„Diabeł urubu” – Marlon James

[źródło]

„Diabeł urubu” to powieść, która nie pozostawia czytelnika obojętnym. Można ją kochać i uważać za przykład niezwykłej literatury lub też nienawidzić z uwagi na trudny styl narracji i dosadny język. Mnie przywodziła na myśl twórczość Charlesa Bukowskiego, którą osobiście bardzo cenie. Jak zapewne już się domyślacie książka mi się spodobała, lecz nie była to lekka lektura, którą pochłonęłam od razu. Zdecydowanie to nie jest pozycja na jeden wieczór.


                Zacznijmy jednak od tego: o czym jest ta książka? Akcja rozgrywa się w małej miejscowości Gibeah. Biedna, tradycyjna ludność – tak można ogólnie opisać jej mieszkańców. Jej duchowym „przewodnikiem” jest pastor Hector Blight. Celowo ujęłam słowo „przewodnik” w cudzysłowie, gdyż pastor Blight nie potrafi kierować swoim życiem, a co dopiero wskazywać drogę komukolwiek ze swoich parafian. Jest to człowiek trawiony przez wyrzuty sumienia, topiący smutki w alkoholu. W związku z powyższym, jego pseudonim – Rum Kaznodzieja – jest jak najbardziej trafny. Alkoholizm duchownego doprowadził go do całkowitego upadku. Wydawało się, że gorzej być nie może. A jednak… w trakcie nabożeństwa odprawianego przez (trzeźwego) duchownego zjawia się mężczyzna w czerni. Przybysz terroryzuje pastora, pozbywa się go z kościoła i przejmuje rolę duchowego przywódcy społeczności Gibeah. Po pierwszym szoku mieszkańcy pozytywnie przyjmują powyższą zmianę i wydaje się nawet, że Blight także traktuje tę odmianę jako rodzaj należnej mu kary. Upadły pastor osiągnął już dno. Czy uda mu się od niego odbić?

                Książka Marlona Jamesa nie jest długa, lecz jej przeczytanie zajmuje więcej czasu niż można się tego spodziewać. Wynika to z tego, iż sposób prowadzenia narracji zmienia się i przeskakuje w sposób dość chaotyczny. Może to sprawiać kłopot przy niezbyt uważnym czytaniu, dlatego ważnym jest, aby znaleźć czas, gdzie będziemy mieli pod dostatkiem ciszy i spokoju (co w naszych pędzących czasach nie jest rzeczą prostą).

                Warto wspomnieć, iż już na wstępie do powieści, mniej więcej wiadomo jak ona się skończy. Z jednej strony mogłoby się wydawać, iż taki zabieg wpłynie na jakość odbioru powieści, gdyż czytelnik będzie mniej zaangażowany w śledzenie akcji. Nic bardziej mylnego. Nieoczekiwanie dla mnie samej fakt, iż wiedziałam (w pewnej części) co się stało, nie było powodem, abym nie była zainteresowana rozwojem fabuły.

                Kontrowersje mogą budzić: język i dosadność sformułowań. Jeśli czytaliście książki wspomnianego przeze mnie w pierwszym akapicie pisarza to twórczość Jamesa nie będzie Was szokować. Jednak osoby, które nie zetknęły się z obdartym z wszelkich zabiegów upiększających, czystym, wręcz fizjologicznym opisem rzeczywistości, mogą być zniesmaczeni opisem wulgaryzmami, postawą niektórych postaci czy opisem czynności fizjologicznych. W tej historii nie ma lukru. Za to jest wiele interesujących tematów takich jak kwestia naprawy swojego życia, przebaczenia, manipulacji innymi, fanatyzm religijny i przemocy. Pragnę podkreślić, iż w moim odczuciu autor nie miał na celu szokowania treścią czy językiem dla podbicia wyników sprzedaży publikacji.

                Co do wykreowanych na kartach powieści postaci to mam do nich mieszane uczucia. Żadna z nich nie wzbudziła we mnie sympatii, choć nie można im odmówić, że zapadają w pamięć. Podobało mi się to, że bohaterowie byli niejednoznaczni.

                Czy warto sięgnąć po tę książkę? Wydaje mi się, że tak, aczkolwiek nie będzie ona dla każdego.

Ocena
9/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.




Magda Pchła

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz