"Dzień po..." - Marek Braun

 
"Z czasem ci, którzy ocaleli, postanowili wyjść z bunkrów przeciwatomowych. Nie zastaliśmy już jednak świata, który znaliśmy."
    Wojna nuklearna jest bardzo popularnym motywem we współczesnej popkulturze. Nie bez kozery mówi się w literaturze o nurcie post apokaliptycznym. Zalicza się do niego książki z uniwersum METRO, Samotność anioła zagłady i Apokalipsa wg Pana Jana  Roberta J. Szmidta, a także popularne gry takie jak Fallout. Wymienione przeze mnie tytuły to jedynie kropla w morzu wszystkich dostępnych na rynku pozycji. Marek Braun w swojej książce „Dzień po…” starał się również wykreować swoją własną wizję post apokaliptycznego świata. Niestety w sposób dość nieudany, zarówno merytorycznie, jak i językowo. 

    Zdania powieści są krótkie. Gdyby zamiast kropki wstawić słowo „STOP”, moglibyśmy mieć wrażenie, że mamy do czynienia z telegramem. Język jest prosty, dialogi płytkie i bezosobowe. Obszernością natomiast odpowiada raczej opowiadaniu, niż osobnej powieści. Postaci są dwuwymiarowe, posiadają imię i najczęściej potrafią wszystko. Tylko niektórych wygląd został opisany, a jeszcze mniejsza liczba bohaterów posiada jakieś własne tło historyczne. Autor oparł swoją fabułę na przypadku. Każde z wydarzeń przebiega według tego samego schematu: coś się dzieje, aż tu nagle dziwnym trafem następuje zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i los uśmiecha się do bohaterów, którzy zawsze wychodzą cało z tarapatów. To męczy i jest nierealne.

"Tak jak przed wojną ludzie budowali liczące setki metrów wieżowce i ogromne miasta, by pokazać swoją wielkość, tak teraz wszyscy starali się pozostać niezauważeni ze strachu przed mutantami lub innymi ludźmi."

    Jestem miłośniczką literatury postapo, survivalu oraz broni. W żadnej z tych dziedzin nie jestem ekspertem, ale bardzo często posiłkuję się lekturą fachową bądź zaciągam rady specjalistów. Z powodu tej dość obszernej wiedzy książka „Dzień po…” nie była dla mnie przyjemna. Autorowi zdecydowanie brakuje wiedzy merytorycznej w każdym opisywanym przez siebie aspekcie. Ludzie, którzy około dwunastu lat spędzili w bunkrze, wyszli na powierzchnię. Teoretycznie chronią się przed promieniowaniem za pomocą masek gazowych, ale nie posiadają żadnych kombinezonów ochronnych i jak gdyby nigdy nic konsumują rosnące na ziemi rośliny czy piją wodę z rzeki (filtrowanie i gotowanie nie czyści z reaktywności). Jest to o tyle zaskakujące, że główny bohater zwraca uwagę na przedziwne zjawiska atmosferyczne, jak kwaśne deszcze mogące poparzyć, czy wręcz przepalić skórę, ale flora nie nosi śladów tych wydarzeń. Tak samo jak nie ma to wpływu na zdrowie ludzi, dla których świecące w nocy na zielono warzywa nie stanowią zagrożenia. Odnosi się wrażenie, że autor nawet nie posilił się o przeczytanie podstawowych zagadnień z dziedziny skażenia atomowego. 
    W powojennym świecie wszystko jest ogromne, krwiożercze i czyhające na próbującego przetrwać człowieka. Robią to również inni ludzie. Wszyscy mają szeroki dostęp do broni i, jak gdyby nigdy nic, potrafią się nią posługiwać. Nawet nastoletnie dzieci. Bohaterowie bez trudu ranią i zabijają nawet najgorsze bestie. Po raz kolejny ujawnia się tu niewiedza autora, który nie znając się na survivalu robi ze swoich postaci nowych Macgyverów. Potrafią nawet zszywać rany nitką wyprutą z koszuli! Niestety, to tak nie działa…

    Kolejną niespójność znajdujemy w aspekcie geopolitycznym. „Na pewno żyliśmy na terenie, gdzie kiedyś była Europa, niestety nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie. Może Niemcy, Anglia, a może Polska”. Nosz człowieku, przecież w dniu wybuchu wojny żyłeś w jakimś kraju i gdzieś do bunkra wszedłeś! I nagle nie wiesz gdzie jesteś? Bohaterowie w powieści przemieszczają się po niegościnnej ziemi. Posiadają samochód wojskowy, który jakimś cudem przetrwał próbę czasu: akumulator odpalił, benzyna nie zwietrzała, a impuls elektromagnetyczny (ten, który pojawia się podczas wybuchu ładunku nuklearnego) nie uszkodził elektroniki. I nagle widzą wulkan. Ogromny. Pojawił się znikąd. Nawet jeśli takowy pojawił się po eksplozjach bomb, to raczej byłby widoczny z dużej odległości. Na pełnym baku ich pojazd jest w stanie przejechać do ośmiuset kilometrów. Gdyby przebyli taką odległość to i tak dostrzegliby obiekt zdecydowanie wcześniej niż „Po paru kilometrach dostrzegliśmy wulkan. Był ogromny, wyglądał na aktywny.”

    Podsumowując, opowieść snuta przez autora jest nierealna, płytka i przewidywalna. Zabrakło wiedzy, która nadałby historii wiarygodności. Pan Marek jest nowicjuszem na rynku literackim i mam nadzieję, że moja opinia go nie zniechęci. Należałoby popracować nad warsztatem, poczytać literaturę fachową i ponowić projekt. 

Ocena 2/10

Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo Novae Res.

Anna Bąk

About Anna B

BookParadise to portal stworzony z myślą o ludziach, którzy uwielbiają literacki świat, a także ochoczo spędzają czas grając w gry lub rozkoszują się oglądając filmy. U nas znajdziecie mnóstwo recenzji, ciekawe i kreatywne konkursy, a także wiele artykułów i ciekawostek. Portal tworzą wspaniali ludzie, którzy wkładają w swoją pracę mnóstwo pasji oraz energii.
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

2 komentarze:

  1. Chyba na przekór recenzentom książka podoba się młodym ludziom do których jest skierowana, zgodnie z wpisem autora na facebooku. Brawo za odwagę napisania w odpowiedni sposób, aby dotrzeć do nie lubiących czytać młodych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  2. https://www.youtube.com/watch?v=MKBaPQ7YQpI - recenzja fall out 4
    https://www.gry-online.pl/S020.asp?ID=13209 - recenzja Far Cry New Dawn
    (doświadczeni producenci gier)

    OdpowiedzUsuń