"Setna królowa" — Emily R. King


Moim ulubionym gatunkiem, jeśli chodzi o czytelnicze preferencje, jest fantastyka. Niezależnie od tego czy dzieje się ona w czasach teraźniejszych, czy w wykreowanym przez autora świecie – często przypominający średniowieczną Europę – naprawdę lubię zagłębić się w ten świat pełen magii, a także często intryg, które niejednokrotnie stały się podwaliną całej fabuły i kreacji postaci. Jednakże nie każda książka fantasy przypada mi do gustu. W niektórych pozycjach nie wystarczy ciekawa i pędząca z dużą szybkością akcja czy dość intrygujące stwory, smoki, demony, wokół których skupia się dziewięćdziesiąt procent właśnie tej wspomnianej przeze mnie wyżej fabuły. Cenię, gdy autor postanawia wprowadzić do fabuły jakąś silną postać żeńską, o której wprost uwielbiam czytać, śledzić jej wybory, a szczególnie ich konsekwencje. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego bardziej pałam sympatią właśnie do takich pozycji. Może jest to kwestia związania z częścią moich poglądów? Nie wiem, ale jedno jest pewne, „Setna królowa”, w której główną bohaterką jest kobieta, bardzo mi się spodobała. Jednakże moje wcześniejsze stwierdzenie dotyczące bohaterów w żaden sposób nie przeczy mojemu czystemu uwielbieniu do „Szóstki wron”, w której to przecież nastoletni Kaz gra pierwsze skrzypce. Mały wyjątek potwierdzający regułę.

Debiut Emily R. King opowiada historię pełnoletniej Kalindy, która od niepamiętnych czasów należy do jednego z siostrzeństw, leżącym na terenie imperium rządzonym przez wielkiego radżę Tarka. Niepokorna, zupełnie niewpisująca się w ramy posłusznej i lękliwej, impulsywna dziewczyna obawia się tylko jednego – Powołań, podczas których każdy hojnie wspomagający siostrzeństwo może bez jakichkolwiek sprzeciwień wybrać jedną z nastoletnich kobiet na żonę albo kurtyzanę. Dlatego gdy niespodziewanie zostaje wybrana na setną żonę samego władcy imperium, jest nie tylko przerażona krwiożerczym turniejem tronowym, podczas którego musi udowodnić swoją wartość, ale także opuszczeniem dobrze znanego jej miejsca i najlepszej przyjaciółki, swojej bratniej duszy. W czasie pobytu w Turkusowym pałacu będzie musiała się nie tylko zmierzyć z niezliczoną liczbą kurtyzan, pragnących zająć jej zaszczytne miejsce. Swoim największym wrogiem będzie ona sama; ona, która zniszczy siebie prędzej czy później.

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że bardzo podoba mi się okładka, w jakiej książka została wydana. Dwudziesty pierwszy wiek to era konsumpcjonizmu, coraz częściej słyszymy, że „jemy oczami”, więc tym bardziej moje serce się cieszy, kiedy widzi tak piękną i przemyślaną oprawę. Niewątpliwie tkwi w niej drugie dno i nawiązanie do fabuły, ponieważ gdy na nią patrzę od razu w pamięci odświeża mi się pewna scena z Kalindą i Hastinem, w której to Kali musiała poddać się pewnemu rytuałowi, aby przeżyć. Na pierwszy rzut oka wydaje się ona minimalistyczna, wykonana w prosty sposób. To właśnie dzięki tym dwóm aspektom książka urzekła mnie jeszcze przed jej przeczytaniem.

Moje pierwsze wrażenie dotyczące książki, które wyklarowało się u mnie po kilkunastu stronach, było całkiem pozytywne. Byłam zachwycona fabułą, szczególnie jej oryginalnością, a także świeżością, z jaką podejmuje dany temat. Zaskoczyła mnie umiejętność autorki walki z powszechnymi schematami czy utartymi ścieżkami. Oczywiście to nie znaczy, że książka takowych nie posiadała. Wręcz przeciwnie „Setna królowa” jest w większości zbudowana na schematach. To one są jej fundamentami, które budują historię, są zarysem fabuły. Jednakże w mojej ocenie zdolności pisarza miałam na myśli nie wyzbywanie się ich, ale zręczne skupianie uwagi czytelnika na kompletnie innym wydarzeniu, przez co schematyczność już tak bardzo nie przeszkadza. Owszem, jest widoczna, i to gołym okiem, ale zdarzenia krótko po nich następujące były tak nieoczekiwane, że wcześniejsze dość negatywne uczucia względem powieści zaczęły znikać, jak za dotknięciem magicznej różdżki.

Akcja pędzi naprawdę z zawrotną szybkością, ale dopiero gdzieś w okolicach setnej strony wydarzenia rozgrywane są w Turkusowym Pałacu, w którym nie tylko mamy okazję poznać dziewięćdziesiąt dziewięć pozostałych żon Tarka, ale i zwyczaje panujące na dworze. Zasadniczo nie mam żadnych zastrzeżeń co do uporządkowania fabuły, aczkolwiek jako autor nie zmarnowałabym prawie stu stron na rozwój akcji – bo tak nazwałabym podróż Kalindy do wyżej wymienionego pałacu. Wolałabym, aby powieść miała już ten swój długi początek, ale za to była ogólnie dłuższa. Czuję naprawdę duży niedosyt, jeśli chodzi o wszystkie wydarzenia dziejące się właśnie w siedzibie radży Tarka. Byłabym bardziej przekonana do całej książki, gdyby dziewięćdziesiąt procent akcji skupiła się na intrygach i perypetiach bohaterów właśnie w pałacu. Tak jak to zrobiła autorka „Zdrajcy tronu”, do którego uniwersum „Setna królowa” jest niezwykle podobna. Sam jej klimat czy otoczenie, jakim ją są bezkresne piaski pustyni, przypominały mi moją wcześniejszą lekturę, a to nie wróżyło nic dobrego.

Nie czuję tego całego wątku romantycznego. Kompletnie mi nie podszedł i według mnie strasznie gryzie się z całą fabułą. W dzisiejszych czasach książki dla młodzieży nie mogą się obyć bez jakiegoś wątku miłosnego, ale tutaj uważam, że lepszym posunięciem byłoby rozwinąć ideę siostrzeństwa, miłości do swojej bratniej duszy, najlepszej przyjaciółki i może w tę stronę pociągnąć całą akcję. Powieść zyskałaby wtedy parę punktów za oryginalność. Dodatkowo pozostali bohaterowie też nie reprezentują się tak, jakbyśmy chcieli. Oczywiście w całej tej gromadzie postaci Kalinda jest moją ulubioną ze względów wcześniej przeze mnie wspomnianych, ale za to jeden z czarnych bohaterów moim zdaniem nie wypadł dobrze. W powieściach fantasy naprawdę cenię, kiedy „ten zły” jest dobrze wykreowany, a pisząc dobrze, mam na myśli, że jest mistrzem zła, a jego inteligencja, przenikliwość czy czysta pragmatyczność sprawiają, że patrzymy na niego z nieskrywanym podziwem. W „Setnej królowej” ta postać nie miała żadnej z tych cech, a jej poczynania były napędzane jedynie przez chorobliwą zazdrość. Nie jest to zdecydowanie przykład właściwie stworzonych bohaterów.

„Setna królowa” to jeden z lepszych debiutów tego roku, który pochłonie was od pierwszej strony i nie wypuści, dopóki go nie skończycie. Jest to niewątpliwie jedna z jej największych zalet, a świadczy o tym fakt, że przeczytałam ją w całe dwa dni. Mimo swoich wad jest warta uwagi, chociaż uważam, że jest wiele lepszych pozycji, które w podobnym klimacie opowiadają swoją historię (np. „Buntowniczka z pustyni”). Aczkolwiek jeśli już po nią sięgniecie, nie będziecie żałować.

Ocena: 6,5/10


Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo Wydawnictwu Kobiece!


Klaudia Korytkowska

About Bloody Mary

BookParadise to portal stworzony z myślą o ludziach, którzy uwielbiają literacki świat, a także ochoczo spędzają czas grając w gry lub rozkoszują się oglądając filmy. U nas znajdziecie mnóstwo recenzji, ciekawe i kreatywne konkursy, a także wiele artykułów i ciekawostek. Portal tworzą wspaniali ludzie, którzy wkładają w swoją pracę mnóstwo pasji oraz energii.
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

2 komentarze:

  1. Mam tę książkę w swoich czytelniczych planach :)
    ~Pola
    www.czytamytu.blogspot.com Zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja również lubię fantastykę, więc "Setna królowa" trafia na moją listę :) Mam nadzieję, że nie zawiodę się na niej
    Zaczytane-dziewczyny.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń