"Czerwony szkwał" - Tomasz Hildebrandt

Źródło

   „Czerwony szkwał” to trzeci tom przygód nadkomisarza Andrzeja Bondara, vel „Bondzi” autorstwa Tomasza Hildebrandta. Dla mnie z kolei to pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz. Po przeczytaniu blurbu na okładce spodziewałam się trzymającego w napięciu kryminału, może nawet dreszczowca. Z nadzieją przewracałam kolejne kartki, tym bardziej, że akcja toczy się na Mazurach, miejscu na ziemi, które uwielbiam i kocham bardziej niż rodzinne miasto. Niestety książka bardzo mnie rozczarowała, szczególnie pod względem fabuły. Pozwolę sobie zatem wyjaśnić, dlaczego...
"Demony każdej nocy wciągały go w czarną toń, a on każdej nocy im umykał. Aż do teraz..."
   Trudno powiedzieć, o czym właściwie jest ta powieść. Z opisu na okładce wynika, że mamy do czynienia z białym szkwałem, który niweczy plany Rosjan, poszukujących czegoś na dnie jeziora Mamry. Sama wichura doprowadza również do ujawnienia innych ciał, które od lat znajdowały się na dnie. Cóż... i tak i nie. Owszem, w książce pojawia się grupa nurkujących braci ze wschodu, którzy faktycznie toną w wyniku wichury, ale to by było na tyle. Cały czas czekałam na rozwinięcie tego wątku. Było napomknięte kilkukrotnie, że „Iwany” to, czy „Iwany” tamto. Pojawia się kontrwywiad wojskowy, ale wszystko to jest jedynie tłem. Druga część blurbu też się zgadza – znajdujemy szkielet, który przeleżał na dnie jeziora ponad pięć lat. Morderstwo! Może tutaj wydarzy się coś ciekawego... I znów rozczarowanie. Odnosi się wrażenie, że wątek ten jest jakby na doczepkę. Kobieta z amnezją i morderstwo sprzed lat nijak nie pasują do wydarzeń, które dotykają głównego bohatera. 

Takich wątków jest jeszcze kilka. Koniec końców w natłoku postaci, których nie spamiętałam do samego końca, znajdujemy ten dotyczący Bondara. Bohater niczym z kina noir. Zniszczony przez życie i pracę, istny wrak człowieka pogrążony w agonii własnej duszy. Przeświadczony, że nic go dobrego już nie spotka. Uzależniony od narkotyków walczy ze światem. Nie potrafiłam przetrawić tego użalania się nad sobą, które ostatecznie pcha Andrzeja w próbę samobójczą. Żeby uwypuklić nieszczęścia tego bohatera, autor postanowił wykorzystać motyw, który nazywam „zabili go i uciekł”. Także Bondar umiera dwa razy, tylko po to by jakimś cudem powrócić do świata żywych, którego tak bardzo nienawidzi. Jestem w stanie zrozumieć taki zabieg literacki, ale nie trawię go, jeśli jest wykorzystywany w jednej książce, w stosunku do jednego bohatera więcej niż raz. Miał być suspens, a wyszło nieciekawe zawieszenie akcji. 
"Dało się wyczuć coś jeszcze, czyjś wzrok, od którego Andrzeja przeszły ciarki (...). Tak patrzy śmierć, która się zbliża."
  Dochodzimy ostatecznie do głównego śledztwa. Dopiero gdzieś w połowie książki zrozumiałam, że wpleciono wątek opisany oczami mordercy. Najczęściej jest to ostatni fragment danego rozdziału, czasem dwa takie wpisy. Nie bardzo zwracałam na to wcześniej uwagę, gdyż spodziewałam się ważnej roli Rosjan w fabule. Oczywiście nasz styrany życiem nadkomisarz, wbrew przeciwnościom losu i intrygom współpracowników, jako jedyny jest w stanie rozgryźć ten orzech. Tutaj rzeczywiście zostałam raz zaskoczona, gdyż przestępcą okazała się być nie ta osoba, którą obwiniałam. Jest to duży plus dla autora. Jest jeszcze jedna rzecz, która się panu Tomaszowi udała: stylizacja języka. Autor starał się, by każda z postaci mówiła po swojemu. Nie wszyscy mają tę cechę, ale brawo chociażby za tych, którzy otrzymali własny głos.

Ostatecznie otrzymaliśmy książkę, która potrafi człowieka bardzo zmęczyć i zawieść. Odniosłam wrażenie, ze autor miał bardzo wiele pomysłów, ale zabrakło mu części wspólnych. Zamiast spójnej historii, mamy do czynienia z kilkoma różnymi wątkami, połączonymi na siłę. Trup ściele się tu gęsto i krwawo. Znajdziemy tu wiele niewygodnych społecznie tematów: homofobię, kazirodztwo, morderstwo, sadyzm, a także nienawiść do Rosjan. Tak jakby Pan Tomasz za wszelką cenę chciał znaleźć u swojego czytelnika coś, czego ten nie toleruje i mógł połączyć się z danym bohaterem w tej nienawiści. Dwuznaczny tytuł „Czerwony (jako element rosyjski i czerwony od krwi) szkwał” okazał się być jakże jednoznacznie rozczarowujący. 
"Zło przeistacza się, zmienia formę. Niczym pasożyt infekuje kogoś innego."
Ocena 5/10

Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo wydawnictwu AKURAT.
Anna Bąk

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze:

  1. Zapowiadało się bardzo ciekawie, ale równie elegancko zdechło... Chyba się nie skuszę.

    OdpowiedzUsuń