Książkowe bestsellery, których nigdy nie dokończę.

[źródło]
Od dawna wiadomo, że gusta są różne. Niektórzy pewnie twierdziliby, że o gustach się nie dyskutuje i pewnie mieliby rację, biorąc pod uwagę te wszystkie kłótnie, które powstałyby podczas tej rozmowy. Dlatego pewnie nie powinnam pisać tego posta, ale ostatnio w internetach zauważyłam popularność kontrowersyjnych tematów. Mój może nie jest do końca jednym z nich. Ale kto wie, może wywoła burzę komentarzy?
Jak sam tytuł mówi, dzisiaj nie będzie to post stricte recenzyjny, chociaż pojawią się w nim jakieś jego pierwiastki. Będzie on lżejszy, w którym nie będę mówiła, jak to mnie powieść zawiodła, rozczarowała, nudziła, jak to język był beznadziejny i takie tam. Dzisiaj będzie krócej i nie tylko o jednej książce.
Macie tak czasami, że czytacie książkę z polecenia, bo koleżanka zachwycała się nią? W moim przypadku jest tak, że, mimo rosnącego stosu hańby, zawsze zabieram się za tę polecaną. Później tonę w zaległościach, ale czemu nie? W moim mózgu pojawia się myśl, że i tak to nadrobię. W niedalekiej przyszłości po stokroć żałuję czasu spędzonego na beznadziejnej lekturze. Oczywiście po tygodniu mam totalnie wyczyszczoną pamięć i cały proces rozpoczyna się od nowa, sprawiając, że czuję się totalnie jak przegryw


Wracając do tematu – książkowe bestsellery, których nigdy nie dokończę? Trochę ich jest.

Jak film kocham, tak książki nienawidzę i wciąż dziwię się, dlaczego ludzie mogą sądzić, że książka jest zdecydowanie lepsza. Jestem na osiemdziesiątej piątej stronie i jak Boga kocham, tam nie dzieje się nic. Lara Jean jakoś nie jest wystrzałowa, tak jak odbierałam ją w filmie, a Peter pojawił się jak na razie jedyny raz. Dobrym wytłumaczeniem tej NUDY byłby zabieg rozwijania spokojnie akcji, ale ile można. Może mam zbyt wygórowane oczekiwania z uwagi, że najpierw obejrzałam film, a później zabrałam się za książkę. Ale czy to miało kiedykolwiek znaczenie, skoro w krwawej bitwie pomiędzy adaptacją a pierwowzorem, wygrywał ten drugi?

Bohaterowie są wykreowani jako tako, bez jakichś fajerwerków, adekwatnym podsumowaniem w tym przypadku byłoby słowo: znośni. Przez niemal sto stron fabuła jest opowiadana z perspektywy Lary Jean, co jest strasznie nużące, tak jak już wcześniej wspominałam, do tego książka napisana jest językiem trochę niedojrzałym – młodzieżowy to mało powiedziane.

Nie mówię, że jest ona koszmarna, nie da jej się czytać i w ogóle passé. Prawdopodobnie ze wzrostem stron akcja się rozwija, dialogi są coraz lepsze, ale początek jest zły. W ogóle nie zachęca, nie powoduje, że zabiłabym osobę, która przerwałaby mi czytanie jej w pewien chłodny, jesienny wieczór.
Najlepszy jest moment konfrontacji Petera i Lary Jean w związku z wycieknięciem listów. To, co tam się dzieje, to jest jakiś żart. On oznajmia jej, że nie ma choroby wenerycznej ani nie zjada ostatniego kawałka pizzy, na co ona skonfundowana opowiada, że ale jak, ale co, że ona? W końcu dowiaduje się, że Pete otrzymał TEN list, po czym pyta się go, czy dostał go do domu. Oczywiście Laro Jean, że nie. Przecież sama go nie zaadresowałaś. Rozmowa kończy się na tym, że nie długo po tym, jak Lara Jean zaprezentowała możliwości swojej elokwencji, zabiera mu list i postanawia olać szkołę i wrócić do domu, mając zamiar spędzić cały dzień pod kołdrą, płacząc nad swoim nieszczęsnym życiem.                                                       
  ✸✸✸✸✸✸✸

Reginę Brett chyba zna już każdy. Popularna jest między innymi dzięki poradnikom, które napisała, wplatając w swoje teksty elementy wiary. Na pewno ateistom się nie spodoba. I w sumie w tym przypadku szkoda, że i ja nie jestem. Wtedy mogłabym bezceremonialnie obok okładki napisać, że ta książka obraża i zaburza krzywizny mojego światopoglądu, stawiając na końcu zdania chamską kropkę. 
Aczkolwiek dla mnie jako wierzącej, powinno być zaskakującym aspektem, że ktoś w ogóle w literaturze porusza temat Boga. I owszem muszę się zgodzić, że po części tak było, ale w dużej mierze ta książka naszpikowana jest cytatami, uchodzącymi za myśli przewodnie naszego życia, które później zostały rozwinięte, ale nie w satysfakcjonujący mnie sposób. Przeczytałam jeden rozdział. Nauka, która z niego płynęła, utkwiła mi w głowie na góra pięć minut, po czym postanowiła opuścić to miejsce z uwagi na brak jakiegokolwiek sensu poza fajnym cytatem. Moim zdaniem lekcji, które zostały zamieszczone w książce jest zdecydowanie za dużo, jeśli chciałoby się je traktować poważnie i naprawdę coś wynieść z tej lektury. Poważnie. Jaki człowiek zapamięta pięćdziesiąt nauk w tydzień, czytając je po jednym razie?


✸✸✸✸✸✸

Nawet nie wiecie, jak się czuje, pisząc to, jednocześnie patrząc  na okładkę Srebrnego Łabędzia". Tyle słów kłębi mi się na języku, próbując się wydostać i zostać przeniesione na papier. Ale żadne z nich nie jest w stanie opisać tę powieść. Ta książka to jeden wielki paradoks, który łączy w sobie takie przemyślenia bohaterki, za które człowiek zostałby nazwany przez zdroworozsądkowych ludzi wariatem. Głównym tematem książki jest jakaś banda nastolatków, którzy pałętają się po szkole jak jej królowie, będąc postrachem dla wszystkich uczniów. Jednak nie to jest najbardziej absurdalne. Jedną z najlepszych scen w tej książce jest moment porwania dziewczyny (za nic nie pamiętam, jak się nazywała główna bohaterka), która nie tylko wzbudza ciągle we mnie obrzydzenie, ale także została opisana w sprzeczny i totalnie bezsensowny sposób. Gang idiotów zastrasza kobietę w ciemnym lesie, mówi obrzydliwe rzeczy, a najbardziej uczestniczy w tym ich przywódca, który notabene jest kochankiem Mary Sue. Co więcej, najzabawniejsze jest to, że kilkanaście stron po tym, jak Bishop prawie ja zgwałcił, chociaż pewnie byłoby to przedstawione, że niby ona później zaczęła tego chcieć, idzie z nim do łóżka, bo, uwaga, jest między nimi chemia. To nic, że jednoznacznie facet ma problem.
Dosłownie nic się nie klei. Tajemnica, która została wykreowana przez autorkę, jest strasznie naciągana, a wiele elementów posiada luki, które da się z łatwością wyłapać.
Pomysł na historię jest dość interesujący, ale ja głównych bohaterów widziałbym jako eleganckich ludzi pochodzących z wyższych sfer, którzy na karku mają ponad trzydziestkę. Wyobrażam sobie tych wszystkich pokręconych na umyśle przystojniaków jako dojrzałych mężczyzn w czarnych garniturach. Jestem pewna, że ten element niewątpliwie poprawiłby mój odbiór. Myślę, że już starczy mi aroganckich nastolatków, którzy zachowują się gorzej niż ja.

✸✸✸✸✸✸✸

Kiedy pierwszy raz spotkałam się z powieścią K. N. Haner, nie mogłam uwierzyć, jak słabo została napisana ta książka, mimo że jest ona własnością jakiejś zagranicznej pisarki. Dopiero później błądząc w czeluściach internetu, przekonałam się, że przez kilka miesięcy żyłam w błędzie. Pamiętam, że był to moment, w którym po raz pierwszy poczułam się jak Sherlock, niesamowicie z siebie dumna.
Dlaczego w tej mini liście znalazł się „Koszmar Morfeusza” polskiej autorki, która ma wielu zwolenników? W następnym zdaniu będzie chyba zawarta kwintesencja moich myśli o książce. Jest to najbardziej schematyczna, absurdalna książka, jaką czytałam w swoim życiu.. Kiedy wieczorami próbowałam ją czytać, byłam bardziej zainteresowana powstarzaniem chemii nieorganicznej niż wyżej wspomnianą lekturą. A to jest już duży wyczyn. Oklepana bohaterka, która jest sprzeczna nawet ze swoją naturą. W jej przypadku, kiedy wypowiada krótkie „nie”, znaczy to przeciwnie co innego. Chociaż może jest to zarzut to Adama, który jest rekordzistą w ściąganiu kobiecej bielizny na czas. Bo uwaga, Cassandra, pierwszy raz widząc jego twarz, była nim tak oczarowana, że mimo wewnętrznego przekonania o swojej sile, niedostępności, ściąga majtki na pierwszym, góra drugim spotkaniu. Nie pamiętam i nie chce pamiętać. Ale ona nie jest łatwa. Zrozumcie to!
Przez większość czasu podczas czytania „Koszmarów Morfeusza” śmiałam się z ułomności bohaterów, ale i też fabuły, która okazała się tak oczywista i tak bardzo nierealna, że wybaczcie, ale ja nie chcę nigdy więcej widzieć tej okładki. Dalczego? Ponieważ bohaterka po napotkaniu pierwszego lepszego kolesia, zgadza się iść z nim do klubu dla par, nie patrząc w ogóle na konsekwencje, na nic, pal licho gwałty, kradzieże, porwanie, nic. Silna, wiedząca, czego chce kobieta, da sobie radę. Po czymś takim naprawdę żałuję czasu, który spędziłam nad tą książką. Później okazuje się, że ten facet ma raka – czy jakąś inną groźną chorobę, ale podejrzewam, że rak, w końcu to typowe, oni się zaprzyjaźniają, a kiedy Cass dowiaduje się o jego przypadłości, jest gotowa oddać rękę, żeby tylko żył. Znam gościa od pięciu dni. Kocham go. Jest dla mnie jak brat.

✸✸✸✸✸✸✸

Kolejna polska autorka, która swoim debiutem podbiła miliony serc czytelniczek w Polsce. Jedno trzeba przyznać, że ludzie od marketingu wykonali dobrą robotę, bo o książce było słychać. No może nie z powodów, dla których książka powinna być sławna, ale zawsze to coś. A krótki slogan zachęcający do przeczytania powieści był jednym z nich. Ojca chrzestnego uwielbiam, klasyk klasyków, ale nie rozumiem, jak można porównywać fantastyczny film z nijaką, totalnie przesadzoną książkę, a taka właśnie jest powieść erotyczna Blanki Lipińskiej, która koło Grey'a to nawet nie leżała. Bądźmy szczerzy, twór E.L. James jeszcze się jakoś czytało, czasami z przymrużeniem oka, czasami z zażenowaniem wymalowanym na twarzy, ale można było się przy tym chociaż pośmiać. A 365 dni" ? Główna bohaterka to lustrzane odbicie Cassandry. Facetowi, który ją porwał i siłą przetrzymuje, odpłaca sypianiem z nim. Z facetem, dla którego „nie” znaczy co innego i uważa, że jeśli dobrze wygląda, to wolno mu wszystko. 
Ja po prostu nie wierzę, że popularyzowanie gwałtów może się komuś spodobać w czasach, w których gwałt postrzegany jest jako wina kobiety.
Oczywiście Laura zakochuje się w przywództwie jednej z włoskich mafii (przecież to żaden spoiler – to aż nadto oczywiste). W ogóle nie przeszkadza jej fakt, że na jej oczach kochanek morduje ludzi. Ten erotyk ma w sobie chyba więcej elementów z innego gatunku literackiego – baśni.
✸✸✸✸✸✸✸

Powieści Vi Keeland mogłabym powiedzieć, że lubię. Nie dostaję jakiegoś szału macicy, gdy widzę, że wcześniej wspomniana autorka wydała coś nowego, ale zazwyczaj z lekturami Vi spędzam miło czas. Natomiast jej jeden z nowszych erotyków „Show” zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Pomysł na powieść całkiem interesujący, ale wykorzystanie tego zamysłu wyszło na bardzo niskim poziomie, żeby nie powiedzieć, że w ogóle nie wyszło. Typowy bad boy, tylko w dorosłym wydaniu, i dziewczyna – nieudolnie balansująca pomiędzy sierotką Marysią a po prostu panną lekkich obyczajów.

Chyba mam już dosyć takich opowieści, w których bohaterowie są ciągle tacy sami, a zmienia się jedynie otoczenie, tło wydarzeń. Bo jak w dzisiejszych czasach tworzy się erotyk? Przystojny dupek, dziewczyna (albo Mary Sue albo coś pomiędzy) i jakieś wymyślne, najlepiej kontrowersyjne miejsce, gdzie wszystkie dramy będą się rozgrywać. Właśnie w moim odczuciu tak został stworzony „Show” Vi Keeland – książka, której nigdy nie dokończę, bo pierwsze trzydzieści stron mnie nie porwały, a w moim czytelniczym świecie istnieje zasada, że jeśli na początku mnie ona nie zainteresuje, to szkoda tracić na nią czasu, bo zapewne lepsza już nie będzie.

A jak wy postrzegacie powyższe książki? 


Pamiętajcie, że to tylko moja opinia, innym ludziom te książki mogą się spodobać. Tak jak już wcześniej wspominałam, różni ludzie – różne gusta.

Klaudia Korytkowska
Udostępnij w Google Plus

About Bloody Mary

BookParadise to portal stworzony z myślą o ludziach, którzy uwielbiają literacki świat, a także ochoczo spędzają czas grając w gry lub rozkoszują się oglądając filmy. U nas znajdziecie mnóstwo recenzji, ciekawe i kreatywne konkursy, a także wiele artykułów i ciekawostek. Portal tworzą wspaniali ludzie, którzy wkładają w swoją pracę mnóstwo pasji oraz energii.
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

2 komentarze:

  1. O gustach się właśnie DYSKUTUJE! Gdybyśmy tego nie robili to... cała ludzkość by milczała. :D Tylko właśnie - dyskutuje, nie kłóci i dlatego warto mieć pod ręką kilka tekstów, które kłócącemu się zamkną usta (coś pokroju "ej, ale to moja OPINIA o dziele kultury. Masz inną i też jest dobra"). Tylko wiadomo, w internecie nie ma się po co kłócić. :P
    A powyższych nigdy nie czytałam, co najwyżej o nich słyszałam. Czasem mnie kusi ta Blanka Lipińska, by poznać i wiedzieć, jak zły to tytuł, ale... czy mi się chce? Mam tyle innych rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie tak samo, większość złych książek było przeczytanych z ciekawości czy naprawdę jest to aż tak złe. W dużej mierze było 😂

      Usuń