"Mała Italia", reż. Donald Petrie

Są dni, kiedy jestem już tak zmęczona, że jedyne, na co mam ochotę, to wyłączyć mój umysł. Albo... obejrzeć coś nieskomplikowanego, z cyklu: on pokocha ją, ona jego, a potem będą żyli długo i szczęśliwie. Krótko mówiąc: komedia romantyczna - lekka, przyjemna i z pewnością niezbyt trudna w odbiorze.
Tak więc pewnego wieczoru, gdy moje zmęczenie osiągnęło apogeum, chwyciłam za "Małą Italię". Przyznaję: byłam zbyt rozleniwiona, by przeczytać opis. Zerknęłam jedynie na pozytywną okładkę z dwójką uśmiechniętych, pięknych ludzi, oraz informacją:

" Trzy generacje. Dwie rodziny. Jedna zakazana miłość."

Uznałam więc, że to jest film, który chcę dziś obejrzeć!

Nie trzeba zbytnio główkować, by domyśleć się, że skoro "Mała Italia", to nie zabraknie w filmie włoskich akcentów. Tak też w istocie jest: nie dość że akcja dzieje się we włoskiej dzielnicy, to jeszcze smaczku całości nadaje fakt, że obie rodziny prowadzą iście włoskie pizzerie, w których prym wiodą domowe smaki i rodzinne receptury. Mmm… na sam widok ślinka cieknie! Bardziej klimatycznie być nie może!


Poddaję się więc temu włoskiemu klimatowi, przyglądając się historii rodem z dramatu Szekspira, gdzie dwoje młodych ludzi, wbrew sobie, zaczyna łączyć uczucie. Niki Angoli (w tej roli Emma Roberts) jest niczym Julia, zaś Leo Campoli (w tej roli mój ukochany aktor z dzieciństwa, Hayden Christensen) - Romeo. Kiedy dziewczyna wraca do rodzinnego miasteczka, ożywają dawne uczucia... Nie tylko młodych jednak czeka prawdziwy rollercoaster uczuć - o miłość będą walczyć również inni członkowie ich zwaśnionych od dawna rodzin (gdybyście jednak zachodzili w głowę, co musiało być tak ważne, że poróżniło te dwa rody, a potem poznacie prawdę, mam dla Was radę: odpuście, to w końcu komedia romantyczna!). Czy zakochanym uda się przekonać zwaśnione rody do zgody? Czy młodych czeka wspólne "i żyli długo i szczęśliwie"?

"Mała Italia" przywodzi mi po części nasze rodzime komedie romantyczne. Zaznaczam: po części. Tym, co z pewnością odróżnia ją od produkowanych masowo niby-śmiesznych komedii polskich jest język wolny od wulgaryzmów i czarnego humoru. Zwaśnieni bohaterowie nie szczędzą sobie gorzkich słów i wyzwisk, jednak robią to w tak uroczy i nieszkodliwy sposób, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Jak się okazuje, można rozśmieszyć, nie używając w tym celu wulgarnych dialogów - nasi scenarzyści mogliby się wiele od "Małej Italii" nauczyć! 


To, czego najbardziej nie znoszę w komediach romantycznych, to sceny "science-fiction", jak je nazywam, kiedy to cały świat zamiera, gdy młodzi wyznają sobie miłość lub dochodzą do konsensusu: konduktor zatrzymuje pociąg, odprawa celna na lotnisku zostaje wstrzymana, ludzie w supermarkecie przystają z wózkami (choć kasjerka właśnie otworzyła nową kasę) - a wszystko po to, by posłuchać miłosnych deklaracji zupełnie obcych sobie ludzi. No i obowiązkowo potem wydać z siebie romantyczne "oooooch!" i zaklaskać dla efektu, gdy tamtych dwoje postanowi przypieczętować swą miłość pocałunkiem. Z lekkim zażenowaniem zwykle przyglądam się takim scenom, zastanawiając się, czemu reżyserzy robią to swoim widzom. "Mała Italia" nie jest w tej kwestii wyjątkiem - tutaj też niejednokrotnie byłam świadkiem takich "romantycznych" scen, które niestety, nie robią na mnie wrażenia. Cały czas jednak staram się pamiętać, że to przecież komedia romantyczna - ma być lekko, zabawnie, pozytywnie.

Gdy na ekranie prym wiodą rodziny młodych, robi się zabawnie - zarówno pod względem sytuacyjnym, jak i słownym. Tak wybuchowej mieszanki charakterów i barwnych postaci dawno nie widziałam! Kiedy jednak Niki i Leo zostają sam na sam... robi się momentami niewiarygodnie nudno. Niestety, tych dwoje jako para nie ujęło mnie. Momentami miałam wrażenie, że wciąż oglądam "Szkołę przetrwania" z Haydenem, a nie "Małą Italię" - dramy na poziomie zbuntowanych nastolatków. Zwaśnione rody to jedno, a urażona duma i cień przeszłości to drugie. Młodzi niby chcą, a nie mogą, niby mogliby, ale jednak wahają się, czy chcą... - ja się trochę pogubiłam i momentami sama nie wiem, czemu nie chcą dać sobie szansy.

"Mała Italia" to z pewnością komedia dla tych, którzy kochają włoskie klimaty, włoskie jedzenie, włoską muzykę, której w filmie zdecydowanie nie brakuje. To wytchnienie dla tych, którzy -tak jak ja- po ciężkim dniu mają ochotę na chwileczkę zapomnienia w ramionach miłości. "Mała Italia" to historia nieskomplikowana, urocza, momentami zabawna, a momentami nieco żenująca.  Wreszcie: to komedia romantyczna dla tych, którzy nie szukają w filmie głębszych treści, lecz po prostu przez te kilkadziesiąt minut chcą się dobrze bawić. 

Ocena: 7/10
Za możliwość obejrzenia dziękuję Monolith Films

Izabela Jurkiewicz

    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze: