"Łowcy" - Miroslav Žamboch

   
Gdyby ktoś zaproponował mi podróż w czasie, kiedy na Ziemi królowały dinozaury, musiałabym się bardzo poważnie nad tym zastanowić. Przeniesienie się w erę mezozoiku brzmi nadzwyczaj ciekawie, jednak bez odpowiedniego sprzętu trudno byłoby tam komukolwiek przetrwać. Tak samo jak bohaterom najnowszej książki Miroslava Žambocha pt. „Łowcy”. Autor udowodnił, że nawet najlepsze przygotowanie na nic się zda, jeśli od samego początku będziemy przeciwnika traktować, jako bezrozumne bydlę. Kim są, zatem, bohaterowie książki? Zwierzyną, czy łowczymi?
"Kiedy zobaczyłem wynik, zacząłem się śmiać. [...] Współrzędne wektora według naszej niezbyt dokładnej mapy wskazywały bowiem Ziemię - Ziemię w czasie t minus 3.2 x 10E16 sekund, co oznaczało podróż w czasie o ponad sto jeden milionów lat."
  Miroslav Žamboch jest mistrzem w kreowaniu silnych, męskich postaci pierwszo- i drugoplanowych. Rzadko kiedy w jego powieściach spotyka się słabych osobników. Najczęściej bohaterem jest z początku niepozorny mężczyzna, który w trakcie rozwoju akcji staje się samcem alfa, zdobywającym szacunek wszystkich dookoła, a na dokładkę piękną kobietę. Tym razem jest to naukowiec Mark Twilli. Na co dzień pracuje w instytucie naukowym, gdzie zajmuje się projektem „Skok kazualny”. Jego celem jest znajdowanie wektorów dwukierunkowych, umożliwiających skoki w czasie i przestrzeni, z dowolnego miejsca w dowolne inne. Kiedy bohater już powoli zaczyna wątpić w celowość swojej pracy, zdarza się rzecz niesłychana – udaje mu się znaleźć przejście do okresu sprzed milionów lat, do ery dinozaurów. Dowiaduje się o tym jego znajomy z firmy Hard Hunters, organizujący najbardziej ekstremalne polowania dla bogatej klienteli. Mark zgadza się na zorganizowanie safari i polowanie na prehistoryczne gady. Przygotowania ruszają pełną parą.
"Dinozaur bez wysiłku dosięgał najwyższych partii koron drzew i z przerażającą łatwością łamał potężne gałęzie. A ogon miał długości połowy boiska do piłki nożnej."
    I jest tak, jak zawsze bywa: z początku wszyscy są zafascynowani, iż eksperyment się udał. Postępują zgodnie z planem, szykują się na polowanie. Jednak nie wszystko idzie jak po maśle i już na samym początku spotykają się z wrogim środowiskiem. To nie jest jeszcze czas, kiedy to ludzie panują na świecie. Tutaj rządzi instynkt i dużo bardziej przystosowane do życia drapieżniki. Ekipa bardzo szybko z łowców, staje się zwierzyną. 
    Niestety muszę przyznać, po raz kolejny z resztą, że pan Žamboch bardzo zachwycił mnie
pomysłem, ale książka „Łowcy” ma kilka słabych punktów. Pozwolę sobie od nich zacząć. Po pierwsze jest wpisana w schemat twórczości autora. Zmieniają się nazwiska, miejsca i konkretne wydarzenia, ale odnosi się wrażenie, że wszystko zawsze dzieje się tak samo. Tak jak wspominałam wcześniej, pan Žamboch kreuje głównego bohatera na typowego macho, który na początku jest nic nieznaczącym pionkiem, by na koniec uratować wszystko i wszystkich. I w tym wypadku nie jest inaczej.  Mark, którym początkowo gardzą inni członkowie ekspedycji, bardzo szybko okazuje się być wyśmienitym kierowcą i strzelcem wyborowym. Ponad to „ci źli” dopatrują się w nim zagrożenia, chcą wyeliminować, ale on się nie poddaje i pomaga „tym dobrym” wydostać się z mezozoiku. Powielanie schematu niestety do mnie nie przemawia. Kolejnym gorszym punktem jest niespójność pewnych faktów. Kiedy członkowie wyprawy mieli przenieść się w przeszłość, wymagana była do tego specjalna aparatura i ogromne ilości prądu. Rozumiem też, że powrót w ściśle określonym czasie, mógł być powiązany z wykorzystaną przy pierwszym skoku energią. W jaki jednak sposób dinozaury, nieposiadające żadnych umiejętności technicznych (pozwolę sobie to tak ogólnie nazwać), w ten sam sposób przenoszą się do czasów współczesnych? A co powiedzieć o umiejętnościach głównego bohatera? Przeszedł trening strzelecki kilka tygodni przed wyprawą, a w jej trakcie strzelał lepiej niż niejeden ze starych myśliwskich wyjadaczy. Sama strzelałam wielokrotnie z różnych rodzajów broni palnej i to wcale nie jest takie łatwe.
"Obolały, ze spierzchniętymi wargami i nogami jak z ołowiu ruszyłem w dalszą drogę. Wcześniej jednak obejrzałem dokładnie nocnych gości. Ten sam gatunek co dinozaury, które zabiły Grimkowa i Palfreya - telepatozaury - chociaż mniejsze od przywódcy, z którym Grimkow stoczył pojedynek."
     Dużym plusem z kolei jest dla mnie sam pomysł na fabułę. Podróże w czasie są dość popularnym motywem w literaturze fantasty, ale po raz pierwszy spotkałam się z zorganizowanym w mezozoiku polowaniem na dinozaury. I, suma summarum, dinozaurów na ludzi. Jak zwykle nie zawiodłam się na głębi wykreowanych postaci. Chociaż są wpisane w określony schemat, nie można zarzucić autorowi spłycenia charakterów. Prawda jest też taka, że zawsze łatwiej pisze się o bogatych, niż o biednych. Ponad to chylę kapelusza za bogatą wiedzę na temat mezozoiku. W większości przypadków nie miałam bladego pojęcia, o jakim gatunku prehistorycznego gada mowa. Byłam zmuszona co chwila sprawdzać w Internecie, żeby móc sobie chociaż wyobrazić, jak dany dinozaur wygląda. To było ciekawe doświadczenie.
     Podsumowując, książka „Łowcy” jest co najwyżej przeciętna. Wiem, że autora stać na więcej, bo niejedną już jego powieść przeczytałam. Tym razem jednak, bardziej niż zwykle, miałam poczucie odgrzewanego kotleta. Nie jest to coś, co czyta się z zapartym tchem, jednak dla fanów pana Miroslava Žambocha to pozycja, której warto poświęcić te parę godzin.

Ocena 6/10

Za możliwość przeczytania dziękuję bardzo wydawnictwu Fabryka Słów.
Anna Bąk

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz