"Druga połowa nadziei" - Mechtild Borrmann

Z ogromnym zaciekawieniem sięgnęłam po "Drugą połowę nadziei". Moje zainteresowanie podsycił fakt, że na tylnej części okładki znalazła się informacja o nominowaniu książki do renomowanej niemieckiej nagrody imienia Fridricha Glausera w 2015 roku. Szkoda tylko, że na naszym rynku pojawiła się dopiero w marcu 2019 roku i to nakładem Wydawnictwa Niezwykłe, które na rynku polskim działa ponad rok. Wielkie ukłony w Waszą stronę, drogi Wydawco! Ale wróćmy już do samej książki. 

Historia zaginięcia dwóch Ukrainek na terenie współczesnych Niemiec, opowiadana z punktu widzenia czterech osób: matki  jednej z dziewcząt, ukraińskiego milicjanta, Oleny zwanej Tanią i Matthiasa, niemieckiego farmera. Walentyna Szczukinowa wciąż czeka na powrót córki z Niemiec. Pełne tęsknoty serce matki, każe jej spisać historię swojego życia. Życia pełnego nadziei, wiary i bólu. A Kateryna nie daje znaku życia. Jednym z milicjantów, zajmujących się sprawą zaginięć studentek z Ukrainy, jest Leonid- jeden z niewielu nieskorumpowanych funkcjonariuszy ukraińskich. Szczególną uwagę w swoim śledztwie poświęca dwóch dziewczynom: Katerynie i Olenie. Olena, która wyjechała do Niemiec w ramach rzekomej wymiany studenckiej, jest jedną z nielicznych, którym udało się uciec z piekła, jakim jest dom publiczny. To tam dostała nowe imię- Tania. Jej udało się uciec. W ukrywaniu się przed prześladowcami pomaga dziewczynie wdowiec Matthias.

Tak, tak... współczesnych Niemiec. Mnie także okładka zmyliła. W pierwszej chwili myślałam, że będzie to historia z czasów drugiej wojny światowej i eksterminacji Żydów. Jednak już opis wyprowadził mnie z błędu i naprowadził mnie na właściwy tor. Dzięki zapiskom prowadzonym przez Walentynę poznajemy także prawdziwą historię ludzi ze strefy wykluczenia. Ludzi, którzy uwierzyli w swoje szczęście i uwierzyli władzy. A los pogrzebał ich szczęście w momencie wybuchu w elektrowni jądrowej w Czarnobylu.

Cztery różne spojrzenia, cztery różne perspektywy... dzięki temu opowiedziana historia wydaje się być pełniejsza, kompletniejsza. Ta historia wciąga, przenosi nas w strefę największego promieniowania, na komisariat ukraiński, do niemieckiego gospodarstwa. Autorka nie pozostawia miejsca na niedomówienia i domysły.

Mnie osobiście najbardziej poruszyła historia Walentyny, kobiety, która żyła nadzieją na szczęście. Kobiety, która wierzyła, ze wszystko co ma, będzie mieć wiecznie. Kobiety, która w czasie katastrofy w elektrowni mieszkała wraz z rodziną w Prypeci, niedaleko Czarnobyla. Kiedy czytałam tę historię przypomniałam sobie wydarzenia tamtego okresu u nas, w Polsce. Pierwszomajowy pochód, który zakończył się wizytą w szpitalu i piciem jodu. Tłumy, które wchodziły drzwiami, by jak najszybciej przyjąć płyn, który miał chronić nas przed szkodliwym promieniowaniem, i tłumy, które wychodziły, a raczej wyskakiwały przez okno ( drzwiami nie dało się wyjść). Wszyscy czujemy się oszukani, ukrywaniem prawdy o tamtych wydarzeniach. A co mają powiedzieć ludzie, którzy zostali skazani przez własne państwo na zatracenie?

Autorka dużo miejsca w tej historii poświęca nadziei. Nadziei, która obok wiary i miłości, sprawia, że życie człowieka staje się łatwiejsze. Sprawia, że człowiek podnosi głowę i śmiało spogląda w przyszłość. Sprawia, że nawet w czasie najboleśniejszym odnajdujemy sens życia. Nadzieja, która jest jak iskierka w najgłębszej ciemności. Czy jednak i teraz nadzieja będzie ciepłą iskrą, od której zapłonie wielki ogień? Czy może będzie, jak błędny ognik na bagnisku, który ściągnie nieostrożnego w pułapkę grząskiego błota? I czym jest nadzieja w świecie, w którym zamiast człowiek rządzić pieniądzem, to pieniądz rządzi człowiekiem?!

... to nadzieja mąciła mi rozum. Nadzieja na lepszą przyszłość. Ale nadzieja- co zrozumiałam o wiele za późno- to obezwładniająca trucizna, która powoduje, że zamieramy w bezruchu. Kiedy patrzę w przeszłość, wydaje mi się, jakbym całe życie tylko czekała. Na jutro, na pojutrze, na kiedykolwiek. Tamtego wieczoru, rok temu, pomyślałam, że to czekanie się opłaciło. Pomyślałam: Może wreszcie szczęście się do nas uśmiechnie!
 Nie jest to powieść, po której łatwo jest wrócić do spraw codziennych. Powieść, obok której można przejść całkowicie obojętnie. Pozostawia ona jednak pewien niedosyt ( żadnych niedomówień, żadnych perspektyw, żadnych domysłów). Jednak z czystym sumieniem polecam. Czas spędzony z tą książką nie będzie należał do straconego.

Ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe


Sylwia Szczepańska        
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

2 komentarze:

  1. Podoba mi się że historia jest opisana z różnych perspektyw

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ma się wrażenie, jakby czytało się różne historie...

      Usuń