"Zwyczajna przysługa" – Paul Feig


Dobre kilka miesięcy temu przeglądając YouTube w polecanych kartach wyświetlił mi się zwiastun wtedy jeszcze dość świeżego filmu noszącego tytuł Zwyczajna przysługa". Muszę powiedzieć, że po jego obejrzeniu mocno się nakręciłam nie tylko na jego fabułę, która w tamtej chwili wydała mi się intrygująca, ale i także ze względu na obsadę, którą tworzą m.in.: Anna Kendrick i Blake Lively. Z racji faktu że drugą z nich szczerze uwielbiam i niesamowicie cenię, to jak pewnie się domyślacie, za nic w świecie nie mogłam odpuścić sobie tego filmu. Dodatkowo wiedząc, że będę miała do czynienia z komedią kryminaln, wkładając płytę do odtwarzacza, byłam bardzo podekscytowana, ale także miałam dość duże oczekiwania co do samej produkcji.


„Zwyczajna przysługa” opowiada historię dwóch skrajnie różnych matek, które zaprzyjaźniają się dzięki znajomości swoich kilkuletnich synów. W tym przypadku tytuł odgrywa kluczową rolę, nie jest wybrany przypadkiem, ponieważ ten dobry uczynek, na który Stephanie – z grzeczności, ale i przez łączącą ją i Emily przyjaźń – zgodziła się, staje się przyczyną dalszych wręcz dramatycznych wydarzeń, których korzenie sięgają głęboko w przeszłość Em. Stephanie ma świadomość, że ona, początkującą vlogerka i samotna matka w niczym nie przypomina jej jedynej koleżanki, że nigdy nie będzie w stanie jej dorównać. Jednakże, gdy Emilu niespodziewanie znika, zostawiając małego Nicky'ego pod jej opieką, zaczyna ona śledztwo, podczas którego większość zatuszowanych spraw i tajemnic wychodzi na jaw, tym samym nie zauważając, że z dnia na dzień coraz bardziej wciela się w nową rolę, w życiową rolę Emily.

Film wprost kipi od nadmiaru czarnego humoru i zbiegów okoliczności. I przede wszystkim to w nim najbardziej cenię. To jak balansuję, szczególnie w dziedzinie humoru, na granicy dobrego smaku, przedstawiając nam obraz najczęściej bohatera w sposób groteskowy, wręcz wyśmiewając jego cechy, ale jednocześnie mając gdzieś z tyłu głowy pojęcie umiaru.

Fabuła filmu jest dość przystępna, nie pędzi z zawrotną szybkością, wszystko rozwija się dość powoli, ale w żadnym wypadku nie jest to wada. Wręcz przeciwnie, dzięki temu mamy czas na wsiąknięcie w historię, mentalne uspokojenie się, oczyszczenie swojego umysłu przed tym, co będzie działo się za kilkanaście minut. I owszem, nie dzieło nie wyzbyło się luk logicznych, w dodatku gdzieś mniej więcej pod koniec filmu, gdy do zakończenia seansu pozostało zaledwie kilkanaście minut, czułam pewien niedosyt. Pisząc to, nie mam na myśli bohaterów – aktorzy naprawdę odwalili tu kawał dobrej roboty, ale sposób prowadzenia akcji. Do tego feralnego momentu wydawał mi się on dobrze rozplanowany, podobał mi się, jednak kiedy fabuła niebawem miała zostać rozwiązana, muszę przyznać, że nie tego się spodziewałam. I nie chodzi mi tutaj o zaskoczenie, wręcz przeciwnie byłam w jakimś stopniu zawiedziona. Do tej pory produkcja była postrzegana przeze mnie jako komedia kryminalna, ale z elementami thrillera, filmu, który w większości składa się z tajemnic, a które z kolei wraz z biegiem akcji wychodzą na światło dzienne.

„Zwyczajna przysługa” to ciekawa propozycja na wiosenny wieczór, podczas którego potrzebujemy lekkiej, mało wymagającej rozrywki, w tym przypadku w postaci filmu. W żadnym wypadku nie jest to historia zaskakująca, ale zdecydowanie warto się z nią zapoznać, chociażby tylko ze względu na wspaniałą grę aktorską, która skupia na sobie uwagę widza. Niewątpliwie jest to zasługa żeńskiej części aktorek, które w swoich rolach przebiły wykreowane w poprzednich filmach, w których grały, stereotypy dotyczące odgrywanych przez nie postaci. A obejrzałam sporo filmów z ich udziałem i w żadnym z nich nie zostałam tak pozytywnie zaskoczona właśnie tym aspektem, więc jeśli nadal zastanawiacie się czy dać szansę tej produkcji, to serdecznie was zachęcam!

Ocena: 6,5/10


Za możliwość obejrzenia dziękuję Monolith Films!


Klaudia Korytkowska
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz