wtorek, 14 sierpnia 2018

"Miłość w czasach dyskontów" - Daniel Koziarski


Gdybym miała jednym słowem określić najnowszą powieść Daniela Kozarskiego, „Miłość w czasach dyskontów”, użyłabym określenia „smutna”. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na kilka dni przed ślubem bohaterka zamiast mierzyć suknię i planować z dreszczykiem emocji przyjęcie weselne, zastanawia się, czy aby podjęła słuszną decyzję? W obliczu nadchodzących zmian bohaterka powraca do przeszłości, wspomina ją i snuje rozważania, jak wyglądałoby jej życie, gdyby tamtego pamiętnego styczniowego dnia nie wydarzyło się to, co zmieniło na zawsze jej życie.



O tym, że Oliwię czeka niebawem ślub, dowiadujemy się już na pierwszych stronach powieści. Wydawać by się mogło, że teraz czeka nas cały szereg następujących po sobie wydarzeń – czy to ślub, czy rychłe rozstanie, co komu w duszy gra. Tymczasem autor nie spieszy z wyjaśnieniami i rozwiązaniem, pozostawiając nas w niepewności właściwie do samego końca, bowiem przenosi nas do lat wcześniejszych z życia Oliwii. Retrospekcje sięgają nawet czasów szkoły podstawowej czy liceum, zresztą nie bez celu – znaczącą rolę odgrywa tu Filip, z którym Oliwię łączy jakaś bliżej nieokreślona więź – niby przyjaźń, niby coś więcej. Podobnie rzecz się ma z Szymonem, który dał się poznać jako frywolny student, a który w początkowych rozdziałach rokuje na przyszłego partnera Oliwii. 

Na początku zastosowane retrospekcje zaburzają nieco rytm czytania, momentami muszę wracać do poprzednich rozdziałów, by dopasować w głowie daty do poszczególnych etapów: podstawówka, liceum, emigracja, teraźniejszość. Nie ukrywam, że te „skoki” irytują, jednak po jakimś czasie zdaję sobie sprawę, że gdyby nie one, książka nie byłaby tak ciekawa, nie miałaby tego elementu zaskoczenia  – w końcu trzeba długo czekać, by zrozumieć, co tak naprawdę wydarzyło się w życiu Oliwii, dlaczego nie potrafi być w pełni szczęśliwa i dlaczego jej miłość się skończyła.


Daniel Kozarski w swoich dziełach w sposób nieco zjadliwy komentuje rzeczywistość. Tak jest i w tym przypadku, bowiem w „Miłości w czasach dyskontów” prym wiedzie – oprócz miłości rzecz jasna - motyw emigracji na słynne wyspy brytyjskie.


Ludzie na emigracji wcale nie bywali tacy szczęśliwi i spełnieni, jak by się to mogło wydawać z zewnątrz (…). 


Ukazując niezbyt udane doświadczenie bohaterki oraz jej współlokatorki z emigracją, autor burzy wyobrażenie o wyspach jako o lepszym życiu. Okazuje się, że wyjazd z kraju nie gwarantuje sukcesu uczy rozwoju, na jaki liczymy.  Przy okazji autor „rozprawia się” z innym wszechobecnym problemem- nietolerancją, wplatając w powieść wątek rumuńskiego przyjaciela Oliwii, który próbuje żyć w Polsce, jak się okazuje tak nietolerancyjnej w dzisiejszych czasach. Co bardzo mnie cieszy, wykorzystując wspomnienia bohaterki, autor porusza również motywy z przeszłości, które wpłynęły na współczesny świat. Tak więc Oliwia wspomina dzień, w którym zmarł Jan Paweł II, nie szczędząc przy tym swoich odczuć. Pojawia się również wspomnienie zamachu Na Word Trade Center, o którego skutkach na dzisiejszą sytuację na świecie nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Powieść, choć będąca przecież fikcją literacką, porusza tematy nieobce Czytelnikowi, żeby nie powiedzieć: bliskie sercu. I za to  jestem autorowi ogromnie wdzięczna. 


„Miłość w czasach dyskontów” to nie ot taka sobie powieść obyczajowa. To powieść, choć smutna, (podobnie zresztą jak kreacja bohaterki), która zmusza nie tyle do myślenia, ale do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: czy warto szukać miłości? Choć zakończenie, jakim autor uraczył zarówno Czytelników, jak i Oliwię, może wzbudzać zdziwienie, a nawet rozczarowywać, to jednak uświadamia nam jedno: warto szukać. Nie tylko miłości, ale i swojego miejsca w świecie, bowiem życie bywa nieprzewidywalne i kruche.


Całe życie przed czymś uciekasz. Przed złymi wspomnieniami, przed rodziną, przed macierzyństwem, przed Polską, przed odpowiedzialnością za swoje życie – wyliczał (…) – Może w to nie uwierzysz, ale zawsze chciałem, żebyś była szczęśliwa (…).


Szczęście – towar jak się okazuje deficytowy w czasach dyskontów, gdzie właściwie wszystko da się kupić za odpowiednią cenę.  Jak się okazuje, miłość i szczęście – póki co – nie są na sprzedaż. Stąd, jak mniemam, dobór tytułu dla tej smutnej, ale zarazem pięknej i dającej do myślenia historii o pragnieniu, a co za tym idzie, poszukiwaniu miłości.

Ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Novae Res 
Izabela Jurkiewicz

2 komentarze:

  1. Zaintrygowałaś mnie. Nie czytałam jeszcze nic tego autora, więc chętnie zacznę poznawać jego twórczość od tej książki :)

    OdpowiedzUsuń