"Kontakt alarmowy" – Mary H. K. Choi

[źródło]
Kiedy pewnego dnia przeglądając instagrama, zobaczyłam okładkę książki, którą dzisiaj będę recenzowała, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Opis widniejący na stronie księgarnii też był zachęcający, więc gdy tylko wpadła ona w moje ręce, przez co najmniej pół godziny zachwycałałam się jej oprawą i totalnie uzależniającym zapachem.  I chociaż na początku myślałam, że będzie to kolejna książka o nastolatkach mających kompletnie wymaiginowane problemy, posługujących się bardzo wyrafinowanym językiem, to wszystkie te odczucia ze zwiększającą się  liczbą przewróconych kartek przemijały albo przekształcały się w coś zupełnie innego. Nie znaczy to, że powieść z marszu zasługuje na najwyższą notę. W sumie znaczy to tyle, co nic. Podkreśla jedynie moją zmienność względem tej książki.
Fabuła książki napisanej przez Mary H. K. Choi rozgrywa się w jak się nie mylę w Austin między dwójką bohaterów, a mianowicie między Samem a Penny i na pierwszy rzut oka ich historia może wydawać się oczywista i przereklamowana, gdyż nic nowego w przeciętniej młodzieżówce autorka nie potrafi ukazać. Jednak, jakby to powiedział Radosław Kotarski, nic bardziej mylnego. Oczywiście pominę fakt, że moment ich poznania jest dość oklepanym schematem, w którym to główni bohaterowie poznają się przez wspólnego znajomego. W tym przypadku jest to bratanica Sama, która jest też jednocześnie współlokatorką Penelope i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pomiędzy Jude a Samem jest bodajże trzy lata różnicy. Skutki pomyłki, które noszą nazwę "małżeństwo matki chłopaka z dziadkiem Jude" ciągnie się dalej, bo to właśnie dzięki niespodziewanej wizycie bratanicy, która od dłuższego czasu naprzyksza się chłopakowi, poznał Penny – swój kontakt alarmowy. Nie numer, pod który dzwoni sie, gdy potrzebujemy pomocy. Ale opcją, możliwością, osobą czy numerem w telefonie, któremu możemy powierzyć wszystkie sekrety i żale. A który jednocześnie pozostanie tylko w formie wirtualnej. Żadnych spotkań ani rozmów. Ale przecież sekretna znajomość oparta na powierzaniu sekretów nie może się udać. Zdecydowanie za dużo słów rozpoczynającyh się na literę "s".
Pierwsze określenie, które ciśnie mi się na usta, to to, że jest inna. Ale raczej w ten pozytywny sposób, który w jakiejś części odróżnia ją od innych pozycji. Nawet nie chodzi o wygląd wizualny (okładka jest przepiękna), ale o samą treść, która nie skupia się stricte wokół relacji dwójki głównych boaterów, ale porusza też tematy współczesne i dobrze znane nie tylko w polskich, ale i zagranicznych rodzinach. Bo myślę, że pewne wyobcowanie, odrębność od społeczeństwa czy napięte stosunki matki z cóką jak najbardziej się do nich zaliczają. Jestem pewna, że to duża zasługa bohaterów, którzy nie są przeciętnymi, mainstremowymi postaciami, które najczęściej pojawiają się w dzisiejszcyh powieściach. Nie mamy tutaj pewnej siebie dziewczyny, która od zawsze wiedziała, czego chce, a osobników płci męskiej potrafiła w minutę okręcić wokół palca. Autorka w zamian wykreowałą nam postać damską, która ma pasjęl, wie, że chce ją rozwijać, ale jednocześnie jest zagubiona w życiu, zagubiona w relacjach z matką; próbuje się odciąć od wszystkiego, uważając ten zabieg za dobry pomysł; popełnia błędy, co czyni ją ludzką. Czyni ją człowiekiem i właśnie to sprawia, że są tak wyjątkowi. Oni, ponieważ równie dobrze mogłabym wcześniejszą argumentację napisać o Samie, zmieniając tylko poszczególne fakty z jego życiorysu. Z całą odpowiedzialnością pokusiłabym się o stwierdzenie, że postacie występujące w "Kontakcie alarmowym" są jednymi  z moich ulubionych bohaterów pistujących te zaszczytne miejsce razem z Theodorem Finchem z "Wszystkich jasnych miejsc". Tak naprawdę nie ma jakiegoś szczególnego wyznacznika, który kwalifikowałby w tym przypadku Sama i Penny jako postacie papierowe czy też prawdziwe. Ale kiedy czytasz o tym jak główna bohaterka tworzy listę pomysłów, jak mogłaby zareagować w danej sytuacji albo z jaką pasją opowiada o swoim hobby czy też jak przeżywa sytuacje kryzysowe, a szczególnie te, których skutkiem jest natychmiastowe wyparcie, po prostu wiesz.
"— Tylko nie wymyślaj aplikacji, która wymyśliła aplikację — pisnęła Penny. — Sytuacja na rynku pracy jest na tyle zła, że nie ma co zabierać robotom pracy dla robotów."
Fabuła książki i jej akcja trochę przypomina mi schemat tej w dramacie. Zarysowanie akcji mamy, rozwinięcie jej tym bardziej, punkt kulminacyjny jak najbardziej jest i zakończenie jako rozwiązanie akcji też występuje, ale jednak myślę, że całość mogłaby być krótsza, ponieważ momentami ciężko się ją czytało, nie potrafiłam się w nią wkręcić. I gdzieś może dopiero od trzysetnej strony, w momencie mojego wcześniej wspomnianego "punktu kulminacyjnego" poczułam, że w pewnym sensie utożsamiam się z tą historią i nie żałuję, że jednak dotrwałam do tego momentu. Nie było to też takie trudno, jedna trzecia część książki to esemesy, ale nie jest to wcale wada, raczej zaleta. Bo sposób, w który autorka przedstawiła relację Sama i Penny opierającą się na wymienianiu wiadomości jest naprawdę godny pochwały. Zwraca  tym uwagę na problem współczesnej młodzieży w komunikowaniu się twarzą w twarz, przedstawia złożoność relacji międzyludzkich, która została zapoczątkowana w dość niekonwencjonalny, jeśli chodzi o dawniejsze czasy. Intymność tej więzi, tajemniczość, a także pewna doza bezpieczeństwa wiążąca się z tym, że są to esemesy, a nie rozmowy, powoduje, że nie tylko bohaterowie się otwierają się, ale i my jako czytelniczy zaczynamy bardziej rozumieć tę znajomość, w pewnym sensie ją doceniać i patrzeć na konkretne sprawy z zupełnie innej perspektywy.
W dodatku autorka przedstawia świat młodych takim jaki jest, bez żadnej gloryfikacji czy zbędnego podkoloryzowania. Nie boi się łamać niepisanych zasad, odzwierciedla charakter, aparycję bohaterów taka jaka się jej w głowie umarzyła, bez żadnej cenzury i to mi się w stylu autorki najbardziej podoba. Może oprócz jednego elementu, a mianowicie tego, że główna bohaterka jest pisarką, więc oprócz samej historii Penny, możemy też zagłębić się w tę, którą pisze ona sama. Jest to takie cudowne i  zarazem strasznie trudne do osiągnięcia przez pisarza, bo bądź co bądź, ale charakter dwóch tekstów, powieści i opowiadania pisanego przez Penelope, muszą być zupełnie inne, a chociaż sprawiać wrażenia innych pod względem konwencji, za co jeszcze bardziej podziwiam Mary H. K. Choi.
"— Stara — Jude znała odpowiedź — każda matka jest najbardziej wkurzająca we wszechświecie, ale większość z nich poza tymi, które się pastwią nad dziećmi, stoi po ich stronie."
Zakończenie historii może dla niektórych okazać się dość banalne. I owszem od początku wiemy jak to się skończy, ale w romansach jest to element dość przewidywalny (chociaż nie zawsze), tylko że nadal nie znamy szczegółów. A tutaj jest to dość istotne. Bo wystarczyło przekształcenie, a może raczej dodanie paru na pierwszy rzut oka zbędnych szczególików, aby przereklamowana scena stanowiąca finał powieści, stała się inna, została zupełnie inaczej odebrana przez czytelników. To się nazywa wyjątkowość, której tak często brakuje w wielu książkach.
Podsumowując, "Kontakt alarmowy" to naprawdę świetny debiut młodej i utalentowanej autorki, kóra za najwyższy punkt honoru postawiła sobie dbanie o szczegóły. A to w dzisiejszych czasach naprawdę się ceni. Powieść łączy w sobie nie tylko cechy typowej młodzieżówki, ale zwraca też uwagę na inne, równie ważne, aspekty społeczne, co jeszcze bardziej podnosi jej wartość. 

Ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Zysk i  S-ka!


Klaudia Korytkowska
Udostępnij w Google Plus

About Bloody Mary

BookParadise to portal stworzony z myślą o ludziach, którzy uwielbiają literacki świat, a także ochoczo spędzają czas grając w gry lub rozkoszują się oglądając filmy. U nas znajdziecie mnóstwo recenzji, ciekawe i kreatywne konkursy, a także wiele artykułów i ciekawostek. Portal tworzą wspaniali ludzie, którzy wkładają w swoją pracę mnóstwo pasji oraz energii.
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz