poniedziałek, 13 sierpnia 2018

"Zjeżona" - Anna Kapczyńska



Co może oznaczać określenie „zjeżona”? Dopatrzyłam się 58 synonimów tego słowa, od „podirytowana” , przez „obrażona”, aż po „zbuntowaną”. Które z tych określeń opisuje bohaterkę najnowszej powieści Anny Kapczyńskiej o  takim właśnie tytule: „Zjeżona” (Wydawnictwa Videograf)? Otóż: żadne! Okazuje się, że „zjeżyć się” można na wiele sposobów, na przykład… zamieszkując na poznańskich Jeżycach, co udowodniła Anna Kapczyńska w najnowszej powieści o dość tajemniczym tytule... "Zjeżona"!

Trzydziestoparoletnia bohaterka o niecodziennym imieniu, Henia, z pozoru jest szczęśliwa - któż by nie chciał mieć stałej pracy, kochających rodziców, wieloletniego chłopaka? Inna sprawa, że praca nie rozwija, a polega jedynie na wpisywaniu cyferek do tabelek, rodzice traktują jak małe dziecko i wciąż każą się tłumaczyć z każdej, nawet najdrobniejszej decyzji, zaś chłopak, z którym się jest od trzynastu lat osiadł na laurach i ani myśli iść do przodu (choć w przypadku Waldusia należałoby powiedzieć, że osiadł na kanapie- tym gorzej…). Henia zdaje się być pogodzona z losem i niczego już w życiu nie oczekuje. Tylko... czy młoda, fajna dziewczyna nie ma prawa wymagać od życia czegoś więcej?

Zwykle denerwują mnie bohaterki, które – mówiąc kolokwialnie, ale dosadnie – dają sobie wchodzić na głowę. Bo o tym, że Henię wszyscy wkoło wykorzystują i tłamszą, nie ma co nawet dyskutować. Henia ma jednak w sobie coś, co sprawia, że nawet jeśli nie godzimy się z jej biernością, nie da się jej nie lubić. To pewnie dzięki jej specyficznemu, czarnemu poczuciu humoru, którym rozśmiesza niemal na każdej stronie, niezależnie od tego, jak dramatyczna sytuacja akurat ma miejsce ( a wierzcie mi, dzieje się tu całkiem sporo, zwłaszcza jak na tak mało przebojową Henię!).

Bardzo lubiliśmy wycieczki za miasto. Najbardziej jednak lubiłam wakacje, bo wtedy zdarzało nam się wyjeżdżać gdzieś razem. Wersja oficjalna dla moich katolickich rodziców: jeździliśmy z paczką przyjaciół, a jedyna paczka, która z nami jeździła, to była paczka prezerwatyw.

Nie ma szans zachować powagi, gdy dodać do tego jej szaloną, nieco ekscentryczną, ale jakże kochaną babcię Wisię, bezpośrednią Grażynkę z lokalu i wspomnianego wcześniej absztyfikanta Waldusia, co to o romantyzmie chyba w życiu nie słyszał:

Nie rozumiem tylko, jak możesz wszystko przekreślać, po tylu latach, przecież jestem wierny, uczciwy, pracowity, nie piję, nie palę,  płaciłem za ciebie czynsz, tyle mi zawdzięczasz!

No cóż, kandydat na męża jak się patrzy!

Kiedy wzięłam do ręki „Zjeżoną”, nie wiedzieć czemu wyobraziłam sobie, że czeka mnie kolejna historia o kobiecie sukcesu, nieco bezczelnej, otoczonej kordonem adoratorów i świetnych koleżanek odzianych w ciuszki od najlepszych projektantów. A może właściwie należałoby powiedzieć: „wiedzieć czemu”, w końcu obraz bohaterki wykreowany na okładce nijak ma się do bohaterki książki. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że "prawdziwa" Henia ma lekką nadwagę, nie pali, jej włosy są kręcone i co gorsza - nie do okiełznania. Tymczasem dziewczyna na okładce wydaje się wyluzowaną babką, oczywiście o żadnej nadwadze mowy nie ma, za to z pewnością w nadmiarze u niej pewności siebie. Dziwi nieco fakt doboru okładki i wprowadza w błąd na pierwszy rzut oka, ale z dwojga złego lepiej zostać zaskoczonym w tę stronę. 

Jako że nie należy oceniać książki po okładce, zostawiamy ten motyw i przechodzimy nieco głębiej. „Zjeżona” została podzielona  na dwie części opatrzone mottem oraz fotografią panoramy Poznania, w którym to cała rzecz się dzieje. Nie sposób tu nie wspomnieć o jakże sentymentalnym stosunku autorki do tego miasta. Opisy poszczególnych miejsc, których w powieści zdecydowanie nie brakuje, urzeka. Z Poznaniem w przeciwieństwie do autorki nie miałam do czynienia i nic nie wskazuje na to, bym w najbliższym czasie miała mieć, a jednak dzięki tak ciepłym, żywym bym rzekła opisom, wydaje mi się, jakbym tam była. Jakbym chodziła ramię w ramię z Henią, odwiedzała te same sklepy (zwykle monopolowe, co tu kryć!), marzła w tym samym parku wyprowadzając na spacer Piździa (tak, tak, to jego prawdziwe imię!), jadła i piła piwo w tej samej knajpie, słuchała tego samego zalotnego bluesmana w Blue Note… 

Anna Kopczyńska zaprosiła Czytelników w magiczną podróż po swoim mieście, po znajomych dzielnicach. Ja to zaproszenie przyjęłam i nie żałuję ani jednej chwili spędzonej w Poznaniu. Poznałam nie tylko tę „ładną” stronę miasta, ale również dzielnice z pozoru mniej atrakcyjne, ale mimo wszystko tworzące to miasto, czyniące je wyjątkowym i niepowtarzalnym, nadające mu specyficzny klimat, przywołujące wspomnienia. 

Dlaczego kwiaciarnia jest otwarta całą dobę? Czy ktoś kupuje kwiaty w nocy z wtorku na środę albo o trzeciej nad ranem w czwartek? Wszystko się może zdarzyć... na Jeżycach.

Poznałam również wspaniałą kobietę, która choć mało przebojowa, zachwyca. Zachwyca, gdyż jest taka jak my – niedoskonała. Miewa zawstydzające przygody, pakuje się w kłopoty, roni łzy przez faceta/przyjaciółkę/pracę, ale zachowuje przy tym jakiś dziwny spokój. Jak nas jednak bohaterka uczy (może w nieco banalny sposób, ale jednak), warto czasem postawić wszystko na jedną kartę i podjąć decyzję, która będzie dobra dla nas samych, a nie dla reszty świata, bo może się okazać, że to najlepsza decyzja, jaką do tej pory podjęliśmy! Jeśli więc ktoś z Was waha się nad lekturą "Zjeżonej",  niech odrzuci wątpliwości - "Zjeżona" to lekka, dowcipna i klimatyczna powieść o tym, że czasem warto zawalczyć o swoje!
Ocena: 10/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Videograf
Izabela Jurkiewicz


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz