdumiewającego, gdyby nie to, że odbiorcą danych wiadomości jest więzień skazany na karę śmierci.  Z jednej strony jej korespondencyjny znajomy jest pewną bezpieczną przystanią, gdzie Zoe może bez żadnego lęku opowiedzieć o tym, co zdażyło się niecałe pół roku temu, bo Stuart zabierze jej tajemnicę do grobu, a z drugiej Zoe jest taka sama jak skazaniec, dręczona wyrzutami sumienia, niemogąca znieść współczucia innych, podczas gdy oni powinni ją już dawno ukamieniować. Dziewczyna postanawia wyrzucić z siebie od dawna zalegające w niej emocje. Po odwiedzeniu strony internetowej więzienia w Stanach Zjednoczonych wybiera na swojego słuchazcza  pewnego więźnia, który swoimi wierszami sprawił, że serce dziewczyny wypełnia czara smutnego zrozumienia. Bo Zoe popełniła nieodwrcalany błąd, wielką zbrodnię, której żadne prośby, modlitwy czy błagania nie zdołają odwrócić. Zabiła człowieka.
No przynajmniej ona tak tak uważa i w tym przypadku też my, bo nam jako czytelnikom nie zostaje przedstawione żadne inne zdanie. I to nie wina bohaterki czy innych postaci. Po prostu nikt o wydarzeniach z pierwszego maja najzwyczajniej w świecie nie rozmawia, a na pewno nie publicznie.

Podoba mi się to jak została poprowadzona ta książka. Od pierwszej kartki zostałam wplątana w jakąś tajemnicę, a z rosnącą liczbą stron tak bardzo chciałam wiedzieć "kto, gdzie i jak", że ledwo powstrzymałam się, aby nie zajrzeć na ostatnią stronę. A to by była zbrodnia. Nie mogłam być jak Zoe. Zresztą jej imię tak naprawdę nie jest prawdziwe. Dziewczyna po prostu je zmyśliła, tak jak i adres zamieszkania ze strachu przed konsekwencjami, które niechybnie by ją dopadły, gdyby listy wpadły w niepowołane ręce. A wtedy wszystko by się wydało. Ale co? No właśnie, dopiero pod koniec historii dowiadujemy się, co tak naprawdę się stało tego feralanego dnia i jakie poniosło to ze sobą skutki, chociaż o części z nich wiemy już od początku. Przez całą fabułę były mi dostarczane pojedyncze informacje, jakieś strzępki ich, które z każdą przeczytaną kartką wskakiwały na swoje miejsce w układance, dając mi obraz całej sytuacji. To było tak genialne przedstawione, ten cały sekret, tajemnica, obraz szkoły reagującej na to wszystko, do tego problemy rodziców "Zoe". Ta książka cechuje się nie tylko tym, że mamy sobie jakąś historię i cała akcja kręci się tylko wokół niej. Zawiera ona też elementy, wątki poboczne, które są tak samo ważne, a może i ważniejsze, biorąc pod uwagę, że uzmysławiają nam w pewnych sytuacjach powody postępowania głównej bohaterki.

[źródło]
Bohaterowie też zasługują na pochwałę, bo są naprawdę dobrze wykreowani, a to chyba już rzadkość we współczesnej literaturze. Czuje się ich, widać, że się nie są tacy sami, mają swoje zwyczajowe zachowania– te lepsze i te gorsze, ale właśnie dzięki tej swojej niedoskonałości są jeszcze bardziej prawdziwi, a co za tym idzie jeszcze lepiej czyta się książkę. Owszem czasami strasznie denerwują, ale myślę, że to chyba nie chodzi o to, żeby oni byli idealni w swoim zachowaniu czy postępowaniu, tylko... Ej, przecież my (ci prawdziwi ludzie) też postępujemy głupio czy zachowujemy się irracjonalnie. Skoro nie jesteśmy perfekcyjni, dlaczego oni mają być?
Szczególnie urzekła mnie mała Dorothy– w skrócie Dot, która była w każdym calu słodka, radosna, mimo tego, że idealna nie była. A mianowicie była głucha. I tutaj znowu zaplusowała u mnie autorka, ponieważ poruszyła aspekt osób z tą "dolegliwością" i problemów, z którymi borykają się te osoby. Kiedy czytałam te sceny, moje serducho topniało z radości.

Po dłuższych przemyśleniach na temat tej książki, które po jej skończeniu ciągnęły się minutami, stwierdziłam, że jest to chyba najlepsza książka, którą przeczytałam w ostatnim czasie. Co prawda nie mogę znieść tego, że tajemnica skryta w niej była tak znakomicie prowadzona przez kolejne strony, by w połowie książki zdradzić nam najistotniejszą rzecz w całej tej sprawie. W moim przypadku wolałabym, aby została ona zdradzona dopiero w punkcie kulminacyjnym, tworząc w moim mózgu wielkie, emocjonalne "BUM". A tak ta tajemniczość została rozwiana w połowie książki. Nie w pełni, ale to już nie do końca było to samo.
"Zrobiłam coś strasznego.
A wiecie, co jest najgorsze?
Ujdzie mi to na sucho."
Uwielbiam przesłanie, kóre niesie ze sobą ta książka. Jest przedstawione w tak autentycznych sytuacjach, że aż w czasami mocno chwyta za serce i nie chce puścić. I mimo to że nie podoba mi się zakończenie, ale nie dlatego, że jest po prostu złe i w ogóle nie przemyślane (wręcz odwrotnie), jest to najlepsza książka, którą przeczytałam w najbliższym czasie.  

Podsumowując, "Chmury z keczupu" to wspaniała powieść przeznaczona dla wszystkich czytelników bez ograniczeń wiekowych, w której świat wykreowany przez autorkę nie kręci się tylko wokół głównych wydarzeń, ale zwraca nam też uwagę na inne równie ważne problemy dotyczące na przykład rodziny Zoe. Ta książka również uczy. Uczy nas tego, że czasami mimo ogromnego bólu serca, musimy poświęcić to co kochamy, aby nasza dusza mogła się zregenerować. Powieść Annabel Pitcher jest tak piękna a zarazem tak prawdziwa.


Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc!



Klaudia Korytkowska

4 komentarze:

  1. Mam ogromną ochotę na tę powieść, a Twoja recenzja jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że warto po nią sięgnąć. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Sięgnę po książkę z ciekawości .Ja fanka kryminałów.Zobaczyć skąd wziął się tytuł

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj intryguje...I ten tytuł;) Koniecznie muszę sięgnąć :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem bardzo ciekawa takiej listowej formy, myślę, że w połączeniu z intrygującym tematem może wyjść z tego prawdziwa perełka :)

    OdpowiedzUsuń