"Zapiski Julietty emigrantki" - Julita Miżejewska


Decyzja zapadła. Postanowiliśmy, że wyjeżdżamy! Weronika i ja. Do Francji. Jeszcze nie wiedziałam, czy na stałe. Na jak długo. Przyszło mi do głowy, że może zrobię sobie tylko dłuższe wakacje.

Julietta wyjeżdża do Francji, do męża, w poszukiwaniu szczęścia, po czym relacjonuje w dość zabawny sposób swoje życie na emigracji, które okazuje się wcale nie tak atrakcyjne, jak by się mogło wydawać. W końcu: Francja, Paryż, romantyczne miasto… Owszem, może i tak, dobre na miesiąc miodowy i włóczenie się paryskimi uliczkami, ale czy do codziennego życia w małej mieścince, gdzie nie sposób się z nikim dogadać, nie znając języka?...

„Zapiski Julietty emigrantki” to swoisty dziennik z życia na obczyźnie. Należy do literatury obyczajowej, a forma pamiętnikowa nadaje całości niecodziennego charakteru i lekkości. Nie sposób nie dostrzec związku między nazwiskiem autorki a tytułową Juliettą. W głowie rodzi się pytanie: czy zapiski zatem są relacją z życia wziętą, zaś autorka opisuje swoje własne życie na emigracji? Wiedziona ciekawością zajrzałam na facebooka autorki i… chyba już znam odpowiedź na to pytanie. Julita mieszka we Francji, zatem wie, o czym mówi. A mówi dużo i szczerze.

To, na co warto w książce zwrócić uwagę, to zdecydowanie aspekt kulturowy. Tytułowa "Julietta" zapoznaje Czytelnika z panującymi w kraju zwyczajami, które często wydają się dla mieszkańca innego kraju abstrakcją. W swoje codzienne zapiski wplata mniej lub bardziej śmieszne anegdotki ze swoim udziałem w obcym mieście. Tak więc dowiadujemy się na przykład, że we Francji przed posiłkiem koniecznie pija się aperitif; wakacje letnie i zimowe trwają dwa razy dłużej niż u nas; między dwunastą a czternastą nie sposób zrobić zakupy w sklepie, gdyż miasto „zamiera” – jest to czas na sjestę. Przyznaję, że te fragmenty czytałam z największym zainteresowaniem – tak to już jest, że to, co obce, fascynuje, choćby nawet miało nas niemile zaskoczyć.

A propos niemiłego zaskoczenia… Miałam okazję być we Francji, gdzie ani razu nie spotkałam się z sytuacją, w której rdzenny Francuz daje mi do zrozumienia, że jest ode mnie lepszy. Tymczasem w zapiskach Julietty takie sytuacje zdarzają się niemal na porządku dziennym. Nie kwestionuję tego rzecz jasna, po prostu dzięki autorce uzmysławiam sobie coś, nad czy nigdy się nie zastanawiałam: życie w małym miasteczku nie może równać się z życiem w wielkim mieście, szczególnie gdy jest się tam tylko przejazdem. Codzienne życie na obczyźnie rządzi się zupełnie innymi prawami, co bohaterka wciąż potwierdza swoimi scenami z życia.

- Bonjour. Ca va? – przywitał się mąż.

- Bonjour. Oui, ca va – odparł sąsiad.

- Bonno fete! – Mąż chciał być grzeczny, życzył znajomemu wesołych świąt.

- Ca toi fete! – odparł Francuz.

Co znaczyło „To twoje święto”.

Francuzi nie zostali zbyt pozytywnie przedstawieni w zapiskach Julietty, co w zaistniałej sytuacji niezbyt dziwi. W jej dzienniku nie pojawia się chyba żaden pozytywny bohater tejże narodowości. Czy to właściciele domu, który bohaterka i jej rodzina wynajmuje, czy też pracodawczyni męża, Augustine, która, choć wydaje się pomocna i przychylna, próbuje na siłę zmienić nawyki Polaków i zamienić ich w typowych Francuzów, jakby było to w ogóle możliwe – wszyscy oni wydają się fałszywi i interesowni. Niejednokrotnie Julietta podkreśla:

(…) skwitowałam, że Frnacuzi zawsze są pierwsi, jeśli chodzi o imprezki i uczty w domu, a gdy naprawdę są potrzebni, to ich po prostu nie ma.

Nieznająca języka Julietta nie ma rodziny w Polsce, która by ją wspierała. Kobieta dzień w dzień musi zmagać się z macierzyństwem i obowiązkami, które mnożą się w przedziwny sposób, o pomocy z zewnątrz nawet nie myśląc. Brawo, że tak dzielnie sobie radzi na obczyźnie, a przy tym zachowuje humor, którego tak wiele w jej zapiskach. Julietta to bardzo swojska dziewczyna, taka jak większość z nas, dlatego budzi sympatię. Nie wstydzi się opowiadać o swoich niepowodzeniach i bolączkach, a tych mam wrażenie jej nie brakuje. Z jej celnymi puentami na temat mentalności ludzkiej czasem trudno się nie zgodzić:

Mogę się założyć, ze gdybym pokazała półgołe cycki albo tyłek, lajków byłoby dużo, dużo więcej. No ale to nie w moim stylu.

Ciężko jest oceniać bohaterkę książki, która jest człowiekiem z krwi i kości, jednak odcinając się od tej wiedzy z niepokojem odnoszę niekiedy wrażenie, że Julietta jako bohaterka książki wstydzi się rodzimego języka. Co prawda w sposób dość dowcipny opisuje, jak dzieci zrobiły scenę w supermarkecie, jednak nie jestem w stanie pojąć, w czym problem: bo dzieci mówiły po polsku i wszyscy się im przyglądali?... Julietta walczy o polskość dzieci i swoją, obchodząc najważniejsze święta w stylu polskim, by za chwilę ukrywać fakt, że jest Polką. Być może wynika to z presji otoczenia i życia wśród wrogo nastawionej społeczności, jednak mnie osobiście ciężko to zrozumieć. Czy we Francji, czy w Honolulu, Polak jest Polakiem i nie widzę powodu, by się tego faktu wstydzić czy go ukrywać. 


„Zapiski Julietty emigrantki” to skarbnica wiedzy na temat życia we Francji bez upiększania, co dla mnie jest największym atutem tej książki. Książka porusza problem współczesnego świata, jakim jest smutna konieczność emigracji za pieniądzem i ukazuje, jak wygląda rzeczywistość emigranta – nie zawsze jest kolorowo i nie zawsze kończy się happy endem. Nie ukrywam, „Zapiski…” nieco rozczarowują zakończeniem, chociaż kto wie, może dlatego, że możemy liczyć na ciąg dalszy?... 

Ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania dziękuję Novae Res
Izabela Jurkiewicz









    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze:

  1. Niedawno wróciłam z Francji od rodziny na emigracji i jestem bardzo ciekawa tej książki. :)
    ~Pola z www.czytamytu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń