Wywiad z Anną Dolatowską


Żródło
„Pan idealny” to pierwsza Pani powieść, ale wiem, że pasja pisania towarzyszy Pani od dziecka. Pamięta Pani, kiedy i przy jakiej okazji ta miłość się „ujawniła”?

To wyszło ze mnie jakoś tak naturalnie. Pamiętam, że odkąd tylko nauczyłam się pisać w pierwszej klasie szkoły podstawowej, to uznałam tę umiejętność za bardzo ciekawą. Zaczynały rodzić mi się w głowie pomysły, aby może napisać tekst piosenki albo krótkie opowiadanie dla mamy pod choinkę. Ale to były takie jeszcze nieznaczące zrywy. Najmocniej to wyewoluowało w okresie dojrzewania, co pewnie nie jest zaskakujące, bo to bardzo specyficzny okres. Pierwsze zakochania, burza emocji i hormonów – musiałam dać temu jakiś upust. No więc najłatwiejszym sposobem, jaki przyszedł mi do głowy, było pisanie. Zaczęłam prowadzić dziennik – taki tradycyjny, w zeszycie. Przyznam, że często podkolorowany. Do codziennych opisów jakoś tak intuicyjnie wplatałam więcej zdarzeń, aniżeli to, co faktycznie się zadziało. Można powiedzieć, że w pewnym sensie poprawiałam rzeczywistość, choć nie zawsze w różowej tonacji. Lubiłam to. Po takiej kreacji czułam, że zrzuciłam z barków worek kamieni. Po pierwszym, wielkim i niespełnionym zauroczeniu w gimnazjum, rozczarowana okrutnością życia, poczułam, że znów mam na sobie ciężar, który mnie przygniata. W efekcie stworzyłam opowiadanie, które potem polonistka odczytała przed całą klasą i wysłała na konkurs, gdzie zostało ono wyróżnione. Myślę, więc, że pisanie to mój sposób na radzenie sobie z bólem. To moja własna psychoterapia. Nie nazwałabym tego miłością, chyba że miłość to jest właśnie to coś, co potrafi wyciągnąć z dołka.

Co skłoniło Panią do napisania książki, oprócz miłości do słowa pisanego, o czym już wiemy? Czy długo dojrzewała Pani do tej decyzji, czy wręcz przeciwnie?

Powiem krótko – ból. Nie potrafię pisać ładnie i wesoło. Jeśli piszę, to dlatego, że boli. A powieść to był eksperyment. Czysta ciekawość, czy w ogóle potrafię stworzyć taką formę literacką. Pisałam wcześniej sporo, ale głównie blogi, pamiętniki, opowiadania czy też przydługawe maile do przyjaciółek:) Dlatego w pewnym, specyficznym momencie mojego życia, kiedy uzbierało mi się dość kamieni w worku na plecach, zakiełkowała myśl – najpierw ta znana, by dać temu upust w słowie pisanym, a zaraz potem nowa – by spróbować stworzyć z tego powieść i się przekonać, czy w ogóle się do tego nadaję. Powieść powstała, ale nadal nie wiem, czy się do tego nadaję.


„Pan idealny” to powieść o poszukiwaniu szczęścia i idealnego związku, a więc śmiało można skwalifikować ją jako powieść obyczajową. Czy to Pani ulubiony gatunek literacki?

Ulubiony do pisania. I wynika to zapewne z tego, o czym wspomniałam wcześniej – że pisanie to moja psychoterapia i opiera się mocno na moich przeżyciach. Jeśli natomiast chodzi o czytanie, bo domyślałam się, że tego dotyczy pytanie, to wolę inne klimaty. Głównie kryminały. Skandynawskie, nawiasem mówiąc! :)

Akcja powieści rozgrywa się w prestiżowej korporacji z dziedziny informatyki. Przyzna Pani, że to dość trudny temat, szczególnie dla tych, którzy z technologią IT nie mają styczności. Wiem jednak, że jest to dziedzina bliska Pani sercu, stąd pytanie: czy dlatego zdecydowała się Pani umiejscowić akcję w takim, a nie innym środowisku? 
Zdecydowanie! IT oraz korporacyjny świat są mi wyjątkowo bliskie, dlatego nie wyobrażałam sobie, by mogło tego zabraknąć w mojej pierwszej powieści. Praca jest bardzo ważnym aspektem w moim życiu, zatem siłą rzeczy znalazła odzwierciedlenie w „Panu idealnym”. Szczególnie, iż czas, w którym on powstawał był czasem, gdy mi jej bardzo brakowało. Pisałam bowiem tę powieść w trakcie urlopu macierzyńskiego i sama teraz żartuję, że jest w niej tyle IT, ponieważ tak bardzo wówczas tęskniłam za swoją pracą. Cóż, być może jestem pracoholiczką? Natomiast co do trudności tematu – starałam się używać bardzo prostego języka, jednak i tak często spotykam się z opiniami, że właśnie ten korporacyjny początek albo pierwsza połowa jest zbyt specyficzna i skomplikowana. Choć dla osób z mojej branży – całkiem przeciwnie. W każdym razie na pewno wezmę sobie wszystkie uwagi do serca na przyszłość.

Biurowy romans przeradzający się w prawdziwe uczucie – wszystko wskazuje na to, że „Pan idealny” będzie klasycznym romansem z happy endem… Myślę, że nie mnie jedną zakończenie powaliło na kolana! Skąd pomysł na taki, a nie inny finał tej historii?

Finał miał być całkiem inny. Właśnie taki, jak na klasyczny romans z happy endem przystało. Lecz mniej więcej w połowie zmieniłam koncepcję. Ta pierwsza już od samego początku mi nie pasowała. Czegoś jej brakowało, czego nie potrafiłam zdefiniować. I chyba dlatego podświadomie szukałam innego rozwiązania. A ono przyszło do mnie samo, dość nieoczekiwanie i w bardzo nietypowej sytuacji. Zainspirowała mnie do tego pewna piosenka. W trakcie jej słuchania ujrzałam w głowie wizję – jakkolwiek górnolotnie to brzmi, nierzadko wyobraźnia podsuwa mi pewne plastyczne obrazy, które oglądam sobie jak film. I bardzo często to się dzieje właśnie pod wpływem muzyki. Obraz, który wtedy zobaczyłam przedstawiał anioła - momentalnie posklejałam metaforę i dopiero całość nabrała sensu, jaki chciałam osiągnąć. No bo chyba tylko anioły są idealne, prawda? Zwłaszcza te, które nam stróżują. :)

Zakończenie powieści jest tak nierzeczywiste, lecz intrygujące i fascynujące zarazem, że pytanie o kolejną część historii Izabelli nasuwa się samo: czy Czytelnicy mogą liczyć dalsze losy bohaterki, czy ten projekt uważa już Pani za zamknięty?

Gdy ukończyłam „Pana idealnego”, stwierdziłam dość radykalnie, że nie będzie dalszej części. Planowałam wówczas napisać całkiem inną, nową historię. I nawet napisałam. Mniej więcej połowę. Natomiast po różnych, dość burzliwych wydarzeniach w moich życiu, które swoją drogą jeszcze się toczą, tamta historia umarła śmiercią naturalną. Przestałam w nią wierzyć i ją czuć. W związku z tym, wraz z nowym rokiem postanowiłam poczynić ostre cięcia, w wyniku których tamta historia ostatecznie wylądowała w koszu, ale za to zaświtała nowa myśl. Choć tak naprawdę nie nowa – raczej ta, która była we mnie od chwili ukończenia „Pana idealnego”. Niczego nie obiecuję i już niczego nie zakładam, ale jedno jest pewne – Olaf mnie jeszcze nie opuścił, a Izka wręcz błaga o to, by w końcu zyskać charakter i dać się polubić. :)
Jest Pani wielką fanką Skandynawii i tamtejszej kultury. Podczas lektury „Pana idealnego” nie sposób tego nie dostrzec. Skąd wzięła się miłość do tych mroźnych, ale jakże pięknych krain? Co Panią urzekło najbardziej w Skandynawii?

To bardzo banalna historia i może nie powinnam o tym mówić głośno, bo zaczęło się od gorącej, szczerej, idealistycznej i głębokiej miłości do… skoków narciarskich! A dokładnie do skoczka narciarskiego, który był reprezentantem Norwegii. Jako szalona nastolatka w czasach Małyszomanii, regularnie śledziłam w telewizji każdy konkurs Pucharu Świata. I pewnego dnia ujrzałam mojego mistrza – Sigurda Pettersena. Naturalnie więc zainteresowałam się krajem, z którego pochodził, ponieważ chciałam o nim wiedzieć wszystko. I ta oto ciekawość sprawiła, że zagłębiłam się nieco bardziej w te mroźne klimaty, a w efekcie moja miłość spłynęła właśnie na tę krainę. Skandynawia z Norwegią na czele zafascynowały mnie tak bardzo z jeszcze jednego powodu – bo to było coś oryginalnego. Wszyscy zachwycali się ciepłymi, kolorowymi krajami z południa i tylko tam najchętniej wybieraliby się w podróż. Mało kto natomiast jeździł w przeciwnym kierunku i wybierał taki wymagający klimat. A droga pod prąd to zawsze była dla mnie jedyna i słuszna droga.

Izabella i Olaf, bohaterowie „Pana idealnego”, w imponujący sposób walczyli o Steerco Polska i choć ponieśli klęskę, podziw wzbudza ich zaangażowanie oraz walka w myśl zasady: nigdy się nie poddawaj. A Pani, jaką maksymą kieruje się w życiu?

Właśnie taką :)  Staram się żyć tak, by zawsze wykorzystywać możliwości, które daje nam los, nie marnować czasu i energii – próbować, doświadczać, odkrywać nowe horyzonty i przezwyciężać strach oraz swoje słabości. Uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych i wszystko jest kwestią czasu oraz własnej determinacji. Wierzę w to, co niewiarygodne, nie boję się stawiać czoła trudnościom oraz codziennie toczę zaciętą walkę ze swoimi lękami. I wiem, że one będą zawsze – codziennie nowe. Ale sądzę, że jeśli droga, którą obieramy jest zbyt łatwa, a wszystko idzie jak z płatka, to znak, że coś zrobiliśmy źle. Im bardziej pod górkę – tym lepiej!
Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów!
Izabela Jurkiewicz
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz