"Zła krew" - Zoje Stage


Kiedy w środę w moje ręce trafiła debiutancka powieść Zoje Stage, „Zła krew”, poczułam złość. Nie na książkę rzecz jasna, lecz na samą siebie. Tak się bowiem złożyło, że kilka dni wcześniej po raz pierwszy obejrzałam film „Musimy porozmawiać o Kevinie”, wydawałoby się tak podobny do książki, której lektura mnie czekała. Wyszłam więc z założenia, że nic nowego mnie tu nie czeka. A przynajmniej nic, co mogłoby zaskoczyć. Po raz kolejny jednak muszę oddać rację książkom, z którymi filmy nie mają najmniejszych szans. Motyw może i ten sam, ale targające mną emocje – zdecydowanie silniejsze!

Hanna wygląda jak aniołek. I na tym jej anielskość się kończy, choć z pewnością nie w oczach Tatusia, który w zachowaniu córeczki nie widzi niczego niepokojącego. Co tu dużo kryć, Aleks to typowy "niedzielny tatuś", który wiecznie pracuje, więc pewnych rzeczy albo nie dostrzega, albo nie chce dostrzegać. Tak bardzo kocha swoją lilla guman, że pewne fakty po prostu wypiera, co - tak na marginesie - czyni jego postać bardzo denerwującą... Tymczasem Hanna nie tylko nie mówi, ale i w przerażający sposób próbuje uprzykrzyć życie swojej matce, Suzette. Niestety, z czasem i to przestaje dziewczynce wystarczać, wobec czego postanawia pozbyć się matki z życia zarówno swojego, jak i Tatusia, z którym pragnie stworzyć dwuosobową rodzinę.

Tata był najprzystojniejszym mężczyzną na całym świecie. Ładnie się ubierał, w świeżutkie koszule i kolorowe krawaty, a najbardziej lubił te, które ona dla niego wybierała. Jak już dorośnie, wyjdzie za niego za mąż – taki miała plan. Wtedy mama przestanie być dla niej konkurencją.

I nie spocznie, póki celu nie osiągnie.

Brzmi niedorzecznie: siedmiolatka zachowująca się jak demon zdolny do najgorszych czynów. Autorka nieźle popłynęła. A jednak, mimo tej całej niedorzeczności, historia za sprawą świetnie przeprowadzonej narracji stała się nie tylko przerażająca, ale i wiarygodna.

Narrator, choć jest jeden i ten sam, opisuje wydarzenia z dwóch perspektyw: matki i córki. Mało tego, zna ich myśli i chętnie się nimi dzieli z Czytelnikiem. Jako pierwszą weźmy pod lupę Suzette. Wydaje się, że z całego serca stara się być dobrą matką, choć sama nie zaznała zbyt wiele matczynej miłości – często o tym zresztą wspomina. Może nawet zbyt często, jakby próbowała usprawiedliwić swoje posępne niekiedy myśli. Szczerze jej współczułam jako matce, w końcu z pewnością nie jest łatwo kochać dziecko, które nie daje nam ani grama miłości; podziwiałam za ogrom cierpliwości i każdą próbę naprawy tego, co i tak skazane było na porażkę, ale kiedy tylko Suzette zaczynała dzielić się z Czytelnikiem swoimi przemyśleniami, odnosiłam wrażenie, że jest egoistką. Koniec tej historii wzbudził we mnie wiele skrajnych emocji, jednak utwierdził niestety w przekonaniu, że miałam rację. I nie dlatego, jak bohaterka postąpiła, ale jakie myśli wyszły na jaw.

Druga ważna postać to mała Hanna. Autorka z całkiem imponującym skutkiem próbowała zajrzeć w głąb jej duszy i mrocznego umysłu, a co ważniejsze – pamiętała przy tym, że dziewczynka ma zaledwie siedem lat i pewne rzeczy widzi zupełnie inaczej niż dorośli. Myśli te jednak są tak przerażające, a czyny tak zaplanowane, że nie sposób się małej nie bać. A raczej tego, co siedzi w jej głowie… 

Czy mama mogła umrzeć od przesadnego sprzątania? Wyszorować samą siebie na śmierć? Brała dużo różnych lekarstw. A gdyby tak coś się stało z jednym z nich?

Zoje Stage stworzyła naprawdę mroczny, zapadający w pamięć thriller psychologiczny, tak trzymający w napięciu, że ciężko książkę odłożyć. Sekret tego udanego debiutu tkwi nie tyle w samej historii, lecz w sposobie jej przedstawienia, narracji, zagłębianiu się w psychikę małej bohaterki.

Osobiście jednak, targana sprzecznościami, nazwałabym „Złą krew” nie tyle thrillerem, ile dramatem psychologicznym. Owszem, historia w większej mierze przeraża, ale mnie, jako rodzica, ostatnie rozdziały chwytają jednocześnie za serce i paraliżują. Podczas lektury towarzyszyło mi tak wiele uczuć, że ciężko je wszystkie wymienić. Myślę, że żaden rodzic nie przeszedłby obojętnie obok tej lektury, zadając sobie pytanie: „A gdyby to spotkało mnie i moją rodzinę? Jak bym się zachował, jak postąpił?”. Nie znajduję odpowiedzi na te pytania, podobnie jak nie znajduję słów, by określić moje odczucia wobec książki i jej bohaterów. A może po prostu podchodzę do niej zbyt emocjonalnie? Jedno jest pewne: emocji podczas lektury z pewnością nie zabraknie!
Ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Czarna Owca
Izabela Jurkiewicz


    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze:

  1. Faktycznie, ten początek i zarys historii wydają się bardzo nieprawdopodobne i wręcz absurdalne, ale skoro twierdzisz, że całość jest taka ciekawa, to chyba sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń