poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Wypożyczać czy kupować, czyli dylematy współczesnego Czytelnika.



Spotkałam wczoraj znajomą. Zwykle lubię jej historie, ale dziś przeprosiłam i oznajmiłam, że za godzinę zamykają moją bibliotekę i że muszę lecieć, bo inaczej mogę zapomnieć o wieczorze z książką, na co ona wzruszyła ramionami i zapytała: „Po co ci biblioteka? Przecież możesz zamówić przez internet!”. Całą drogę powrotną rozmyślałam nad jej słowami i zdałam sobie sprawę, że od dawien dawna nie kupiłam żadnej książki, zaś całe moje nadzieje na upojne wieczory z książką pokładam w okolicznych bibliotekach. A przecież współcześnie mamy tak duży wybór księgarni internetowych (stacjonarnych zresztą też!), gdzie od ilości ciekawych pozycji czasem można dostać zawrotów głowy.  Po raz pierwszy pochyliłam się nad kwestią: a może by tak zacząć kupować? Tak więc zastanówmy się wspólnie, co ma więcej zalet: wypożyczanie czy kupowanie?


Mój portfel pęka w szwach od ilości kart. Jeśli jednak myślicie, że chodzi o pozłacane karty kredytowe, to od razu sprowadzę was na ziemię:  są to rzecz jasna karty biblioteczne. Te małe prostokąciki, z pozoru bez wartości, dają mi naprawdę wiele szczęścia. Problem jednak w tym, że każda karta zawiera limit, zwykle niepokojąco śmieszny (trzy książki miałyby starczyć na miesiąc dla mola książkowego? Serio?), tak więc kiedy wypatrzę najnowszego Mroza, Mankella i  Larssona, a do tego coś, co od dawna chciałam przeczytać, decyzje potrafią toczyć się godzinami, wywołując dziwne spojrzenia pani bibliotekarki, która zapewne ma już dość mojego niemal histerycznego mamrotania pod nosem i pewnie dla świętego spokoju dałaby mi obie, byle już zobaczyć mnie za drzwiami. Gdybym zdecydowała się na zakup książek, jestem wolna od ograniczeń. Ekhm, może poza tym w postaci dostępnych środków na koncie…

A skoro już przy temacie jesteśmy, to największym plusem korzystania z bibliotek jest fakt, że można czytać zupełnie za darmo. Nie mówię tu o skrajnych przypadkach, kiedy ktoś przetrzyma książkę o dobre pół roku, „bo się zapodziała”, a potem musi zapłacić za swoje roztargnienie. Biblioteki mają to do siebie, że dają nam całe siebie, nie wymagając niczego w zamian, jedynie szacunku do książek. Co prawda możemy stanąć na wysokości zadania i wesprzeć bibliotekę jakimś datkiem na zakup książki, ale póki nikt nie woła, chyba lepiej siedzieć cicho i cieszyć się z tego, jak jest. Jeśli przyjdzie Wam do głowy odgrywać Miłosiernego Czytelnika, od razu powiem: darujcie sobie. Któregoś razu w przypływie radości (w końcu dostałam najnowszą Moyes, jupi!) zapytałam o darowizny, na co pani bibliotekarka zmierzyła mnie spojrzeniem, jakbym z księżyca spadła. Nie pamiętam w sumie jej odpowiedzi, ale pamiętam, że nigdy do tematu nie wracałyśmy, także wnioski nasuwają się same.

Wstępując za to do księgarni musimy liczyć się z faktem, że po opuszczeniu jej progów przez kolejny miesiąc będziemy żywić się chlebem z pasztetową, albo w wersji studenckiej- zupką chińską. Ale w sumie kto by się tym przejmował, i tak nie będzie czasu na jedzenie – w końcu mamy książki!

Powiedziałabym, że biblioteka bardziej sprzyja zdrowiu, bo przecież trzeba się do niej wybrać, podjechać, przespacerować czy co tam jeszcze. Co jednak, gdy nie ma co czytać, a na dworze deszcz, zawierucha, albo – nie daj Bóg - weekend właśnie się zaczął i choćbyśmy nie wiem jak dobijali się do drzwi, nikt nie otworzy? Pozostanie czekać, czekać, czekać… A chyba każdy bibliofil wie, jak puste i bolesne są wieczory bez książki. Do księgarni co prawda też trzeba iść, ALE… 

Od czego są e-booki? Siadasz choćby w rozciągniętym dresie, z kołtunem na głowie, po czym… po prostu czytasz, nie przejmując się aurą panującą na dworze! Niestety, w tej kwestii mam niewielkie doświadczenie, bo po przeczytaniu jednego e-booka odczuwałam pewnego rodzaju tęsknotę za specyficznym zapachem papieru i miałam wrażenie, że moje oczy potrzebują tygodniowej kuracji w SPA, ale wiem, że wiele Czytelników nie wyobraża sobie życia bez czytników e-booków. 

Idąc jednak dalej: od czego są księgarnie internetowe? W dzisiejszych czasach jest ich tyle, że pewnie całe dnie zajęłoby Nam ich wymienianie. Tak, trzeba zapłacić, ale z racji dużej konkurencji ceny książek nazwałabym wręcz śmiesznymi. Poza tym dokonując zakupu przez Internet mamy szerszy wybór książek, a na pewno nowości, które dopiero co weszły na rynek, czego niestety w bibliotekach mi brakuje. Tam nie dość że trzeba długo czekać na „nowsze” pozycje, to jeszcze czasem ustawia się do nich taka kolejka, że pewnie gdyby czekać, to dopiero byśmy czytali „50 twarzy Greya”… No ale cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Absolutnie nie narzekam, bo i Lognesbo, i Moyes w mojej bibliotece bez problemu dostanę, i najważniejsze - wiem, że nie przyjdzie mi zapłacić za zamówienie jednorazowo trzykrotności mojej miesięcznej pensji. 

Inna sprawa, że wypożyczone książki są po prostu wypożyczone, zatem zaginanie rogów na znak że „tu skończyłam”, zaznaczanie ważnych cytatów i pożyczanie nie wchodzi w grę. Udało mi się ostatnio dostać coś bardzo popularnego, na co odwiedzająca mnie znajoma zareagowała podnieceniem:

- Pożycz!
- Nie da rady, to z biblioteki.
- To może tę?
- To też wypożyczone…
- No dobra, to powiedz, które są twoje.
- Yyyy… właściwie to żadne...

Słabe, prawda? Niestety, minusem korzystania z biblioteki jest fakt, że nie masz nic na własność. Twoja prywatna biblioteczka wciąż będzie świecić pustkami, o spontanicznym powrocie do ulubionej pozycji nie ma nawet mowy. Przyznaję, kiedy widzę choćby w Internecie biblioteczki innych (pełne regały, mnóstwo nowości, bujany fotel wyściełany mega wygodnymi poduchami) – ogarnia mnie pewnego rodzaju podziw dla tychże osób i może nawet odrobinę zazdrość... 

Kompletnie nie mogę się zdecydować w przypadku książek dla dzieci. Z jednej strony dzieci tak szybko zmieniają upodobania (wczoraj pszczółka Maja wiodła prym, dziś już słyszę, że to książka „dla dzidziusiów”, teraz na topie jest Masza!), że gdybym miała kupować książki dla dzieci, pewnie bym poszła już dawno z torbami. Z drugiej jednak strony wypożyczanie książek dla dzieci (szczególnie z nowości) wiąże się z ryzykiem, że nasz aniołek wpadnie na pomysł, by tu coś podrzeć, tu narysować, tu rozmazać świeżą malinkę (niech sobie Kubuś Puchatek w książeczce też zje, a co!) i wówczas nasza dalsza współpraca z biblioteką może już nie układać się tak kolorowo. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że czasem za dnia czuję się jak chodzący czytnik, bo moje dzieci wprost uwielbiają, gdy czytam im książki, pokładam nadzieje w bibliotekach, które bardzo wyrozumiale zwiększyły limity wypożyczeń dla swoich najmłodszych czytelników. W ten oto sposób mój regał w salonie przypomina nieco filię dla najmłodszych…

Można by tak pewno rozważać w nieskończoność, czy biblioteka jest lepszym rozwiązaniem niż własna biblioteczka. Biblioteka urzeka klimatem, darmową rozrywką, zaś zakup książek w księgarni internetowej jest z pewnością łatwiejszy i szybszy. Osobiście wciąż jestem  zwolennikiem tej pierwszej opcji, aczkolwiek nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: co jest lepsze?, bowiem dla każdego szczęście i wygoda oznacza zupełnie co innego. Jedno jest pewne: i jedno, i drugie się chwali – najważniejsza jest bowiem miłość do słowa pisanego, do książek. A to, w jaki sposób się ona przejawia, nie ma najmniejszego znaczenia!
 A jak jest w Waszym przypadku, wolicie kupować czy wypożyczać?

Izabela Jurkiewicz

4 komentarze:

  1. Ja to i dostaję, i kupuję, i wypożyczam :D Jak w bibliotece biorę np tylko 1 albo 2 książki to się pytają, czy wszystko w porzadku :D

    Bookeater Reality

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, czuję tu prawdziwego bibliofila...:)

      Usuń
  2. u nas w mieście limit jest 4 książek w jednej filii, a ogólnie można ich mieć 20 na miesiąc (filie mają tą samą kartę i więcej niż 20 się nie da wypożyczyć, ale ja nie mam takich mocy przerobowych, żeby aż tyle w miesiąc przeczytać ;P)
    Był okres że wypożyczałam tylko z biblioteki, był okres (krótki), że kupowałam swoje (skończyło się miejsce na regale, przestałam kupować:P).
    chyba rok temu spontanicznie kupiłam czytnik e-booków i choć nadal lubię papierowe wydania, zaczęłam czytać e-booki bo przez legimi mam dostęp do nowości wydawniczych, na jakie długo muszę czekać w bibliotekach. więc u mnie to też różnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystko ma dwie strony. Minimum.
    Na codzień namiętnie korzystam z bibliotek, bo nie ukrywam, że lubię mieć w ręku książkę. Niektóre gorzej dostępne pozycje uzupełniam w formie e-booków (od lipca mam czytnik i go uwielbiam).
    PS Nie wiem, jak dokładnie działa to w wydawnictwach, ale podejrzewam, że wszystko sprowadza się właśnie do pieniędzy
    Ale w przypadku bibliotek jest jeden problem - książki nie są kupowane w tak dużych, przez co wydawcy mogą mieć wrażenie, że książka cieszy się mniejszą popularnością, niż to ma miejsce w rzeczywistości. Oczywiście biblioteki prowadzą statystyki, które pewnie później przekazywane są wydawcom, a już na pewno wspierani są finansowo polscy autorzy. Problem pojawia się, kiedy weźmiemy pod uwagę, ile wydawnictwo zarobi na danej książce. A przecież chodzi o pieniądze.
    Dlatego, kiedy mam okazję i pieniądze, kupuję książki, żeby zapełnić własną biblioteczkę i mieć pod tym względem czyste sumienie. Obecnie oszczędzam, bo za rok wesele, ale wiem, że trzeba wspierać to, co się lubi.

    OdpowiedzUsuń