"Tusz" – Alice Broadway

[źródło]
W książkowym świecie panuje popularne motto, aby nie oceniać po okładkach. Wszechświat widział już wiele przykładów książek, które mimo infantylnych i niemających nic wspólnego z przekazywaną treścią oprawy, wybijały się na ich tle swoją niebanalną i uniwersalną na przestrzeni wieków historią. Tych powieści, z którymi jest całkiem odwrotnie niż w wymienionym przeze mnie powyższym przykładzie, jest znacznie mniej, ale to nie znaczy, które występują są mniej bolesne jako dla mnie zaabsorbowanego mola książkowego. I właśnie jednym z przykładów, które potwierdzają moje twierdzenie jest debiutancka powieść Alice Broadway, a mianowicie "Tusz", która jak na razie jest jednym z największych rozczarowań roku.
Powieść porusza w sobie temat śmierci, winy, odkupienia swoich grzechów, jednak jest to przedstawione w trochę inny sposób, bardziej unikalny, ponieważ człowiek po śmierci jest skórowany, aby po procesie ważenia dusz jako księga z tatuażami przedstawiającymi jego żywot,  dołącza do innych przodków w rodzinnym domu. I mniej więcej wokół tego tematu kręciła się cała fabuła "Tuszu".  Leora – dziewczyna żyjąca w małym miasteczku należącym do naznaczonych, ludzi pokrywającymi swoje ciało tatuażami przedstawiające ich różne momenty z życia (i te dobre i te złe) – niedawno straciła swojego ukochanego ojca. Teraz musi borykać się z pewnymi wydarzeniami z przeszłości, które zostały przywołane przez pamięć, dzięki publicznej egzekucji zapomnienia, czyli naznaczenia krukiem, co ogólnie mówiąc, znaczyło tyle, że jego księga skóry zostanie spalona i zapomniana na zawsze. Wspomnienia wracają, a księga skór pana Flinta została ponownie zabrana do weryfikacji. Czy spośród kłamstw Leora będzie w stanie wyłowić prawdę? I czy ktoś może zostać zapomniany, jeśli co rusz jest wspominany w bajkach i baśniach?
Gdy zaczynałam ją czytać, byłam w pełni nastawiona na dobre fantasy – nie jakieś wybitne, ale takie, które w jakiś sposób zapamiętam – szczególnie sądząc przepięknej okładce. Teraz już wiem, że piękno jest złudne i naprawdę nie powinniśmy się nim kierować przy wybieraniu następnej książki do czytania. Powiem wprost. Kompletnie się rozczarowałam. Nie pod względem stylu autorki, przynajmniej nie do końca, ale samej fabuły i sposobu prowadzenia akcji. Wszystko się ciągnie jak flaki z olejem, a na finałowe zakończenie książki czeka się jak na zbawienie, które nie było tak spektakularne, jak mogłam się spodziewać. Zwroty akcji, które tutaj świetnie by pasowały, w końcu mamy wątek zaginionej księgi. Nowatorskie pomysły na plan kradzieży elementu obciążającego ojca Leory, zwrócenie się o pomoc do społeczności nienaznaczonych, może nawet wyruszenie tam w podróż. Tak bardzo liczyłam, że poznam bliżej hostorię wygnanych, ich wersję wydarzeń, spojrzenie na świat, że chyba właśnie zbyt wielkie oczekiwania mnie zgubiły. 
Opowieści są naszą przeszłością. Dzięki przeszłości będziemy żyć teraźniejszością.
Można by myśleć, że jeden dobrze rozbudowany wątek wystarczy. I owszem, czemu nie? Ale w tym przypadku się to nie sprawdziło. Ciągłe tłuczenie tematu zaginionej księgi i procesu było po prostu nudne. A wprowadzenie nowych postaci czy też na pozór interesujących scen nie poprawiały mojego odczucia. Głównym problemem tej książki jest brak pomysłu, ale pomysłu na dalszą część jej. Nie zarys, główny motyw, ale na dopracowanie i upiększenie jej do tego stopnia, że byłaby dziełem godnym polecenia. Bo to już wszystko było. Zagubiona dziewczyna w świecie, która po pewnym czasie odkrywa, że jest kimś wyjątkowym, stara się odróżnić prawdę od kompletnej fikcji i chronić swoim bliskich. Najwyraźniej autorka wykreowała kolejną Katniss. Albo Trice, przecież to jedno i to samo. 
Stara baśń, którą straszy się nieposłuszne dzieci, jest w rzeczywistości marną przeróbką "Śpiącej królewny" i "Balladyny". Nie mam pojęcia czy taki był początkowy zamysł czy po prostu tak wyszło w praniu. Nie jest to bardzo istotne. Istotne jest to, że podobieństwo widać i jeśli tak miało być, to nie jestem do tego zbytnio przekonana i uważam to za bezsens, który nie powinien był mieć miejsca. 
Zmarnowany potencjał — tak w dwóch słowach określiłabym powieść Alice Broadway, która mimo ciekawego pomysłu podzielenia społeczeństwa na dwie grupy: naznaczonych i nienaznaczonych, wyszła nijaka. Szczerze? Nie dziwiłabym się za bardzo, skoro autorka, zamiast skupiać się na fabule, dopracowaniu dialogów, bohaterów zaszczyca nas stronicowym opisem przyrządzania herbaty (albo kawy), która pełni rolę subtelnego wypełniacza kartek. 
Próbuję spojrzeć w przyszłość i zobaczyć w niej nadzieję i światło, ale nic tam nie ma. Przyszłość jest przeklęta. Pusta.
Nie polecam i to chyba moja pierwsza wprost powiedziana negatywna opinia, ale uważam, że po co tracić czas na niezbyt dobre książki, żeby nie powiedzieć beznadziejne. Wystarczy, że ja musiałam się męczyć, czekając na niemożliwy powrót Białej Czarownicy i wszczęcie przez nią rebelii jak w powieściach Suzanne Collins. A to by było coś! Aczkolwiek nadzieje czytelnika są złudne. 

Ocena: 5/10


Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Czwarta strona!


Klaudia Korytkowska
Udostępnij w Google Plus

About Bloody Mary

BookParadise to portal stworzony z myślą o ludziach, którzy uwielbiają literacki świat, a także ochoczo spędzają czas grając w gry lub rozkoszują się oglądając filmy. U nas znajdziecie mnóstwo recenzji, ciekawe i kreatywne konkursy, a także wiele artykułów i ciekawostek. Portal tworzą wspaniali ludzie, którzy wkładają w swoją pracę mnóstwo pasji oraz energii.
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz