"Wszystko się zaczyna" - Joanna Kruszewska

Po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Joanny Kruszewskiej, sięgając po jej poprzednią powieść „Nic się nie kończy”. Potem były kolejne: „Awaria uczuć”, „Małe wojny” i inne.

„Wszystko się zaczyna” jest kontynuacją losów bohaterów spotkanych na łamach subtelnie słodkiej powieści „Nic się nie kończy”. Ta wielopokoleniowa powieść, pełna humoru i słodkich wspomnień zaskarbiła sobie moje szczególne względy. Duży udział w tym miała jedna z bohaterek – notabene moja ulubienica – babcia Halinka, która winna stać się mentorką nie tylko swojego pokolenia.

Seniorka rodu wbrew oczekiwaniom rodziny kupuje domek w nadmorskiej miejscowości, w sąsiedztwie przyjaznego staruszka, gdzie zaczyna spełniać się nie tylko artystycznie. Tymczasem Marta, jej wnuczka zdobywa prace marzeń w lokalnej szkole, którą kocha ponad wszystko. Do tego blisko babci i z własnym przytulnym kątem z dala od zgiełku wielkomiejskiego świata i jego problemów. Tu nikt nie mówi młodej kobiecie, jak ma żyć. Wręcz przeciwnie – znalazła się wokół ludzi w pełni doceniających jej walory. Nikt jej już nie strofuje, nie krytykuje i nie ustawia pod własne dyktando. Jest tylko jeden problem. W wielkim mieście został narzeczony Marty - ambitny pracownik banku, który pnie się po szczeblach kariery. Za kilka miesięcy planowany ślub. Każde z nich idzie własną wytyczoną drogą, ma swój własny świat, kawałek nieba, do którego nie po drodze drugiej połówce.
„Krzysztof nie myśli w ogóle o przeprowadzce, a ja wracać nie chcę. Właśnie stanęliśmy, babciu, w martwym punkcie, z którego żadne z nas nie wie, w którą stronę ruszyć”.
Imponująca w powieści jest szczególnie postawa najstarszych jej bohaterów, ludzi obdarzonych szóstym zmysłem, prostotą, szczerością i sercem tak wielkim, jak tylko można to sobie wyobrazić. To tak, jakby byli ulepieni z jednej gliny - „stare pokolenie” - pełne życiowej mądrości i rad na wagę złota. Czyż to nie piękne.
„Pamiętaj też, że to, co robimy, nadaje naszemu życiu sens, więc trzeba to robić jak najdłużej”.
W powieści znajdziecie też i negatywnych bohaterów, czy też ludzi, których wady zbyt mocny wysuwają się na plan pierwszy – ludzi obdarzonych poczuciem wyższości, ślepych i naiwnych. I ludzi skorych do życia według cudzych zasad. Wszytko byłoby w porządku, gdyby tylko nie wchodzili sobie w drogę. Ale tak się nie da, kiedy węzłem małżeński łączy się ze sobą dwie rodziny. W tym jedną lekko „popapraną” własnymi relacjami. Prawdziwy kogel-mogel z nutką humoru i niespodziewanym zakończeniem.
„Niektórzy mają szczęście. Inni muszą zadowalać się tym, co z tego szczęścia okrojone, resztkami spadającymi ze stołu, okruchami radości, które należałoby szybko łapać, żeby nikt inny nie wyrwał ich przed nami”.
Jak się jednak okazuje z czasem, to co jest szczęściem dla jednych, może być zmorą dla drugich – taki to już ten nasz los.

Jak sami widzicie nowa powieść Joanny Kruszewskiej to kolejne zmagania z losem babci Halinki i jej ukochanej wnuczki Marty, którym życie wciąż płata figle – a mogła być już tak pięknie, bo przecież obie znalazły swoje miejsce na ziemi, swój „dom”
Nie ma się jednak co martwić. Bo choć to nie bajka to jednak historia dla pokrzepienia serc. Nie może więc być złych zakończeń lub takich bez morału, z nadzieją w tle. Choć nie powiem, spodziewałam się zupełnie innego zakończenia sprawy - a tu taka niespodzianka. Wygląda mi na to, że Pani Joanna Kruszewska nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w kwestii swoich bohaterów. A jeśli nawet to pozostawiła nam obszerne pole do popisu dla naszej wyobraźni. 

To jedna z tych historii, które z naszą szarą rzeczywistością niewiele ma wspólnego. Ale czyż nie o to w książkach chodzi. Świat bohaterów widziany oczyma naszej wyobraźni ma wzruszać. Ma ciekawić i bawić, dawać nadzieję i wiarę, że dobro zawsze zwycięża nad złem. Ma być bajką ze szczęśliwym zakończeniem, lub przynajmniej dać nam na nią szansę. Bo książki to nie życie człowieka, który twardo stąpa po ziemi i patrzy na swoją codzienność gównie przez pryzmat obowiązków, a nie słodkich marzeń.

Za to też lubię ten gatunek powieści, a książki Joanny Krószewskiej są tego dowodem. Ciepłe, przyjemne w odbiorze, czasem tkliwe, czasem smutne, ale piękne, pełne marzeń i ludzkiego dobra, trosk i miłości, niczym sen na jawie.
„Trzeba czerpać od ludzi dotkniętych życiem, mądrość zbierają latami, obserwując i doświadczając własnej skórze podłości lub dobroci losu. Trzeba nauczyć się pokory i korzystać z czyjegoś bagażu, bo czasami, a właściwie dość często, jest on niedoceniony”.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu  Replika
Ocena 8/10

 Edyta Sztylc


    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze:

  1. Mam ogromna ochotę na obie części. Może spełni się kiedyś moje marzenie.

    OdpowiedzUsuń