"Naciśnij mnie" - Herve Tullet


Książek Herve Tuletta chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, cóż, może nikomu, kto tylko interesuje się książkami dla dzieci. Światowej sławy ilustrator i autor książeczek dla dzieci, jest niewątpliwie wielkim artystą, niesamowicie znającym się na dzieciach, na tym, co je rozbawi, zachęci i co pokochają bez reszty. Jeśli go nie znacie, to gorąco zachęcam do poszperania w sieci i poczytania o jego twórczości, tylko ostrzegam, że te zagłębianie się może mocno odbić się na rodzinnym budżecie. Jednak, czy warto? Czy książki, które stawiają na pogłębianie więzi między dzieckiem i rodzicami, książki zmuszające wręcz do wspólnego, aktywnego w nietypowe czynności czytania, książki wzbudzające wesołość u małych i dużych mogą być nic nie warte? Czy można wycenić czas spędzony wspólne z dzieckiem? Czas szybko upłynie, tylko wspomnienia nam pozostają. 

Pamiętam doskonale, gdy książka „Naciśnij mnie” wyszła na nasz rynek wydawniczy i marzyłam o niej dla mojego syna, uważałam, że jest fantastyczna, jednakże nikt z mego otoczenia jakoś specjalnie nie podzielał tego poglądu, a ja miałam niestety ważniejsze wydatki niż nowe książki. Temat umarł śmiercią naturalną, jednakże dziś, po tak wielu latach, nareszcie mam swój egzemplarz, który jeszcze miesiąc temu oglądałam ze swoim dużym już synem w empiku i razem się nią bawiliśmy (tak, razem, z nas to takie duże dzieci są). Posiadany przeze mnie egzemplarz czeka na moją córkę, która obecnie ma tylko 13 miesięcy, choć powoli zaczęła się nią interesować, to ciągle nie na takim poziomie, jakbym jeszcze chciała. Mamy czas.

„Naciśnij mnie” to trochę taki książkowy Frankenstein. Z jednej strony czytamy i oglądamy, z drugiej książka jest mocno aktywizująca, zmusza nas do podejmowania działań i to wcale nie wbrew naszej woli. Ach, jakże to działa na wyobraźnię, ile daje radości, takiej zwykłej, czystej i dziecięcej. Jeszcze ten dreszczyk niepewności i własne oczekiwania, co do efektów naszych działań. Super sprawa, a obrazu dopełnia całe wydanie, piękne, artystyczne i co mnie zaskoczyło, dwujęzyczne. 


Ta dwujęzyczność pozycji w bardzo subtelny sposób przemyciła nam walory edukacyjne poprzez naturalne, nienachalne poznawanie obcego języka. Polecenia sąsiadujące ze sobą w języku polskim oraz francuskim dają możliwość wzrokowego porównania, które choćby i przypadkiem może się nam zakodować. Bardzo łatwo jest dopasować znaczenie poszczególnych wyrazów, dla starszych smyków może sprawić wiele radości czytanie obu wersji, zaś dla dzieci z domów, gdzie oba języki są w użyciu, będzie to kolejna, bardzo przyjemna pomoc.


Na czym polega niezaprzeczalny fenomen tej pozycji? Nie wiem, czy da się przekazać to słowami, tę książkę trzeba poczuć, pobawić się nią. Nie chciałabym jej „przegadać”, gdy sama nie zawiera dużo tekstu. „Naciśnij mnie” jest czystą magią dla małego dziecka, dziecko nie czyta z rodzicem książki, ono bawi się i za pomocą swych czynów dokonuje z każdą stroną pewnych zaskakujących zmian. Każde polecenie daje radość, coś jak nieskończona liczba prezentów, takich małych uśmiechów. Zdecydowanie stawia na pozytywne wrażenia i choć dorosłym może zdać się niedorzeczna, to jednak ukazuje sensowne skutki naszych działań, jak gdyby to nie była książka, a np. jakaś gra na tablecie dla najmłodszych. Nie muszę chyba dodawać, że lepiej wpatrywać się z ciekawością w książkę, niźli kolejny ekran. Dodając do tego czas spędzony wspólnie z dzieckiem, otrzymujemy pozycję, której ja nie potrafię przecenić. Uwielbiam i nigdy nie oddam, będzie czekać też na moich wnuków.

Ocena 10/10

Za możliwość zapoznania się dziękuję Wydawnictwu BABARYBA


Ula Wasilewska
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz