"Zbrodnia i Karaś" — Aleksandra Rumin


Pamiętam jak przez mgłę moment, w którym na oficjalnej stronie wydawnictwa Initium na facebooku, pobrałam darmowy, pewnie roboczy, pierwszy rozdział ich nowej, wkrótce mającej ujrzeć światło dzienne, powieści noszącej bardzo ciekawy tytuł Zbrodnia i Karaś". Oczywiście już na pierwszy rzut oka widać nawiązanie do twórczości Fiodora Dostojewskiego, ale ja osobiście nie widzę w tym nic złego. Co więcej, nawet teraz po przeczytaniu tej książki, jedno zerknięcie na okładkę debiutu Aleksandry Rumin wywołuje u mnie niemały uśmiech. „Zbrodnia i kara” jeszcze przede mną, więc nie mam za bardzo kompetencji, by stwierdzić czy są do siebie podobne też pod innymi względami, czy po prostu jest to tylko miłe nawiązanie. Nie mniej jednak po skończeniu wstępu kilka tygodni temu byłam zachwycona stylem i humorem autorki. Wręcz oczarowana jej warsztatem pisarskim, nie mogąc zrozumieć, że przecież mam do czynienia z debiutantką. Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Ale czy na pewno?


„Zbrodnia i Karaś” napisana jest, tak przynajmniej myślę, w podobnej tematyce co dziewiętnastowieczne dzieło Fiodora. Mamy tutaj przedstawioną historię warszawskiego uksforda i jak sama autorka zaznacza, nie należy mylić go z brytyjskim oksfordem, ponieważ uczelnie, oprócz podobnej nazwy, nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego. Pisząc o historii, nie mam na myśli, dziejów powstania tego jakże wielkiego gmachu czy też listy co rusz zmieniających się rektorów uniwersytetu. Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w swoich murach skrywa coś więcej niż tylko zagubionych studentów, którzy nie wiedzieli, co czynili, wybierając tę placówkę na miejsce swojej późniejszej nauki; kryje nie tyle tajemnicę, ile tajemniczego ducha, będącego pozostałością po pewnych wydarzeniach, mających miejsce w dwa tysiące szóstym roku w owianym złą sławą budynku Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych. Kryje Ernesta Karasia, a właściwie część jego osoby, specjalizującego się w niezwykle podłej tyranii i donosicielstwu. Kiedy jego ciało zostaje znalezione przypadkiem w łazience całe we krwi, nikt nie dziwi się pracownikom uczelni, że wszyscy, bez wyjątku, oddychają z ulgą. Morderca też, zwłaszcza w momencie, w którym dowiaduje się, że doszło do nieszczęśliwego wypadku. Przynajmniej jak twierdzi policja.

Na tylnej części okładki widnieje zgrabny opis, z którego wynika, że w dniu zabójstwa/nieszczęśliwego zbiegu okoliczności w budynku przebywało dziesięć osób. Wspominając o tym, nie mam w żadnym wypadku na celu podanie wątpliwości tej informacji. Wręcz przeciwnie. Pragnę zwrócić uwagę na duże nagromadzenie bohaterów w jednej powieści, rozwiniętych w podobny sposób – pojawia się o nich czasami bardzo wiele informacji, zamkniętych tak naprawdę kilkustronicowych rozdziale, przez co potem nie mam pojęcia, czy dana informacja dotyczy Ewy, Anieli czy może w ogóle Sylwii. Abstrahując już od faktu, że do dwusetnej strony myliłam kota ze staruszkiem, policjantem na emeryturze. Było ich po prostu zdecydowaniem za dużo, o wiele więcej niż był w stanie ogarnąć to mój umysł. A głupia nie jestem.
Myślę, że gdyby większość z nich była postaciami drugoplanowymi, od których nie zależałaby akcja powieści, to bym tak nie narzekała. W końcu jest to kryminał (do tego wrócimy później), więc występowanie dużej liczby bohaterów, ma na celu przede wszystkim zmylić czytelników przy typowaniu potencjalnego zabójcy. I mam świadomość, że często się to sprawdza, ale w tym przypadku za nic w świecie nie mogę przekonać się do tego typu prowadzenia, kreacji bohaterów. Wydaje mi się, że wolałabym, aby sekrety tej zbrodni odkrywała pewna młoda dama czy młody dżentelmen, student uksforda, o właśnie którym dowiadywalibyśmy się najwięcej.

Na Lubimy czytać książka „Zbrodnia i Karaś” widnieje na stronie pod kategorią kryminał/thriller. Moim zdaniem jest to wielkie niedopowiedzenie, bo jak wiadomo mamy w niej do czynienia ze zbrodnią, morderstwem, ale w żadnym wypadku nie trzyma ona w napięciu ani nie powoduje uczucia gęsiej skórki. W dodatku powieść ma dość specyficzną konstrukcję, jak już wspominałam, w której tak naprawdę elementy kryminału występują góra trzy razy w ciągu całej książki: na początku, kiedy Karaś ginie oraz na końcu. Środek według mnie zasługuje na miano lekkiej obyczajówki, w której dowiadujemy się, jak żyło się bohaterom dwanaście lat po incydencie z ciałem i żarówką. Oczywiście, większość nadal kręci się wokół Karasia, a raczej jego szkód pozostawionych za życia i zadziwiająco ma to jakiś sens, ale oczekiwałam czegoś zupełnie innego i pewnie dlatego podczas lektury niesamowicie się wynudziłam. Wygórowane oczekiwania zniszczyły mi przyjemność lektury.

We wstępie napisałam, że początek niesamowicie mnie zaintrygował, szczególnie styl autorki i humor. Oczywiście, pierwsze wrażenie okazało się kompletnie mylne i już po pięćdziesięciu stronach stwierdziłam, że poczucie humoru autorki w ogóle nie wpisuje się w moje. Owszem, były momenty, że nie mogłam powstrzymać się od wybuchu śmiechu (przygoda Anieli z burzą w roli głównej), ale występowały one tak rzadko, że bez żadnych wyrzutów sumienia mogę stwierdzić, że komizm sytuacyjny czy słowny po prostu mnie nie porwał.

Kreacja bohaterów jest różnorodna i po tym można by się było spodziewać, że i takie będą ich perypetie. Może rzeczywiście są, ale na pewno akcja nie pędzi z szybkością światła, a zbiegi okoliczności, jeśli były, to nieprawdopodobne na pewno nie. Postacie występujące w książce są zwykłymi ludźmi, więc przyjemnie się o nich czyta. W szczególności, że panią Jadwigę porównałabym do typowej i znanej wszystkim Polakom Grażyny, a jej synów do osiedlowych Sebastianów, z którymi można rozmawiać jedynie o piłce nożnej. Jednakże niektóre mądrości wypowiedziane przez Jadwigę, które w większości wywoływały uśmiech, sprawiały, że zupełnie inaczej zaczęłam patrzeć na wyżej wspomnianą panią w kwiecie wieku.

Podsumowując, „Zbrodnia i Karaś” to powieść, której drugi raz bym nie przeczytała. Jest zwyczajnie przeciętna, nie wyróżnia się niczym szczególnym, może oprócz tego, że posiada milion bohaterów, ale w jej wypadku to raczej wada, a nie zaleta. Czy żałuję, że poświęciłam mój cenny czas na czytanie tej książki? Zależy. Ale koniec końców czytało się ją przyjemnie.

Ocena: 6/10


Klaudia Korytkowska

About Bloody Mary

BookParadise to portal stworzony z myślą o ludziach, którzy uwielbiają literacki świat, a także ochoczo spędzają czas grając w gry lub rozkoszują się oglądając filmy. U nas znajdziecie mnóstwo recenzji, ciekawe i kreatywne konkursy, a także wiele artykułów i ciekawostek. Portal tworzą wspaniali ludzie, którzy wkładają w swoją pracę mnóstwo pasji oraz energii.
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz