"First last look" — Bianca Iosivoni


Od dłuższego czasu mam dość spory problem z romansami, erotykami, a w szczególności z ich czytaniem. Nawet nie chodzi o to, że one w ogóle istnieją; że zbezczeszczają swoją treścią polską, a także światową literaturę; a ich wydawanie jest w większości nieśmiesznym żartem. Owszem, w wielu przypadkach zgodziłabym się z tymi stwierdzeniami, dodatkowo biorąc pod uwagę fakt, że w swoim życiu przeczytałam masę książek zaliczających się do wcześniej wspomnianego przeze mnie gatunku i ponad pięćdziesiąt procent z nich nie była zachwycająca, jak większość bloggerów twierdziła. Jednakże część mojej osobowości całkowicie nie zgadzała się z tymi poglądami, z tym całym szufladkowanie i wrzucaniem wszystkich pozycji do jednego worka, jednocześnie mając świadomość, że zawsze istniał i będzie istnieć jakiś wyjątek od reguły. Myślę, że przede wszystkim właśnie dlatego postanowiłam dać szansę powieści napisanej przez niemiecką pisarkę, która swoją twórczością mogłaby przywrócić moją wiarę w ten gatunek. Szczerze mówiąc, byłam całkiem pozytywnie nastawiona, gdy zaczynałam moją przygodę z „First last look”. Aczkolwiem jak dobrze wiemy, pierwsze wrażenie najczęściej jest mylne.

Pierwsza część sagi Biancy Iosivoni jest typowym romansem młodzieżowym z elementami erotyki, jeśli chodzi o fabułę. I pisząc to doskonale mam świadomość, co ten termin znaczy w kręgu książkoholików. Akcja powieści skupia się wokół Emery Lance – świeżo upieczonej studentki fotografii, która postanowiła rozpocząć nowy etap w swoim życiu, całkowicie odcinając się od środowiska, z którym dotychczas miała styczność. Znaczy to mniej więcej tyle, że postanowiła uciec jak najdalej od przeszłości, wybierając uczelnie na drugim końcu kraju. Wszystko zapowiada się jak najlepiej, może z paroma wyjątkami, ale ogólnie Emery wierzy, a może chce wierzyć, że właśnie w tym miejscu symbolicznie rozpocznie swoje nowe życie, ani razu nie wspominając o poprzednim. Cała jej ekscytacja znika po kilku minutach od przekroczenia pokoju w akademiku, kiedy okazuje się, że jej współlokatorem jest chłopak, który nie kryje faktu, że strasznie pociąga go jej tyłek. Ich początek znajomości finalnie kończy się złamanym nosem i wzajemną niechęcią, która będzie utrudniała im mieszkanie razem. Oczywiście los potrafi zakpić z Emery w najbardziej podły sposób i tego samego dnia poznaje najlepszego przyjaciela jej współlokatora – Dylana – jedną wielką kompilację cech ludzkich, których panna Lance stara się za wszelką cenę unikać. Prawdopodobnie kosmos znowu z niej zakpi.

Nie czepiałabym się tak bardzo fabuły, gdyby nie jeden powszechnie występujący „szczegół”, który swoim istnieniem w romansach doprowadza mnie do szewskiej pasji. Mam tu na myśli relację Emery i Dylana, która opiera się na schemacie hate-love. Sama jego nazwa wzbudza we mnie pewne obrzydzenie, a co dopiero, kiedy zdaję sobie sprawę, że właśnie czytam jedną z tych pozycji. Chęć odłożenia książki na półkę w żadnym stopniu nie oddaje emocji skrywanych w tamtym momencie przeze mnie. Jeszcze sam pomysł nie jest do końca taki zły. W końcu każdy zna powieść, która mimo okropnego opisu i początku stała się waszą ulubioną lekturą. Fundamentalnym aspektem są tutaj sprawy techniczne, które w zdecydowanym stopniu wpłynęły na jej odbiór. Oczywiście w negatywnym sensie. Sytuację po części ratowała kreacja Emily, którą w szczerze polubiłam. Szczególnie za jej wyszukany sarkazm i styl bycia. Aczkolwiek Emily w połączeniu z Dylanem stawała się nieśmiałą chichoczącą nastolatką, która po raz pierwszy widzi przedstawiciela płci męskiej. Nawet mam na uwadze nieprzeciętną urodę naszego Adonisa, ale nie chce mi się wierzyć, że naprawdę ciekawie wykreowana bohaterka w zetknięciu z facetem traci wszystkie swoje cechy charakteru, które uważałam za wyróżniające ją spośród reszty społeczeństwa.

Ilość momentów, podczas których mam ochotę schować się pod kołdrę i przez długi czas spod niej nie wychodzić, jest dla mnie wyznacznikiem jakości książki. Szczególnie sprawdza się ona, kiedy mam do czynienia z różnorakimi romansami, ale myślę, że w przypadku innych powieści też by się sprawdziła. Jeśli chodzi o „First last look” byłam zaskoczona, ponieważ chwil zażenowania było stosunkowo mało, a mimo tego powieść B. Iosivoni lekko mówiąc, nie podeszła mi. Myślę, że już dawno przestałam czerpać przyjemność z czytania książek tak schematycznych, napisanych całkiem bogatym językiem, ale za to w żadnym stopniu nieumiejących zaciekawić czytelników. Nawet jestem skłonna powiedzieć, że autorka miała świadomość błędów, jakie popełniła przy pisaniu. Jedyną rzeczą, która zapadnie mi w pamięci, która, o zgrozo, nie była schematyczna, ale oryginalna też nie, więc nie jest to żadna zaleta, była zmiana preferencji typowej bohaterki – woli bad boy'ów i otwarcie się do tego przyznaje.
"— Czyli twoja ręka znalazła się tam tylko przez przypadek? To tak samo jak moja pięść, która przez przypadek walnęła cię w nos. O przepraszam, najwyżej musnęła."
„First last look” to nie jest najlepsza powieść, jaką przeczytacie w tym roku, ale z drugiej strony nie jest także złą książką, ponieważ nie pochwala pewnych szkodliwych społecznych zachowań czy popularyzuje je. Aczkolwiek mimo swojej lekkości, która wydaje się jej jedyną zaletą (może oprócz Emily) nie jest pozycją, do której będę co kilka lat wracać. Prawdopodobnie nie wrócę już do niej nigdy, przede wszystkim z uwagi na to, że w pełni akceptuję tylko połowę jej rozdziałów – te w których narratorem byłą Emily, ponieważ w częściach Dylana za bardzo było czuć pierwiastek damski. Nie mówię, że facet powinien używać wysublimowanego języka w większości składającego się z wulgaryzmów, a także być eskpertem w sprawie seksu i myśleć o nim na okrągło. Oczywiste jest, że męski mózg myśli trochę inaczej niż damski, a w powieści B. Iosivoni ciężko było znaleźć różnicę pomiędzy narracją Emily a Dylana.

Czas poświęcony na przeczytanie ponad czterystu powieści, której akcja skupia na relacji bohaterów robiących sobie nawzajem bardzo „śmieszne” pranki, a także w wielu elementach przypominającą słynne „After” jest według mnie kompletną stratą czasu.

Ocena: 4/10


Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Jaguar!


Klaudia Korytkowska
    Blogger Komentarze
    Facebook Komentarze

1 komentarze:

  1. Dla mnie ta powieść jest przeciętna - ma trochę błędów, które rażą, historia nie jest jakaś oryginalna, a autorka popełniła okropny błąd, wrzucając na raz wszystkich bohaterów. Co więcej nie poświęciła każdemu wystarczająco dużo uwagi, przez co na koniec i tak miałam wrażenie, że nie wiem nic o niektórych osobach, choć wydawały się istotne.

    OdpowiedzUsuń