"Dom cioci Lusi" - Krzysztof Stręcioch


Oto dom cioci Lusi. Ot, zwyczajny domek w lesie, pośród drzew. Ciocia Lusia pewnie codziennie rano słucha śpiewu ptaków, jej dzieci grają na dworze w piłkę, a może nawet chodzą razem na jagody?  Zaraz, zaraz… Ale czemu te drzewa uginają się w tak dziwny sposób, nabierają ciemnej barwy, a tu w rogu skryły się jakieś palce, których właściciel zdaje się bacznie obserwować dom cioci Lusi? Dom cioci Lusi zaczyna budzić we mnie niepokój. Co tak naprawdę się w nim znajduje i o czym tak naprawdę jest książka o znaczącym tytule: „Dom cioci Lusi”?
Moje przeczucia okazują się słuszne – dom cioci Lusi nie jest zwyczajnym domem, a książka nie jest kolejną czytanką pełną beztroski i barwnych ilustracji. To budząca smutek i grozę historia małej Żydówki w czasach drugiej wojny światowej. Historia o tym, jak w 1939 roku zawala się i zmienia dziecięcy świat. 
Nie ma chyba dorosłego, który nie znałby historii drugiej wojny światowej i ówczesnej sytuacji Żydów. Wiemy, jak zła i wyniszczająca była wojna, znamy i doczuwamy po dziś dzień jej skutki. Co jednak z młodszym pokoleniem? Jak tłumaczyć dzieciom pojęcie wojny i jak opowiadać historię, by zostać zrozumianym, a jednocześnie nie obciążać dziecięcej psychiki traumą wydarzeń z nią związanych? 
Krzysztof Stręcioch zaproponował najlepsze rozwiązanie: uczynił bohaterką małą, niczego nieświadomą dziewczynkę. Nadał jej wiele imion: Wandzia, Zosia, Basia, zgodnie z jej historią. Bardzo sprytne i zarazem słuszne posunięcie – w ten sposób może dawać do zrozumienia, że takich dzieci jak Wandzia były tysiące, i choć każde z nich było inne, wszystkie połączył ten sam los: wojna.

Na pierwszych stronicach Wandzia opowiada o sobie, o swojej rodzinie, życiu, jakie wiedzie. Zostaje ukazana jako zwyczajna, przeciętna dziewczynka, bo taką w istocie jest! 

Następnie pojawia się getto oraz ucieczka z drogi ku pewnej śmierci, do Auschwitz, choć oczywiście autor nie podaje tej informacji wprost. Chwała, że zachowuje pewien rodzaj niedopowiedzenia:

Co jakiś czas wywożono z getta grupę mieszkańców. Jechali stłoczeni w wagonach towarowych. Nikt nigdy nie wrócił.

A potem pojawia się dom cioci Lusi. Dom pośród cieni drzew, pełen dzieci bez rodziców, samotnych i złowieszczych nocy, ale zarazem namiastka szczęśliwego, normalnego dzieciństwa, pewnej normalności w tych dziwnych czasach. I gdy wydaje się, że dom cioci Lusi stał się nowym domem, wojna nie daje o sobie zapomnieć i dopada dzieci nawet tutaj, skazując je na kolejną ucieczkę…

Po pierwszej lekturze tej nadzwyczaj krótkiej historii byłam przerażona: książka dla dzieci o wojnie? Gdy dodać do tego pełne szarości, stylizowane na lata 50 XX wieku ilustracje (trudno byłoby o pełne radości i kolorów obrazki w książce o wojnie…), a nawet same stronice przypominające do złudzenia sepię, byłam przekonana, że jest to zbyt mocna lektura dla dziecka, które może mieć problem ze zrozumieniem tak wielu treści (choć zamkniętych przecież na tak niewielu, bo 32 stronicach!): tu spokojne życie, tu getto, nowa rodzina, ucieczka, kolejna nowa rodzina… Autor nie ucieka od słów: nienawiść, głód, smutek, straszne kary, strach, co dla dziecka może być taką nowością podczas lektury, że o te właśnie pojęcia zacznie pytać w pierwszej kolejności.

Z drugiej jednak strony zdałam sobie sprawę, że historia małej dziewczynki może być świetnym źródłem wyjścia dla wprowadzenia w tematykę wojenną. Dzieci nie zrozumieją pojęć: walka o władzę, holocaust, eksterminacja, więc nie ma sensu ich tymi informacjami karmić. Dzieci za to doskonale znają dziecięce zabawy, tęsknotę za rodzicem, gdy nie ma go w pobliżu, lubią słodycze i zwierzęta – zupełnie jak bohaterka! Największą zaletą tej książki jest właśnie ukazanie tragicznych wydarzeń w sposób zrozumiały dla dziecka, nie obarczając go przy tym nadmierną, szokującą wiedzą, jednocześnie wzbudzając w dziecku empatię.

„Dom cioci Lusi” i we mnie zresztą wzbudził wiele emocji: od szoku, poprzez smutek, aż do wzruszenia. Ponieważ moje dziecko jest zbyt małe, bym mogła mu tę historię przeczytać, zastanawiałam się, jak zareagowałaby na nią moja sześcioletnia siostrzenica (książkę tę bowiem określono jak odpowiednią dla dzieci powyżej pięciu lat). Zdaję sobie sprawę, że dzieci są różne i to, że jedne książka może wystraszyć treścią, innych nie musi, jednak w moim przypadku „Dom cioci Lusi” będzie musiał jeszcze kilka lat poczekać na najwyższej półce w biblioteczce, nim ujrzy światło dzienne. Autor starał się co prawda w sposób delikatny i przyjazny dzieciom nakreślić historię, jednak co wrażliwsze dzieci mogłyby sobie z tą historią i pewnymi pojęciami nie poradzić…

Dobrze, że powstają książki takie jak "Dom cioci Lusi". Wielki ukłon dla autora, że podjął się tak trudnej roli – roli nauczyciela naszej historii. Ważne jest, by dzieci stopniowo poznawały historię z czasów drugiej wojny światowej i oswajały się z przeszłością, oczywiście w sposób adekwatny do swojego wieku.


Ocena: 9/10
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Adamada
Izabela Jurkiewicz

Udostępnij w Google Plus

About izabelajurkiewicz

BookParadise to portal stworzony z myślą o ludziach, którzy uwielbiają literacki świat, a także ochoczo spędzają czas grając w gry lub rozkoszują się oglądając filmy. U nas znajdziecie mnóstwo recenzji, ciekawe i kreatywne konkursy, a także wiele artykułów i ciekawostek. Portal tworzą wspaniali ludzie, którzy wkładają w swoją pracę mnóstwo pasji oraz energii.
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

2 komentarze:

  1. Wojna, strach, cierpienie nie są piękne. Piękne mogą być jedynie uczucia ludzi, którzy to przeżyli. Pomysł na takie przedstawienie historii dzieciom budzi mój ogromny szacunek dla autorów tekstu i ilustracji. Kto jest autorem ilustracji? Bardzo wnikliwie przedstawiłaś symbolikę okładki i rysunków, które są godne dostrzeżenia. Lepiej będzie, gdy dzieci poznają historię tej dziewczynki, niż mrożące krew w żyłach sytuacje z pogranicza fantastyki i baśni braci Grimm.

    OdpowiedzUsuń
  2. Autorem ilustracji jest sam autor, Stręcioch (z zawodu grafik)- warto byłoby dodać tę informację do recenzji, dziękuję za spostrzeżenie!

    OdpowiedzUsuń