wtorek, 14 sierpnia 2018

Żona ambasadora – Jennifer Steil

[źródło]
         W skrócie mogę śmiało napisać – rzetelna książka, która odrzuca podziały, pogardę dla idei, których się nie rozumie lub nie zna i balansując pomiędzy współczesnością, a przeszłością bohaterów autorka buduje relacje, które pozwalają czytelnikowi zrozumieć, co takiego popycha człowieka do gruntownych zmian w swoim życiu czy też do walecznych czynów, które łamią konwenanse. Rozpoczynając tę książkę nie spodziewałam się, że tak wiele z niej wyciągnę oraz tak wiele zrozumiem.

       Poznajemy Mirandę, Finna oraz Cressidę Fenwick. Ta cudowna rodzinka jest bardzo nietypowa. Zdecydowana większość toczy się w małym Mazruku, który zlokalizowany jest na Bliskim Wschodzie. Religią stanowiącą prawo jest islam, zdarzają się porwania czy też śmierć, poza tym ludzie żyją sobie spokojnie i na piaszczystych ziemiach kultywują swoją codzienność.  Więc cóż takiego niezwykłego w tej historii?


       Miranda jest malarką. Z wykształcenia oraz z zamiłowania. Maluje i patrzy na świat oczyma artystki. Pochodzi z Nowego Yorku, a do Mazruka ściągnęła ją Vincenta, jej kochanka, z którą wspólnie wyleciała realizować program z uczelni, na której wykładała. Poróżniło ich wszystko, miłość nie przetrwała. Do tego Miranda zakochując się w tym mieście i ludziach zgadza się działać potajemnie i uczy cztery miejscowe dziewczyny zakazanego w  muzułmańskim świecie odzwierciedlania świata za pomocą sztuki. Gdy poznaje Finna jej skromne życie stanie na głowie, a wszystko przez miłość.

       Finn jest ambasadorem Wielkiej Brytanii. Wyważony i spokojny, lubi swoją pracę i również świetnie się do niej nadaje. W życiu bywał w różnych miejscach zanim został przydzielony do Mazruka, jego znajomość języków otworzyła wiele drzwi.  Pomimo, że zbliżał się do czterdziestki pozostawał sam, bo głęboko wierzył, że warto poczekać na miłość swojego życia, niż żyć nieszczęśliwy u boku jakiejkolwiek kobiety. Również posiada swoje sekrety.  Gdy przypadkowo spotuka na mazruckim targu Mirandę jego życie nigdy już nie pozostanie takie samo. Wszystko przez miłość.

[źródło]

      Cressida jest cudownym dzieckiem ich miłości i małżeństwa. Urodzona w luksusach, otaczana bliskimi i samymi dobrymi emocjami, szczęśliwa i kochana.

      Lecz wkrótce wszystko się zmienia.  Miranda zostaje porwana. Jak poradzą sobie z tym Finn i Cressida? Czy jest to celowe porwanie czy tylko pomyłka? Jak odnajdzie się żona ambasadora w zamknięciu, oddalona od swojego maleńkiego dziecka, oczekująca na jakąkolwiek pomoc? Jak boli zdrada i jak wielka jest siła przyjaźni?

„Nagle jej serce przeszywa rozdzierający ból tęsknoty, a z piersi mimowolnie wyrywa się chrapliwy szloch. Nie sądziła, że rozłąka potrwa tak długo. Że tyle miesięcy spędzi z dala od córki. I że to przez nią Cressida przeżyje swój pierwszy życiowy dramat. Jak szybko jej własne dziecko ją zapomni?”

[źródło]
       Przyznam szczerze, że początkowo czytanie było dla mnie uciążliwe, lecz już po kilku rozdziałach historia zaangażowała mnie w zupełności. Przeplatana retrospekcja wraz z przeniesieniem do współczesności sprawia, że poznajemy bohaterów, ich historie, rozterki i lęki o wiele dokładniej, wręcz zżyłam się z opowieścią na tyle, że do samego końca zastanawiałam się, jak poradzą sobie dalej bohaterowie. Jestem wdzięczna autorce, że oddała realizm sytuacji. Że nie można podsumować tej książki frazesem „żyli długo i szczęśliwie, i wszystko im się udawało”, bo tak po prostu w życiu nie da się powiedzieć.  Właśnie to sprawiło, że książka stała się jedną z tym, którą z pewnością mogę polecić czytelnikom i znajomym.

        Wstyd przyznać, lecz nigdy nie zagłębiałam się w zrozumienie religii, jaką jest  islam. Sama nigdy nie wybierałam tematyki powiązaną z tą religią i podejrzewam, że gdybym wiedziała, że tutaj również się pojawi, pewnie nie sięgnęłabym po tę książkę. Może to niechęć albo po prostu bycie zwykłą ignorantką, nie przeczę. Dzięki autorce poszerzyłam swoje horyzonty, za co również jestem wdzięczna. Zrobiła to w taki subtelny sposób, że nie czułam się edukowana, a choć trochę pozwoliła mi otworzyć mój umysł i spróbować zrozumieć świat, w którym muzułmańskie kobiety żyją i szanują prawa swoich ojców. Nieraz tak bardzo surowe i straszne.

- Nie mogłam powiedzieć nikomu, dopóki nie miałam pewności, że się pobierzemy. Wiesz, jak to u nas wygląda. Nie mamy prawa do miłości bez małżeństwa.”

        Książka czytana do ostatniej strony zapierająca dech. Przeczytać? Nie, stanowczo nie. Tę książkę się przeżywa. I tego spodziewaj się, czytelniku, rozpoczynając tę powieść.


 Moja ocena: 10/10

Emilia Pieńko


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz