niedziela, 9 września 2018

"Najpiękniejsze Baśnie Perrault" - oprac.: Stefania Leonardi Hartley



Któż z nas nie zna bajki o Kopciuszku czy Czerwonym Kapturku? To przecież historie opowiadane z pokolenia na pokolenie i wydaje się, że nie mogą kryć przed nami żadnych tajemnic. Są jednak również historie mniej znane, takie jak „Sinobrody” czy „Wróżki”... Czy te mniej popularne historie zyskają jednak aprobatę młodszego Czytelnika i czy są w oczach dziecka równie interesujące jak słynny "Kopciuszek" czy "Kot w Butach"? I czy współczesne ilustracje trafiają w jego gust? No cóż, tego dowiemy się tylko zapraszając do wspólnej lektury nasze dzieci. Tak więc dzisiejsza recenzja  "Najpiękniejszych Baśni Perraulta” (Wydawnictwo Zielona Sowa), należących do cyklu „Opowieści ze złotą wstążką”,  to efekt współpracy duetu recenzenckiego w składzie Mama – Córka.
„Najpiękniejsze baśnie Perrault”  w opracowaniu Stefanii Leonardii Hartley to zbiór jedenastu przepięknych bajek dla dzieci w wyjątkowej oprawie graficznej, poczynając od twardej, zapewniającej długą żywotność książce oprawie, a skończywszy na ilustracjach do tychże bajek. O ile okładka wywarła wielkie wrażenie zarówno na Mamie, jak i na Córce, o tyle w przypadku ilustracji zdania były podzielone. Zacznijmy jednak od początku…

Dzieci są wzrokowcami, toteż przed przystąpieniem do lektury pozwoliłam Córce na samodzielne „zapoznanie się” z książką. Była zachwycona oprawą, bo choć książka jest pokaźnych rozmiarów, robi wrażenie i zachęca kolorami. Już przy samej okładce Córka sama wyznaczyła sobie zadanie, próbując odgadnąć, jacy bohaterowie się na niej znajdują. Jako Mama oczywiście domyślam się, że taki był zamysł takiego, a nie innego projektu oprawy – okładka świetnie sugeruje, czego możemy spodziewać się w środku. Po zapoznaniu się z ilustracjami Córka już wyrobiła sobie zdanie – przy jednych zatrzymywała się na dłużej, przy innych niekoniecznie. Rozbieżność ta wynikała zapewne z faktu, że ilustracje do poszczególnych baśni pochodziły od innych autorów. Najbardziej przypadły jej do gustu ilustracje do „Czerwonego Kapturka”, czemu zresztą wcale się nie dziwię – tu byłyśmy jednomyślne. Okazuje się, że dobrym pomysłem były ilustracje na całą stronę, które niemal „hipnotyzowały” moją pociechę. Nie były ani przesycone kolorami, dzięki czemu łatwo było dostrzec to, co dzieje się na obrazku, ani nie było tych ilustracji za dużo. W niektórych bajkach pojawiły się za to dodatkowe „ozdobniki” na stronach czy też pojedyncze elementy, mające zapewne uatrakcyjnić wizualnie książkę. Osobiście jednak uważam te ozdobniki za zbędne, wychodząc z założenia, że co za dużo, to niezdrowo.



Zajmijmy się teraz samą treścią baśni. Język, jakim posłużyła się autorka, jest dostosowany do poziomu dziecka, które interesuje przecież jedynie akcja i z wypiekami na twarzy zadaje pytanie: co było dalej? Pochwała należy się również za dobór czcionki, która starszemu dziecku ułatwiłaby samodzielną lekturę, zaś nieco młodszemu, będącemu jedynie biernym słuchaczem, nie pozwoliłaby się nudzić. Duże litery i odpowiednia ilość tekstu na stronie to przecież szybsze „uporanie się” ze stroną i możliwość przewracania stron w idealnym dla niecierpliwego słuchacza tempie. Bardzo fajnym pomysłem było wplatanie w prozę rymów, najczęściej w postaci wypowiedzi bohaterów, jak na przykład w bajce o Tomciu Paluchu:

"Schowajmy się w łóżkach córek
I zabierzmy im korony z główek!"  

 Córce bardzo się te niespodzianki podobały, Mamie zresztą też.

Jeśli zaś chodzi o treść baśni, spotkało mnie niemałe zaskoczenie przynajmniej w dwóch przypadkach. Zawsze sądziłam, że gdy książę obudził Śpiącą Królewnę, żyli długo i szczęśliwie. Tymczasem w "Najpiękniejszych Baśniach Perraulta" historia ma dość zaskakujący ciąg dalszy: Aurora rodzi dziecko, zaś zła matka księcia postanawia się go pozbyć… zjadając je! Córka od razu wyłapała ten drobny, ale jakże znaczący fakt,  zauważając: „My znamy inną wersję”. Podobnie było w przypadku Czerwonego Kapturka, gdzie Gajowy nie tylko rozpruł wilka i zaszył mu w brzuchu kamienie, ale także przywiązał do drzewa. Mogłaby być to miła odmiana, ale jak wytłumaczyć czterolatkowi sytuację, w której ktoś chce dopuścić się aktu kanibalizmu na małym dzidziusiu albo znęca się nad zwierzętami? Bajka bajką, ale dzieci bardzo zwracają na takie detale uwagę, bombardując pytaniami typu: „Dlaczego chciała zjeść dzidziusia?”, „Dlaczego przywiązał wilka do drzewa?”, „A czy wilkowi leciała krew?” (!!). 

W baśniach oprócz znanych, „obowiązkowych” bym rzekła pozycji, pojawiają się również takie, których wcześniej nie znałyśmy („Knyps z czubkiem”, „Gryzelda”). Córka ochoczo słuchała nowych historii, jednak ostatecznie stwierdziła, że i tak najbardziej podobają jej się te powszechnie znane („Kopciuszek” i „Czerwony Kapturek” wiedzie w tym przypadku prym). Jako Mama uważam, że to był strzał w dziesiątkę, by połączyć baśnie popularne z tymi mniej znanymi. Dzięki temu kupując książkę mamy pewność, że czeka nas coś więcej, niż po raz tysięczny ta sama popularna historia. Warto poszerzać dziecku horyzonty, szczególnie że wybór tytułów jest tak ogromny!


     Nazwijcie mnie przewrażliwioną, jednak jako Mama uważam, że można było niektóre baśnie dostosować do panujących realiów, ograniczając w nich elementy – bądź co bądź – przemocy. Pomijając ten jeden fakt, nadal uważam, że baśnie Perraulta to piękne, kultowe historie, które powinien znać każdy rodzic, by móc przekazać je swoim pociechom. A nawet jeśli nie zna, to w końcu od czego są książki? Zwłaszcza tak atrakcyjne jak „Najpiękniejsze Baśnie Perrault”!
         Ostatecznie ekipa recenzencka w składzie Mama – Córka, po burzliwych obradach, ocenia pozycję na mocną ósemkę!

Ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Zielona Sowa

Izabela Jurkiewicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz